Newsletter

Poszukiwacz lepszej Rosji

Elżbieta Sawicka, 02.01.2017
Jerzy Pomianowski dopominał się o dialog polsko-rosyjski, otwarty i prowadzony bez nienawiści

Odchodzą ostatni giganci z dziupli „Kultury” paryskiej.

Jerzy Pomianowski w maciejówce - 11 listopada 2005 roku. Tego dnia został odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla współpracy między narodami Polski i Rosji, za działalność literacką i publicystyczną”. Fot. Elżbieta Sawicka

29 grudnia 2016 roku zmarł w Krakowie w wieku 95 lat „rosyjski łącznik”, profesor Jerzy Pomianowski, wieloletni – a długo tajny – współpracownik Jerzego Giedroycia. Wybitny tłumacz, publicysta i eseista.

Jako Michał Kaniowski ogłaszał na emigracji przekłady książek Aleksandra Sołżenicyna, będących wówczas na indeksie w Związku Radzieckim i wszystkich krajach bloku wschodniego. To dzięki Kaniowskiemu poznaliśmy „Krąg pierwszy” i „Archipelag Gułag”, wydany przez Instytut Literacki w Paryżu oraz czytany – dzień po dniu, kartka po kartce – w Radiu Wolna Europa.

W 1999 roku Jerzy Pomianowski został redaktorem naczelnym powstałego z inicjatywy Jerzego Giedroycia pisma „Nowaja Polsza”. Uczynił je ważnym forum spotkania wolnej Polski z wolną Rosją.

Znawca problemów politycznych Wschodu i Zachodu, rzecznik dialogu polsko-rosyjskiego, służył radą w Polsko-Rosyjskiej Grupie do Spraw Trudnych. Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu: człowiek instytucja.

„Ma tak wielkie dokonania, że swoim życiorysem mógłby obdarować kilku twórców w sferze przekładów, publicystyki politycznej i kulturalnej, działalności redakcyjnej oraz aktywnego zaangażowania w wielu instytucjach i ciałach społecznych działających na rzecz wyjaśnienia trudnych i dramatycznych spraw w stosunkach polsko-rosyjskich z poszanowaniem suwerenności i wrażliwości sąsiadów Rosji, zwłaszcza Ukrainy” – pisał prof. Adam Daniel Rotfeld z okazji nadania Jerzemu Pomianowskiemu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Polak ochotnik, łodzianin zawodowy

Urodził się 13 stycznia 1921 r. w Łodzi w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Z dumą opowiadał o swoich żydowskich przodkach.

Jego muzykalny dziadek był kantorem, stryj Mieczysław Birnbaum człowiekiem Piłsudskiego do specjalnych poruczeń, ojciec Stanisław Birnbaum technikiem włókiennictwa, matka, Janina z domu Kliger – nauczycielką języka polskiego.

Maturę zdał w 1938 roku w Polskim Społecznym Gimnazjum Męskim w Łodzi, gdzie polskiego i propedeutyki filozofii uczył go Mieczysław Jastrun.

Rodzinne miasto wspominał zawsze z sentymentem: – Urodziłem się w Łodzi i mogę powiedzieć o sobie tak: jestem Polak ochotnik, a łodzianin zawodowy – wyznał mi kiedyś. – Było to bowiem jedyne miasto w przedwojennej Polsce, w którym panował zdrowy duch kosmopolityzmu. Nikt nikogo nie pytał o wyznanie. W naszym gimnazjum nie było obowiązkowych lekcji religii. Aż do reformy Jędrzejewicza nie wiedzieliśmy, kto był protestantem, kto katolikiem, a kto Polakiem wyznania mojżeszowego.

Przed wojną zdążył jeszcze rozpocząć studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim, uczęszczał na seminarium Tadeusza Kotarbińskiego. Zachęcony przez Witkacego, zadebiutował literacko tekstem „Na śmierć Leśmiana”.

W 1939 roku ranny, znalazł się w szpitalu w Łucku na Wołyniu. Po wejściu Armii Czerwonej trafił do Lwowa, a następnie do kopalni węgla w Donbasie. Później wyjechał do Tadżykistanu, gdzie w Stalinabadzie (dziś Duszanbe) rozpoczął studia lekarskie. Ukończył je w Moskwie w 1947 roku. Pracował w prosektorium i w pogotowiu ratunkowym.

W powojennej Polsce był kolejno dziennikarzem, lekarzem, urzędnikiem, krytykiem teatralnym, scenarzystą, kierownikiem literackim Teatru Narodowego i Zespołu Filmowego „Syrena”. Wykładał dzieje dramatu na Studium Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie jego słuchaczkami były m.in. Hanna Krall i Agnieszka Osiecka.

Ogłosił cztery tomy szkiców teatralnych, napisał powieść „Koniec i początek” i kilka sztuk teatralnych. Był publicystą wielu czasopism. Należał do PZPR, ale po usunięciu z niej „rewizjonisty” Leszka Kołakowskiego zerwał więzy z partią (1966).

Po czystkach Marca 1968 roku, pozbawiony możliwości pracy, opuścił kraj i wyjechał do Włoch, gdzie wykładał literaturę polską na kilku uniwersytetach. Dzięki Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu nawiązał kontakt z „Kulturą” paryską i stał się stałym współpracownikiem Giedroycia – jako tłumacz i publicysta.

Po powrocie do Polski w latach 90. nadal współpracował z „Kulturą”, ale pisał też do prasy krajowej. Wydawał kolejne zbiory eseistyki i publicystyki: „Biegun magnetyczny” (1995), „Ruski miesiąc z hakiem” (1997), „Na wschód od Zachodu. Jak być z Rosją?” (2004), „Wybór wrażeń” (2006).

Zafascynowany Bablem

Lubił powtarzać, że wprawdzie poślubił medycynę, ale dzieci miał z literaturą.

Jego związki ze słowem pisanym są rozległe i różnorodne. Kim był przede wszystkim? Tłumaczem. Głównie literatury rosyjskiej. Przyswoił polszczyźnie pół setki opowiadań Czechowa, dramaty Lwa Tołstoja, komedie Jewgienija Szwarca i Michaiła Bułhakowa, poezje Achmatowej, Mandelsztama, Puszkina i Słuckiego.

Tłumaczył prace Andrieja Sacharowa i Michaiła Hellera. Jednak życiową przygodą translatora stało się spotkanie z twórczością Izaaka Babla. Przełożył niemal wszystkie powieści i dramaty autora „Armii konnej”, opublikował przekład pełnego tekstu „Dziennika 1920”.

Wielokrotnie opowiadał o początkach tej fascynacji. Jego stryj Mieczysław Birnbaum, dziennikarz, a także oficer „dwójki” („bożyszcze mojej młodości”, „leży w Katyniu z orderem Virtuti Militari na piersi”) jako pierwszy przełożył w Polsce kilka utworów Babla. Bratanek dokończył dzieła.

Autorowi „Zmierzchu” poświęcił Pomianowski znakomity esej „Żyd z Odessy”. Złożył w nim hołd wielkiemu pisarzowi zamordowanemu przez NKWD i wyrzuconemu na wiele lat z kart historii literatury rosyjskiej.

– To była chyba największa przygoda translatorska pańskiego życia? – spytałam kiedyś Profesora. Odpowiedział bez wahania: – Największa. Tym bardziej że Babel w Rosji był i nadal jest na muszce. Raz pozwalają go drukować, innym razem nie. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy uda się opublikować w całości po polsku „Dziennik 1920”, bo są tam straszne sceny wyrzynania jeńców polskich i żydowskiej biedoty…

Babel był przygodą także z innego powodu. To jest absolutny mistrz prozy. Niewiele mogę wymienić książek, które byłyby tak niedościgłym wzorem artyzmu. Zdanie Babla jest dla mnie metrem z Sevres – jasności, dobitności, a nawet ukrytej śmieszności wszystkich naszych dramatów.

Wie pani, pochwalę się. Niedawno w Lublinie przed promocją mojej ostatniej książki „Wybór wrażeń” dostałem od księdza metropolity lubelskiego prezent. Józef Życiński podarował mi paradną szablę oficerską z wygrawerowanym napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wręczył mi ją ze słowami: „Szabla za Babla!”. Sprawiło mi to prawdziwą radość i satysfakcję.

Należała mu się ta szabla. Jak nikomu innemu.

Redaktor „Nowej Polszy”

Przez całe lata dopominał się o dialog polsko-rosyjski, otwarty i prowadzony bez nienawiści, gdyż: „to, co uważamy za charakter narodowy Rosjan, jest w istocie charakterem ich władzy”.

Podobnie sądził inny (i ciężko doświadczony w łagrach) znawca Rosji: Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata”. 7 maja 1997 roku zanotował w „Dzienniku pisanym nocą”:

„Wytrawny »rusolog« Pomianowski ma absolutną rację, gdy sprowadza zagadnienie do owego nieuchronnego dla nas pytania: »jak rozmawiać z Rosją«. Nie »czy rozmawiać«, bo o to na rozmaite sposoby dbała i dba sama Rosja. I ja, i Pomianowski trzymamy się recepty Mochnackiego z roku 1831: »Nie gabinety, ale ludy są naszymi sprzymierzeńcami«. Szydzono z niej niemiłosiernie, jej zwolenników nazywano ludźmi niespełna rozumu, a przecież jakiś okruch wskazania Mochnackiego przeniknął do naszych dni”.

Redaktor „Nowej Polszy” wielokrotnie powoływał się na testament redaktora „Kultury”. Także w kwestii wypracowania modelu współżycia polsko-rosyjskiego:

– Otóż pierwszą zasadą, jakiej Giedroyc się trzymał i wpoił ją swoim współpracownikom, mnie także, była zasada ścisłego, stałego, dobrze uświadomionego rozróżniania między Rosją i Rosjanami – mówił Magdalenie Bajer w wywiadzie dla „Odry”. – Wciąż jeszcze nie jest to wśród Polaków powszechne. Mówimy: „ruskie”, jak za PRL. Nie oddzielamy interesów Rosji od interesów imperium.

Za rzecz absolutnie podstawową w naszych relacjach uważał Jerzy Pomianowski wzajemny szacunek: „Kochać się z Rosjanami nie musimy, szanować – tak”.

Styl to człowiek

Z okazji dziewięćdziesiątych urodzin Profesora przyjaciele i współpracownicy, wspomagani przez Instytut Książki, wydali jego dawny szkic zatytułowany „Co literatura zawdzięcza medycynie”. W słowie wstępnym Piotr Mitzner tak określił cechy stylu autora:

„Kiedy Jerzy Pomianowski zabiera głos, słyszymy szczególną melodię frazy. Dobór słów i inwencja językowa opierają się bylejakości współczesnej polszczyzny. Zdania dobrej przedwojennej roboty. Ci, którzy znają dobrze Jubilata, wiedzą, że nie jest to tylko język jego wystąpień publicznych, że i na co dzień posługuje się pięknym, soczystym słowem, gdy trzeba miękkim, gdy trzeba – twardym.

Jest przecież nie tylko znawcą relacji polsko-rosyjskich. Jest pisarzem.

Jako pisarz oddaje hojną ręką swój talent przekładom, publicystyce, wykładom, wypowiedziom w dyskusjach i wywiadach, korespondencji. W tych wszystkich tekstach jest jego osobowość, jego charakter, styl. Zwracajmy uwagę na ten styl. Przecież »styl to człowiek«, jak powiada grecki retor”.

Pisał „trzebież najlepszych artystów i uczonych w ZSSR”. Mówił „nasamprzód”, a nie „najpierw”. „Puścizna”, a nie „spuścizna”. Nie „na przyczepkę”, tylko „na przyprzążkę”. Kto dziś potrafi tak smakować zapomniane polskie słowa?

Władał piórem z niebywałą maestrią. Pisał z temperamentem, barwnie i soczyście. Jego polszczyzna jest klarowna i elegancka, często zaprawiona ironią i dowcipem. Pomianowskiego rozpoznaje się natychmiast po dwóch pierwszych zdaniach.

Pełen staroświeckiej kurtuazji, potrafił być też ostry, nawet drapieżny. W wywiadzie udzielonym w 2015 roku „Tygodnikowi Powszechnemu”, zapytany, czy w Polsce wróci cenzura, zmieniając gwałtownie temat wypalił:

„Mnoży się jak gnidy na włosach; także na mężnie golonych. W sezonie te poczwarki otworzą się i zrodzą żwawe potomstwo. A koncepcja ich gór jest płaska. Dowiedziałem się, że Młodzież Wszechpolska wymaga od kandydata przysięgi: nie będziesz oglądał »Skrzypka na dachu«. Nic dziwnego, bohater jest żydowskim mleczarzem, a nadto dobrze śpiewa. Kolejnym niemile widzianym w tamtejszych kręgach jest Julian Tuwim”.

Coraz częstsze w kraju nacjonalistyczne wybryki przyjmował z niekłamaną odrazą.

Pisarz na przyprzążkę

Kiedy jesienią 2006 roku wiadomo było, że wkrótce zostanie laureatem nagrody „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia, poprosiłam go o wywiad. Zjawił się w moim pokoiku redakcyjnym przy placu Starynkiewicza w eleganckim płaszczu z peleryną à la Sherlock Holmes, z laską i nieodłącznym kapeluszem. Chciałam, żeby to była rozmowa nie tylko z tłumaczem, ale i autorem własnych utworów. Profesor nieco się wzbraniał:

– Chce pani wiedzieć, czy czuję się pisarzem? Ja jestem pisarzem na przyprzążkę. Na przyprzążkę do tej bryki polskiej literatury, z której moi ukochani poeci i pisarze zrobili jedną z najpiękniejszych karoc Europy.

– Takie ma pan wysokie mniemanie o naszym piśmiennictwie? – dopytywałam.

– Uważam literaturę polską za osobliwość w Europie z powodu dwóch cech gdzie indziej niespotykanych: jej czołowym gatunkiem jest poezja, a siłą napędową jej całej – z tą poezją włącznie – jest publicystyka – odpowiedział Profesor. – O ile do literatury pchnął mnie Stanisław Ignacy Witkiewicz, pokazując, jak wysoko ustawiona jest jej poprzeczka filozoficzna, o tyle publicystę zrobił ze mnie Giedroyc.

Zmusił mnie do tego. Zmusił – jak w ogóle zmuszał ludzi do pracowania powyżej powały, którą im Bozia dała. Z naiwnego „rewizjonisty” zrobił kogoś zupełnie innego. Nie pierwszy raz to mówię: rewizjoniści, jakimi wówczas byliśmy, to byli faceci, którzy chcieli naprawić samochód już pozbawiony silnika; samochód, który zachował silne hamulce, a kierownicę miał w Moskwie. Wcześniej byłem krytykiem teatralnym, a to znaczy dyletanckim współzawodnikiem reżysera. Powtarzam: tak jak Witkiewicz wyciągnął mnie spod stolika Gombrowicza w „Zodiaku”, tak Giedroyc zrobił ze mnie publicystę. Jemu to zawdzięczam.

Proszę mną wycierać podłogę!

Bryka literatury. Karoca literatury. Samochód z kierownicą w Moskwie. Praca powyżej powały… Z niepowtarzalnym stylem Jerzego Pomianowskiego miałam okazję zetknąć się nie raz.

Bywało, że Profesor, dżentelmen w każdym calu, dzwonił do mnie do domu w niedzielne popołudnia w jakichś sprawach redakcyjnych – zawsze sumitując się, z porcją komplementów na wstępie, a potem z rytualnym zakończeniem „Ręce drogiej pani całuję i proszę przekazać pozdrowienia szanownemu małżonkowi”.

Zdarzały się też niezwykłe liściki, jak ten z sierpnia 2002 roku.

„Droga Pani Elu,

Dziękuję za miły list z 27 lipca.

Czuję się Pani przyjacielem i sprzymierzeńcem, proszę mną wycierać podłogę! Gratuluję szkicu o Lebensteinie. Pan Jan był ciężkim partnerem we wstępnym spotkaniu. Uprzedzał mnie o tym Kazimierz Romanowicz, gdy się tam wybierałem. No ale to był KTOŚ, wielkimi literami. Jaki doskonały jest ten jego rysunek do Orwella!

Widzę, że Pani »Rzecz o Książkach« staje się magazynem w całym znaczeniu. Czy nie byłoby dobrze, gdyby Pani na pierwszej stronie pisała krótki bilet od siebie? Przepraszam za wtrącanie się! Ale wtrącę się jeszcze raz: co z książką Pani, z powodu której wymieniliśmy kiedyś parę liścików? TO BARDZO WAŻNE.

Do zobaczenia, które jest dla mnie zawsze przyjemnością. Pozdrowienia najmilsze!”.

Posłuchałam rady Profesora i zaczęłam pisać owe krótkie bilety, czyli mówiąc dzisiejszą byle jaką polszczyzną – edytoriale.

Cztery lata później rozstałam się z „Rzeczpospolitą” i byłam bez pracy. Przygarnął mnie wówczas do „Nowej Polszy” słowami najdelikatniejszymi z możliwych: „Czy uczyni mi pani ten zaszczyt?”. Takich gestów się nie zapomina. Żegnam więc dziś z żalem nie tylko genialnego tłumacza i wytrawnego znawcę Rosji, ale też szlachetnego, serdecznego, dobrego człowieka. Mojego niezapomnianego Szefa.

Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścinskiego.