Newsletter

Linia produkcyjna dobrej zmiany

Hubert Różyk, 12.01.2017
Mobilizowanie elektoratu, także w internecie, to część politycznej gry. Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że populiści używają do tego narzędzi niszczących demokrację

Wybory w USA, w Polsce, na Węgrzech, Brexit, nadchodzące wybory we Francji – wiele je dzieli, ale jedno łączy: sprawne wykorzystanie sieci do mobilizacji elektoratu. To ona daje nowej fali populizmu siłę pozwalającą wygrywać demokratyczne starcia.

Fotografia: Filippo Minelli/flickr.com, CC BY-NC-ND 2.0

Sieć bez zasad

Internet pełni ważną rolę we wszystkich rewolucjach spod znaku „dobrej zmiany”. Elity polityczne oddają władzę populistom, którzy prawdę traktują instrumentalnie, łamią zasady współżycia społecznego, brutalizują debatę publiczną. Wszystko to dzięki sieci, gdzie kreują swoją popularność.

Tradycyjny model mediów zakładał istnienie „strażników treści” – redaktorów, właścicieli, wydawców – którzy swoimi decyzjami formowali debatę publiczną. Ta wąska grupa określała zasady dyskusji i jej dopuszczalne ramy.

Kształtowanie postaw, wyznaczanie granic i formy dyskursu skutecznie marginalizowało tych, którzy nie operowali językiem w sposób umożliwiający artykulację swoich racji lub radykalnie odmiennie formułowali diagnozy problemów politycznych i gospodarczych.

Kontestujący demokrację mieli własne gazety czy rozgłośnie radiowe, gdzie korzystali z wolności słowa. Mogli także brać udział w debacie prowadzonej na warunkach określanych przez mainstream. Nie byli jednak w stanie swobodnie umieszczać swoich przekonań w centrum debaty, jeśli łamali przyjęte zasady.

Nowe media pozbawiły społeczeństwa tego „bezpiecznika”. Dziś każdy może wpływać na miliony obywateli, jeśli potrafi wykorzystać rewolucję komunikacyjną w odpowiedni sposób.

Zmiana, jaką internet przyniósł, teoretycznie miała być dobra – pozwala na większy pluralizm, udział każdego obywatela w debacie publicznej. To założenie okazało się jednak tylko teorią.

Dominującą pozycję w sieci zdobyli ci, którzy bez skrupułów uciekają się do kłamstw, manipulacji, pogoni za sensacją, nienawiści i budzenia najniższych instynktów, prowadzenia kampanii za pomocą wątpliwych moralnie narzędzi. I znajdują poklask ludzi, do których – z różnych powodów – taki przekaz trafia. Język agresji i insynuacji nadaje ton dyskusji o polityce.

Jak do tego doszło? Internet był przez kilkanaście lat traktowany jako cudowne miejsce, które rządzi się własnymi prawami. Instytucje życia publicznego „wchodziły do sieci” i przyjmowały zastany kanon zachowań i działań.

A kto stworzył te mityczne zasady? Łatwiej jest napisać, kto tego nie zrobił. Naukowcy, którzy sieć utracili na rzecz „zwykłych” użytkowników, zamknęli się w swoich enklawach. Intelektualiści, zależnie od okoliczności, patrzyli na internet z zachwytem – widząc w nim moc prostych ludzi i prawdziwych relacji – lub z obrzydzeniem, traktując jako maszynkę do produkcji reklam, pornografii i gier.

Skali i konsekwencji informacyjnej rewolucji nie doceniła też klasa polityczna, która skupiła się na dyskusji o szczegółach związanych stricte z rozwojem technologicznym, wspieraniu biznesu i ułatwieniach dla przedsiębiorców inwestujących w sieć.

Rządy rozmawiały o cyberprzestępstwach godzących w ich interesy, ochronie intelektualnej i prawie własności. Głośne spory z siecią w tle – jak spór wokół ACTA – pokazywały niedojrzałość polityków, którzy reagowali na nowe wyzwania, stosując stare metody.

Zderzenia instytucjonalnej polityki i problemów sieci ujawniły słabość klasy politycznej i myślenie w kategoriach łatwych zysków. Zabrakło debaty o tym, jakie zasady mają w wirtualnym świecie obowiązywać.

Nowy wymiar naszej rzeczywistości traktowano w dużej mierze jako przedsięwzięcie handlowe. Oprócz zysków dzięki reklamom i sprzedaży okazał się jednak także zarzewiem pożaru, który dziś trawi demokratyczny porządek świata zachodniego. Magiczne myślenie, że internet samoistnie będzie odwzorowywać stosunki panujące w świecie „realnym”, zasady obowiązujące np. w debacie publicznej toczonej w mediach tradycyjnych, było błędem. Przestrzeń projektowana jako egalitarna i demokratyczna to dziś miejsce, gdzie prawda jest pojęciem abstrakcyjnym, a media społecznościowe coraz częściej służą do fabrykowania rzeczywistości i manipulowania ludźmi.

Prym w tej dziedzinie wiedzie powiększająca się grupa firm zajmujących się marketingiem w sieci. To sprzedawcy marzeń, którzy dbają, aby dostarczać „narracji”, bodźców i reklam ludziom zajętym pogonią za pieniędzmi, niepohamowanym konsumpcjonizmem.

Media tradycyjne, wcześniej stojące na straży debaty oraz demokracji, też nie potrafią się w tym wszystkim odnaleźć. Wydawcy szukają skutecznego modelu obecności w sieci. Niestety wielu, skuszonych wizją wzrostu przychodów dzięki reklamom, przyjęło model nastawiony na łatwe zyski, który spycha na drugi plan treści i ich jakość.

Na internet zupełnie inaczej patrzą wygrani rewolucji technologicznej – właściciele największych sieciowych firm wyznaczających kierunki rozwoju, którzy decydują o wirtualnej codzienności zwykłych użytkowników. W obecnej sytuacji mogą swobodnie wpływać na reguły rządzące siecią.

Bez odpowiednich działań państw i organizacji międzynarodowych w wirtualnym świecie władzę przejęła niewidzialna ręka rynku. I podobnie jak wcześniej okazało się, że oprócz bogactwa niesie za sobą wiele patologii. Dominującą pozycję zyskały prywatne firmy, które mają wpływ na setki milionów ludzi. Uzależnienie od dostawców usług takich jak Google czy Facebook, jest symptomatyczne dla świata zachodniego. Jak dużą rolę odgrywają te komercyjne platformy w życiu społecznym widać było podczas wyborów – czego ukoronowaniem jest dyskusja o roli sieci w kampanii Trumpa.

W Polsce jest podobnie. Coraz więcej w społeczeństwie obywatelskim zależy od internetu, który w praktyce dla zwykłego użytkownika ogranicza się do kilku usługodawców. Czy bez mediów społecznościowych byłyby możliwe: protesty przeciw ACTA, Marsz Niepodległości, KOD i „czarny protest”? Partie, administracje i NGO swoje działania w coraz większym stopniu opierają na obszarach sieci, nad którymi nie mają pełnej kontroli.

Posegregowani, w bańkach

Jednym z powodów porażki Hillary Clinton był fakt, że nie potrafiła bezwzględnie wykorzystać nowych narzędzi lub uznała je za niemoralne. Nowa generacja populistów poznała siłę sieci i bez skrupułów ją wykorzystała. Każda słabość jest dla nich orężem. Sekretem ich skuteczności jest zaadoptowanie do polityki mechanizmów wykorzystywanych komercyjnie i paraliż działań oponentów w sieci.

Aby dbać o dobre samopoczucie i wygodę, wokół każdego użytkownika powstaje tzw. bańka informacyjna. Algorytmy uczą się, jakich informacji szukamy, z kim wchodzimy w interakcje w mediach społecznościowych, co nam się podoba, ale także jakie mamy poglądy polityczne. W efekcie sztuczna inteligencja może skutecznie odcinać nas od innych treści, pokazując tylko te, z którymi się zgadzamy.

Ten mechanizm miał duże znaczenie w budowaniu strategii na czas kampanii w USA. Zwolennicy Trumpa i Clinton w znakomitej większości nie trafiali w te same miejsca sieci, czytali różne informacje, śmiali się z innych memów. Można w ten sposób usypiać czujność konkurentów i budować poparcie w starannie wybranych grupach wyborców. Kampania Trumpa polegała w dużej mierze na przebijaniu się do kolejnych baniek wycofanych wyborców i infekowaniu ich mieszkańców.

Podzielenie obywateli na konkretne, często wąskie, segmenty i poznanie ich języka, zwyczajów i problemów to potężne narzędzie. Pozwala ono kierować do nich komunikaty stworzone dla poszczególnych grup. Pracownicy zapewniani są o utrzymaniu przywilejów, podczas gdy, w tym samym czasie, przedsiębiorców kusi się obniżeniem standardów ochrony pracowniczej.

Konstrukcja baniek sprawia, że trudno jest porozumiewać się pomiędzy grupami. A co za tym idzie, strategia wykluczających się obietnic jest możliwa do zrealizowania.

Większość użytkowników sieci, nastawionych na prostą rozrywkę i emocje, stała się celem zaplanowanych i bezwględnych kampanii pełnych kłamstw. Propaganda w swojej najgorszej formie przeżywa drugą młodość. Bardzo dużą popularnością cieszyły się fake news – fabrykowane wiadomości pokazujące szokujące informacje. Zwolennicy Trumpa czytali np. o poparciu papieża dla kandydata republikanów lub o rzekomym domie Clintonów na Malediwach za 200 mln dolarów.

Aby utrudnić dementi, komunikaty powstawały w wielu miejscach i różnych formach. Na Twitterze na masową skalę rozsyłały je boty, które miały pogłębiać wrażenie autentyczności i szerokiego zainteresowania. W celu uwierzytelnienia wiadomości pojawiły się nawet strony udające prawdziwe portale informacyjne – powstał osobny ekosystem do produkcji i kolportacji kłamstw i manipulacji.

W świecie różnorodności i braku autorytetów wielu obywateli podejmuje decyzje, opierając się na interakcjach z podobnymi sobie ludźmi, których widzą we własnej bańce internetowej. Wykorzystanie tego zjawiska w celu kształtowania postaw politycznych i dalsze rozprzestrzenianie to zadanie dla sieciowych wojsk specjalnych – zespołów ludzi wynajmowanych do spamowania i hejtowania drugiej strony.

Ci „żołnierze” upodabniają się do swoich celów, mówią tym samym językiem, odnoszą się do znanych dla danej społeczności elementów popkultury. Piszą o problemach atakowanej grupy na podstawie dogłębnej analizy sporządzonej przed atakiem. Działają w cieniu na Facebooku i mniej subtelnie na Twitterze. Ich obecność dobrze było widać podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich, kiedy każdy głos popracia dla prezydenta Komorowskiego spotykał się z falą oszczerstw, pomówień i kłamstw. Mają oni za zadanie obrzydzać kontrkandydatów i wiązać ich zwolenników w niekończących się rozmowach przetykanych kłamstwami i pyskówkami.

Wybór lidera jak wybór szamponu

Na korzyść populistów działa także model odwołujący się do nieprzemyślanych decyzji konsumenckich – skomplikowane problemy dotyczące polityki są pomijane lub degradowane do poziomu prostego wyboru. Głosowanie w wyborach ma wyłonić dobrego lub złego kandydata. Nie ma tu miejsca na dyskusje o trudnych sprawach i teoretyzowanie, rozważanie scenariuszy. Wszyscy doświadczyliśmy tego w 2015 roku, kiedy zamiast rozmowy o podejściu do wyzwań, jakie stoją przed Polską, usłyszeliśmy, że czas na „dobrą zmianę” – bez konkretów, bez refleksji i bez szczegółów, za to w oparach hejtu, przy manipulowaniu rozbitym w sieci społeczeństwem i z festiwalem wykluczających się obietnic.

Wybory posłów czy prezydentów w oczach wielu są dziś niemal tym samym, co wybór nowego szamponu. W świecie niepewności populiści pokazują proste i radykalne rozwiązania i obiecują nagrody, zwalniając z odpowiedzialności, pozwalając na lenistwo intelektualne. Budują sugestywną polityczną narrację, wykorzystując internet jako narzędzie dotarcia, którą rozumieją zaniedbywani lub niegłosujący dotąd obywatele. Mobilizowanie elektoratu to część politycznej gry, jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że populiści używają narzędzi niszczących demokrację.

Przed tym arsenałem nie ma dobrej obrony. Nawet energiczne odkłamywanie komunikatów i tłumaczenie przekłamań jest nieskuteczne. Trzeba by trafić z dementi do dokładnie takiej samej grupy odbiorców, co jest możliwe tylko teoretycznie.

Wykorzystanie tej strategii przeciwko jej autorom to prosta droga do większego zohydzenia polityki i pogorszenia sytuacji. Świat nie usłyszał jeszcze, jak można sobie poradzić z falą agresji, kłamstwa i manipulacji. Pewne jest jedynie to, że trzeba te odpowiedzi znaleźć szybko, bo erozja ładu politycznego zachodnich demokracji postępuje, a przyszłość nie rysuje się w różowych barwach.

Z doświadczeń i obserwacji ostatnich miesięcy dla demokracji liberalnych płyną niewesołe wnioski. Otóż bez głębokich zmian i wysiłku czeka nas pogłębiający się szum informacyjny i polityka „postprawdy” – w której i tak musimy dokonać wyboru między dobrym i złym kandydatem – polityka sprowadzona do poziomu decyzji zmanipulowanych konsumentów bez miejsca dla świadomych obywateli.

To wyzwanie dla wszystkich sił politycznych i jednocześnie pokusa, gdyż jutro inni mogą wykorzystać opisane mechanizmy dla realizacji własnych interesów. Dlatego potrzeba poważnej dyskusji nad nowym porządkiem, który ucywilizuje sieć, a co za tym idzie, zapewni większe bezpieczeństwo naszym instytucjom i przede wszystkim – obywatelom.

Hubert Różyk – doktorant WNPiSM Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca Collegium Civitas, konsultant ds. nowych mediów