Newsletter

Ameryka i świat według Trumpa

Bogdan Góralczyk, 05.01.2017
Zakładając że Trump odda kiedyś władzę, powrót do liberalnych wartości w USA może okazać się trudny. Stany Zjednoczone się zmienią, być może odizolują od reszty świata

20 stycznia Donald Trump złoży przysięgę na amerykańską konstytucję. Zostanie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Fotografia: Gage Skidmore/flickr.com, CC BY-SA 2.0

Jeszcze jako kandydat na prezydenta Trump dał się poznać jako osoba ze wszech miar niekonwencjonalna. Człowiek, który nie do końca chce się podporządkować regułom – nawet tym o wymiarze konstytucyjnym.

Wkrótce dowiemy się, czy nadchodzi Wielki Reformator, który wstrząśnie posadami amerykańskiego systemu politycznego, czy też może nowy prezydent USA pozostanie tym samym Donaldem Trumpem, którego poznaliśmy: przywódcą ze skłonnością do narcyzmu i posunięć autokratycznych.

Czy prezydent Trump podporządkuje się konstytucyjnym ograniczeniom, czy też – jak przewiduje wielu – czeka nas istna jazda bez trzymanki i wielka nieprzewidywalność?

Inne Stany

Nie wiemy, czy zerwanie z przeszłością w wykonaniu Trumpa będzie „nieodwracalne”, jak wieszczy liberalny pisarz i eseista Ian Bremmer. Nadchodząca prezydentura to wielki znak zapytania. To także potwierdzenie głębokich zmian, jakie się dokonują w USA i na świecie.

Jak słusznie zauważył na łamach „The New York Times” publicysta Ross Douthat, „każdy, kto mówi ci z pełnym przekonaniem, co administracja Trumpa zrobi, albo blefuje, albo gra głupka. Znamy już przyszły gabinet i sztab Białego Domu, ale nie mamy zielonego pojęcia, jak gabinet i sztab będą współpracować, jakie będą ich relacje z Kongresem, i jak człowiek na szczycie będzie nad tym wszystkim panował”.

Świat po Trumpie, kiedykolwiek nastąpi, nie będzie już taki jak przedtem. Za nami bowiem bezprecedensowa kampania wyborcza, w trakcie której zderzyło się dwoje kandydatów o ogromnych elektoratach negatywnych.

Donald Trump w chwili wyboru miał tylko 35 proc. poparcia i aż 60 proc. elektoratu negatywnego. Wystarczy zestawić z 68-proc. poparciem (i tylko 21 proc. elektoratu negatywnego) Baracka Obamy przed objęciem urzędu w 2009 roku, by uświadomić sobie skalę zjawiska i poważnego problemu, jakim jest głęboka polaryzacja amerykańskiego społeczeństwa. Podzieleni są nawet republikanie – potencjalne zaplecze i obóz wspierający nowego prezydenta.

Trump chętnie grał na manichejskiej zasadzie, dzieląc publiczność na „nas” i „ich”. W efekcie po ostatniej kampanii Stany Zjednoczone są pęknięte, ich obywatele nie ufają sobie nawzajem i zarzucają najgorsze grzechy.

Trump sprawia wrażenie, jakby za nic miał podzielane przez obywateli swojego kraju wartości. Za naturalne uważa machinacje podatkowe, niestosowne komentarze wobec kobiet są na porządku dziennym. Republikanin nie miał też problemów ze spekulacjami co do zasadności amerykańskiego obywatelstwa demokraty Baracka Obamy.

Trump pierwszy zagroził publicznie, że swoją kontrkandydatkę, Hillary Clinton, wsadzi do więzienia. Jako pierwszy na tak wielką skalę grał na etnicznych i socjalnych uprzedzeniach. Zapowiadał walkę z nielegalnymi migrantami oraz muzułmanami. Groził też zbudowaniem muru na granicy z Meksykiem, a wszystko to oblewał sosem pogardy dla przyjętych czy obowiązujących zasad.

Kandydat republikanów nie stronił od haseł rasistowskich, wypowiadając wojnę „kryminalistom, narkomanom i gwałcicielom”. Widać jak na dłoni, że nowy prezydent uwielbia zwracać się bezpośrednio do ludzi. Kocha kamery i światło reflektorów, podobnie jak prosty, dosadny język. Ameryka ma być znowu wielka, a obywatele mają ją ponownie kochać, koniec kropka. Tylko interes, potęga i władza są dla niego oczywistością. Reszta się nie liczy.

Nie wiemy, jakim politykiem okaże się Trump, dotąd biznesmen, człowiek sukcesu i celebryta. Wiemy za to, jakich ludzi dobrał sobie do pracy.

Jego gabinet składa się z milionerów (najbogatszy „rząd” w dziejach USA), czym zapewne rozczarował swój sfrustrowany elektorat z klasy średniej, nierzadko ledwie wiążący koniec z końcem. W gabinecie są byli wojskowi i polityczne jastrzębie.

Czy nadchodząca administracja będzie właśnie „jastrzębia”, jak wieszczy Benjamin H. Friedman z wpływowego Cato Institute? Czy zastąpi ona bardziej pokojowo nastawioną administrację prezydenta Obamy? Niestety, wiele na to wskazuje. Nawet najtężsi amerykańscy analitycy nie wykluczają konfliktów o charakterze militarnym: czy to na Morzu Południowochińskim, czy wokół Korei Północnej, albo też wojen handlowych – najpewniej z Chinami.

Trump – jak na rasowego biznesmena przystało – będzie się zapewne w swoich decyzjach kierował interesem aniżeli wartościami. Nie oznacza to, a przynajmniej nie musi oznaczać, politycznego nihilizmu. Jedno zdaje się być pewne: powrót do tradycyjnych, liberalnych wartości, współpracy, zaufania, solidarności, równowagi władz może po tym „eksperymencie” okazać się trudny.

Stany Zjednoczone się zmienią, być może odizolują, co niekoniecznie zapowiada zmiany na lepsze.

Odwrót liberałów

Obserwatorzy i analitycy już to zjawisko zdefiniowali: Trump wyrósł na fali antyliberalnego buntu, symbolizowanego przez Brexit i obecnego w całej Unii Europejskiej, a reprezentowanego przez polityków takich jak Władimir Putin, Recep Tayyip Erdogan, Viktor Orbán czy Rodrigo Duterte. Dla nich wszystkich system równowagi i kontroli, a więc sedno demokracji, w tym systemu amerykańskiego, jest godzien podważenia, a nawet pogardy. Liczy się wódz i jego silna wola.

Trump już wcześniej dawał znać, że takie podejście jest mu bliskie, nawet jeśli – co oczywiste – innych wspomnianych przywódców (poza Putinem) nie wymieniał. Jego zdaniem wszyscy oni nie są politykami tej wagi i rangi, by się nimi poważniej zajmować.

To wszystko oznacza, że jako prezydent nie będzie się kreował na przywódcę wolnego świata promującego wartości demokratyczne, lecz po prostu na charyzmatycznego i mocno medialnego lidera najsilniejszego państwa świata, z którym wszyscy pozostali muszą się liczyć. (Nic więc dziwnego, że nawet 93-letni Henry Kissinger, sędziwy realista, przystał do jego obozu).

Znów chodzi o to, jak zdobyć, utrzymać i powiększać władzę, a przy okazji i majątek – własny, a gdy ewentualnie się da, to także własnego państwa. Zgodnie z motywem przewodnim kampanii Trumpa: „Ameryka ma być znów wielka”. A że przy okazji oligarchiczna – to nie przeszkadza, choć przeszkadzało w kampanii wyborczej. Chodziło przecież o wymianę elit i odsunięcie klanu Clintonów, a że zastąpi go inny klan, to już mniejszy problem.

Ameryka ma być wielka, ale to niekoniecznie znaczy, że będzie bardziej solidarna, sprawiedliwa i liberalna. Oczywiście dziś nie możemy przesądzać, czy Trump podejmie próbę budowy systemu „nieliberalnego”, czy wręcz autorytarnego, płynącego z egotyzmu i charyzmy. Ale to, że wykreuje system patriarchalny i oligarchiczny wydaje się być więcej niż pewne.

Państwo ponad rynkiem

Jeśli zapowiedzi kandydata na prezydenta Donalda Trumpa zostaną zrealizowane, prezydent Donald Trump rozpocznie odwrót globalizacji rozumianej jako wolność i handel bez granic. Miałyby ją zastąpić mury z Meksykiem, cła handlowe z Chinami i izolacjonizm.

Decyzja o zablokowaniu Partnerstwa Transpacyficznego (TPP – umowy handlowej krajów Azji i Pacyfiku) oraz ewentualnie innych wielkich umów handlowych, w tym tych z Europą (słynne już porozumienie TTIP) byłaby potwierdzeniem, że nowe przywództwo Ameryki porzuca katalog liberalnych recept na rządzenie. I odchodzi od koncepcji rynku jako nadrzędnego regulatora. Miałaby go zastąpić charyzma lidera i polityczna wola silnego „centrum decyzyjnego”.

Jeśli prezydent Trump będzie się zachowywał jak szef wielkiej korporacji, podobnie jak Rex Tillerson, kandydat na szefa amerykańskiej dyplomacji, a dotychczas prezes wielkiej korporacji Exxon Mobil, to wpisze się w stan dobrze opisany przez Francisa Fukuyamę: „Mimo że kapitalizm rzekomo opiera się na wolnym rynku i konkurencji, życie wewnętrzne zachodnich korporacji jest mocno hierarchiczne i kooperatywne. Każdy, kto kiedyś pracował dla wielkiej korporacji, zdaje sobie sprawę, że są one ostatnim bastionem władzy absolutnej: jeden CEO (Chief Executive Officer) ma (za zgodą reszty zarządu) w ręku władzę wystarczającą, by rządzić przedsiębiorstwem jak armią”.

Niewykluczone więc, że czeka nas epoka przywództwa w stylu korporacyjno-militarnym. Nowy prezydent nie chce nadmiernej biurokracji, chce natomiast jednoosobowego władztwa i wąskiego kręgu decyzyjnego, włącznie z najbliższą rodziną, z córką Ivanką w roli głównej. I byłoby w Białym Domu jak w korporacji.

Tu oczywiście trzeba dać zastrzeżenie, że pewności co do takiego rozwoju wydarzeń nie ma – choć sporo na to wskazuje. A jeszcze więcej na to, iż pod rządami Trumpa wzrośnie rola państwa i politycznej woli w gospodarce, a zmniejszy się rola rynku i jego mechanizmów.

Najwyraźniej mija epoka ekonomicznych dogmatów.

Nowy ład na horyzoncie

Donald Trump najwyraźniej chce też przemeblować światową scenę. Nawet nie kryje, że nie podoba mu się rola Chin i ich aspiracje do roli najsilniejszego mocarstwa gospodarczego na całym globie. Stany Zjednoczone są i mają pozostać hegemonem.
Czy wobec tego czeka nas partia „politycznego pokera” na scenie międzynarodowej, jak przewiduje wpływowy magazyn „The Atlantic”? A jeśli tak, to z kim? Z Władimirem Putinem i władcami na Kremlu, o czym ostatnio tak głośno? Czy Trump zagra jak Richard Nixon „chińską kartą”, tyle że à rebours?

A może powróci do koncepcji Strategicznego Trójkąta, ale z Rosją przeciwko Chinom, a nie Chinami przeciwko Rosji? A co wówczas będzie z pozycją sojuszników USA w NATO i całym sojuszem jako takim?

Kogo, poza Chinami, nowa administracja USA wybierze na przeciwnika? Islamski Daesh i terrorystów, jak wskazywałby dobór osób odpowiedzialnych za Pentagon i siły bezpieczeństwa państwa? Kto miałby być sojusznikiem USA i czy możliwe jest równoległe prowadzenie walki na dwa fronty: z terroryzmem militarnie i z Chinami handlowo? Czy tym samym USA po raz kolejny nie wpadną w pułapkę już dawno zdefiniowaną przez Paula Kennedy’ego jako „imperialny przesyt” (imperial overstretch), który tak mocno odezwał im się czkawką w Iraku i Afganistanie?

Przed nami niemal same znaki zapytania, co – jak wiadomo już od chińskiej starożytności – oznacza ciekawe czasy. Oby tylko nie zamieniły się w przeklęte… Jedno tylko zdaje się być pewne: wyborcze zwycięstwo Trumpa dowodzi, że skończyła się epoka triumfu liberalnej demokracji i rynkowego fundamentalizmu.

Liberałowie są w odwrocie i oby tylko ustępowali w zwartym szeregu, a nie popłochu i w zamieszaniu. Albowiem na tę chwilę nie wiemy, czy to tylko chwilowa gorączka o nazwie „więcej państwa i autorytaryzmu” (z której wyborcy szybko się wyleczą, widząc rezultaty nowych rządów), czy też głębszy zwrot, podważający dotychczasowe zasady i reguły gry.

Po upadku ładu zimnowojennego USA wkroczyły w Pax Americana, z którego garściami korzystały. Ale to był czas, który już się kończy. Charles Krauthammer pisał o „jednobiegunowej chwili”. Dziś biegunów jest już więcej, chociaż Donald Trump zdaje się przeciwko temu stanowi rzeczy buntować.

Jednak samo zawołanie „uczyńmy Amerykę ponownie wielką” nie wystarczy, by stan poprzedniej amerykańskiej hegemonii przywrócić. Świat stał się ponownie wielobiegunowy – bez względu na zaklęcia, tweety i slogany 45. prezydenta USA właśnie wkraczającego na globalną scenę.

Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador