Newsletter

Czy Europejczycy myślą po europejsku?

Wojciech Przybylski, 16.12.2016
Prawdziwej europejskiej przestrzeni publicznej, res publica Europeana, jak nie było, tak wciąż nie ma

Europejczycy, choć nie wszyscy i nie wszędzie w podobnym stopniu, już teraz zajmują się w debacie publicznej tymi samymi sprawami: zagrożeniem ze strony ISIS, globalnymi zmianami klimatu, zastojem gospodarczym, cyberatakami, a także – do pewnego stopnia – napływem uchodźców z Syrii. Co więcej, dokładnie w tej kolejności wagi problemów „europejska opinia publiczna” zgadza się, by Unia Europejska odgrywała bardziej aktywną rolę w rozwiązywaniu globalnych problemów.

Fotografia: Thomas8047/flickr.com, CC BY 2.0

Strachy przeżywane osobno

Według raportu z badań amerykańskiego Pew Research Center z czerwca 2016 roku w większości uważamy, że UE powinna odgrywać bardziej aktywną rolę na świecie – średnia europejska to 74 procent, przy czym opinia ta najpopularniejsza jest w Hiszpanii (90 procent), a najmniej zwolenników ma w Wielkiej Brytanii (55 procent). W Polsce twierdząco odpowiedziało 61 procent respondentów.

Te same badania wskazują, że co najmniej połowa z Europejczyków następujące zagrożenia uznaje za najpoważniejsze w swoich państwach: ISIS – od 93 procent w Hiszpanii do 69 procent w Szwecji (73 procent w Polsce); zmiany klimatyczne – od 89 procent w procent Hiszpanii do 54 procent w Polsce (1).

Nie we wszystkich państwach większość zgadza się natomiast co do pozostałych zagrożeń. Mniej niż połowa ankietowanych gotowa jest uznać za poważne zagrożenia: sytuację gospodarczą – 35 procent w Szwecji, 38 procent w Niemczech, 48 procent w Wielkiej Brytanii i Holandii; cyberataki – 41 procent w Grecji, 48 procent na Węgrzech; dużą liczbę uchodźców z Syrii i Iraku – 24 procent w Szwecji, 31 procent w Niemczech, 36 procent w Holandii, 42 procent w Hiszpanii, 45 procent w Holandii (Polska wygląda w tym zestawieniu na najbardziej wystraszoną – 73 procent respondentów obawia się napływu uchodźców; na drugim miejscu, z 69 procentami, plasują się Węgry).

Tyle sondaże. Wyraźnie wskazują na problemy daleko wykraczające poza zasięg oddziaływania pojedynczych państw narodowych. Jak więc jest możliwe, że jednocześnie rosną w Europie nastroje separatystyczne, Brytyjczycy zdecydowali się opuścić wspólnotę, a państwa, których powodzenie zależy od idei solidarności, manifestacyjnie z nią zrywają?

Wyjaśnienie jest proste. „Europejska opinia publiczna” istnieje teoretycznie. Na papierze wszyscy Europejczycy mogą bać się tego samego, lecz w rzeczywistości każdy ze strachów przeżywają osobno.

Można to próbować zilustrować na przykładzie polskich lęków. Badania pokazują, że obawa Polaków przed obcymi jest największa w Europie. Ten strach ma wiele różnych źródeł, a jednym z nich jest niemal całkowity brak doświadczeń kontaktu z innymi kulturami.

Całkowicie w zgodzie z wolą większości swoich obywateli Polska postanowiła więc poświęcić ideę, na której przez lata budowała swoją pozycję – ideę solidarności. Rząd zadecydował: nasz kraj nie zamierza przyjąć uchodźców w takiej liczbie jak Szwecja czy Niemcy (na czele listy państw-gospodarzy i zarazem najmniej obawiających się uciekinierów z Bliskiego Wschodu) i głośno o tym mówi, choć przecież uchodźcy wcale nie zamierzali do Polski przyjeżdżać.

Strategiczny błąd rządu PO został pogłębiony przez rząd PiS-u. Być może łatwiej byłoby go uniknąć, gdyby nie kampania wyborcza, choć czy na pewno?

Efekt jest taki, że w mediach krajów zachodnioeuropejskich pojawił się przekaz o chciwych Polakach, którzy nie potrafią się zachować, odwdzięczyć za podarowane im miliony euro, względnie dostosować do europejskiego standardu. Czyli nic nowego – co prawda na zmianę tego stereotypu pracowano w Polsce latami, ale wystarczył niespełna rok, by uproszczenia powróciły na nasze życzenie.

Próżno dziś napominać, że wystarczyło w imię chrześcijańskiego miłosierdzia zadeklarować pomoc uchodźcom, a w imię solidarności gotowość wsparcia krajom, które nie radziły sobie z napływem ludności. Faktycznie zaś uchodźcy i tak nie chcieliby do Polski przyjechać, tak jak nie chcą przyjeżdżać na Litwę. Z uzgodnionej liczby 1,1 tysiąca osób Wilno jak dotąd zarejestrowało 102 przybyszy, z czego jedna rodzina już uciekła do Szwecji.

Imigranci nie zamierzają pozostawać nawet w dużo bardziej zamożnej i różnorodnej kulturowo Francji, lecz przedostają się do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Ale to na Polskę spadają do dziś gromy za niesolidarną postawę – mleko się rozlało.

Próba intelektualistów

Nie ma europejskiej przestrzeni publicznej, w której toczyłaby się realna debata dająca przeciwnym argumentom prawo do wybrzmienia i krytyki; w której dyskusja przekracza narodowe ramy i rzuca światło na różne racjonalności z różnych punktów widzenia, w zależności od zabarwienia ideowego, ale także geograficznej lokalizacji w ramach kontynentu.

Ideał europejskiej przestrzeni publicznej, w której decyzje polityczne pozostają w ścisłym związku z debatą prowadzoną obok instytucji politycznych przez wielonarodową i coraz bardziej splątaną rodzinnymi losami wspólnotę Europejczyków spotykających się w związku z kontaktami handlowymi i wymianą w ramach wspólnego rynku, wspólnymi studiami na uniwersytetach, rozmowach podczas coraz częstszych i tańszych podróży, nie ziścił się.

Były podejmowane próby. Najważniejsza do tej pory debata stawiająca kwestię europejskiej przestrzeni publicznej, będąca także swego rodzaju postmodernistycznym eksperymentem, została wywołana przeszło dekadę temu przez Jürgena Habermasa, który testował wówczas możliwość przeniesienia swojej teorii w praktykę.

31 maja 2003 roku w odpowiedzi na interwencję Stanów Zjednoczonych w Iraku i zarysowującego się pęknięcia między krajami „nowej” i „starej” Europy Habermas opublikował wraz z Jakiem Derridą i grupą intelektualistów artykuły w kilku tytułach prasy europejskiej. Umberto Eco zaprezentował swoje stanowisko we włoskiej gazecie La Repubblica, Gianni Vattimo w także włoskiej La Stampie, Adolf Muschg w szwajcarskiej Neue Züricher Zeitung, Richard Rorty w niemieckiej Süddeutsche Zeitung, Fernando Savater w hiszpańskiej El Pais.

Inicjatorzy napisali wspólny tekst, który ukazał się w niemieckiej Frankfurter Allgemeine Zeitung i we francuskiej La Libération. Celem – poza przypomnieniem oświeceniowego dziedzictwa Europy i przestrogą przed wstąpieniem na zgubną drogę militaryzmu – miało być pobudzenie wzajemnych polemik, debaty transnarodowej.

Zrealizować się miał w ten sposób kolejny krok na drodze do czegoś na kształt europejskiej przestrzeni obywatelskiej. Parafrazując tytuł książki pod redakcją Jerzego Szackiego (2), Europa miała sobie przypomnieć, że może być czymś więcej niż platformą wymiany ekonomicznej kupców, a zarazem wspólnotą głębszą niż tylko relacje między dzielącymi ją książętami.

Nie sposób w pełni docenić znaczenia i symboliki inicjatywy intelektualistów. Kolejnym pokoleniom Europejczyków, szczególnie w obliczu rosnących w siłę nacjonalizmów, trzeba coraz częściej przypominać o doświadczeniu II wojny światowej, które ufundowało najtrwalszy jak dotąd projekt pokojowej koegzystencji narodów. A jednak trudno mówić tu o sukcesie.

Manifestacja Habermasa, owszem, pobudziła debaty na kontynencie, ale jeśli idzie o ideał transnarodowej wymiany opinii, zawiodła na całej linii. Polemiki po hiszpańsku odnosiły się wyłącznie do tekstu Savatera, włoskie do artykułów Eco oraz Vattima, niemieckie niemal pominęły odniesienia do tych debat w innych krajach, a w prasie brytyjskiej debaty w ogóle nie zauważono.

Transnarodowy narcyzm wygrywa

Tak wyglądała wówczas intelektualna kondycja Unii Europejskiej. Dekadę później i w obliczu jeszcze większych napięć raczej nie jesteśmy bliżsi celu, i to pomimo upowszechnienia się nowych technologii. Facebook powstał zaledwie rok później. Początkowo szansy dla europejskiej debaty publicznej upatrywano właśnie w mediach społecznościowych i internetowych blogach.

Znów jednak przyszedł zawód. Ani blogi, ani Facebook nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Domeną tej formy komunikacji szybko stał się narcystyczny, jednostronny monolog, prowadzony jednocześnie przez miliony głosów – cóż z tego, że na te same tematy, skoro w większości przyczynkarski, bez krzty refleksji i coraz bardziej sekciarski.

W efekcie przestrzeń blogów i mediów społecznościowych stała się raczej tubą indywidualnych i społecznych frustracji niż platformą komunikacyjną.

W tym samym czasie „stare” media gwałtownie się przeobrażały (i nadal się przeobrażają), zwiększając wydatki na technologie i promocje, a tnąc obsadę redaktorską i korespondentów zagranicznych. Ergo: one tym bardziej nie mogą stworzyć paneuropejskiej platformy dyskusji.

W nowych warunkach nawet powtórzenie skromnych rezultatów kampanii Habermasa wydaje się o wiele trudniejsze, nie z powodu ograniczeń technologicznych, lecz rozproszenia uwagi.

Poza efektami zmiany technologicznej, które przeobrażają przestrzeń mediów, nie mniejszym wyzwaniem pozostaje arcyludzka selektywna pamięć.

Ludzkie mózgi, w przeciwieństwie do algorytmów komputerowych, nie są w stanie przezwyciężyć inercji zbiorowych przyzwyczajeń i uprzedzeń za sprawą jednego skryptu czy artykułu. Potrzeba do tego co najmniej pogłębionych debat i symbolicznych manifestacji w przestrzeni publicznej, wiążących emocje z tekstami, które tłumaczyłyby skomplikowaną i czasem niełatwą do przyjęcia historię, bo fakty często mieszają się ze społecznie ukształtowanymi wyobrażeniami.

Oczywisty dla Polaków stosunek podejrzliwości wobec Rosji spotyka się z kompletnym niezrozumieniem w nieobciążonych polskimi tragediami Grecji czy Włoszech. Z kolei zrozumiałą w Polsce nieufność Grecji do rozwiązań narzucanych przez Niemcy trudno wytłumaczyć w samych Niemczech. W środku kryzysu strefy euro w lipcu 2015 roku portal Politico opublikował artykuł Davida Patrikarakosa o Krecie, ilustrujący głęboko osadzoną niechęć mieszkańców wyspy do Niemców spowodowaną brutalną historią ostatniej wojny (3).

W tym świetle zupełnie inaczej można by było odczytywać reakcje rządu Aten na decyzje Angeli Merkel. Jego opór wobec narzuconych przez Berlin rozwiązań ekonomicznych mieszał się z pamięcią o tragicznej historii.

Z drugiej strony można było próbować zrozumieć, że nazistowska historia Niemiec wymogła wprowadzenie do kultury politycznej tego kraju imperatywu rozwoju gospodarczego, bez którego rosła obawa przed powtórzeniem się tragedii. Można by było, gdyby ktoś w prasie niemieckiej oraz greckiej ów wątek podjął, przedstawiając obce historie i perspektywy w językach narodowych. Na to jednak zabrakło miejsca i świetny artykuł z Politico trafił co najwyżej do świadomości niektórych brukselskich czytelników amerykańskiego portalu.

Potrzeba europejskiej wspólnej sfery publicznej powinna rosnąć wraz z kryzysami, które targają Europą, i w których obliczu oczekuje się wspólnej europejskiej odpowiedzi. Innymi słowy, im bardziej rosną obawy co do sytuacji w Europie, tym większego ożywienia należałoby się spodziewać w europejskiej sferze publicznej.

Niestety, w mediach masowych takich debat jest jak na lekarstwo. Projekty powołane do pobudzenia ogólnoeuropejskiej debaty pozostają na marginesie debat narodowych i nie przebijają się, jeśli nie są tworzone w językach i kontekstach narodowych.

Powszechny w kręgach biznesowych, akademickich i do pewnego stopnia politycznych język angielski często powoduje, że debata bywa fasadowa, bo nie oddaje emocji i symboli, które można wykorzystać, posługując się językiem ojczystym.

Świetne inicjatywy, takie jak telewizja Euronews, osiągają skromne pod względem frekwencji rezultaty, a próby nieco bardziej ambitne, jak PressEurop – portal tłumaczący najważniejsze teksty z europejskiej prasy codziennej – bankrutują bez stałego finansowania ze strony UE.

Niezależne projekty, takie jak Eurozine – magazyn prezentujący sieć europejskich czasopism kulturalno-politycznych – czy Visegrad Insight, które współtworzymy jako redakcja Res Publiki Nowej wspólnie z redaktorami z Europy, mają na celu kreowanie owej wspólnej przestrzeni komunikacyjnej i odnotowują na swoim koncie pewne sukcesy. Na przykład publikowane w jednym czasopiśmie teksty Timothy’ego Snydera dotyczące pamięci o totalitaryzmach albo Slavenki Drakulic o feminizmie w krajach postkomunistycznych ukazują się w tłumaczeniu w językach narodowych, wywołując zazwyczaj żywą debatę.

Jednak celem tych publikacji jest raczej wpływ na świadomość elit niż bezpośrednie oddziaływanie na szerszą grupę odbiorców masowych. A przecież dopiero w mediach masowych dokonuje się zmiana. I dlatego dla projektów tak elitarnych ważniejsza od wyścigu o rząd dusz jest uwaga redaktorów naczelnych gazet i mediów elektronicznych, którzy z tych źródeł korzystają w swoich publikacjach.

Jak istotne, choć zaniedbywane jest to zadanie, niech świadczą nieustanne wysiłki rosyjskiej kampanii podsycającej animozje narodowe w Europie. Masowa kampania dezinformacyjna, wykorzystująca najnowsze technologie, czy zwoływany przez Kreml coroczny światowy kongres separatystów podkreślają akurat to zagrożenie dla Europy, które Polska powinna najlepiej rozumieć.

Rosja Putina nie jest jedynym wyzwaniem i powodem problemów Europy, ale jako konkurencyjna siła przeciwstawia się wszelkim próbom zrozumienia i tworzenia wspólnej przestrzeni europejskiej. Tak samo cieszy się ze stawianych na granicach murów, jak z napięć rodzących się z niezrozumienia i podsyconych egoizmów narodowych.

Nie łudźmy się – teoretyczna „europejska opinia publiczna” nie zastąpi wspólnej przestrzeni publicznej, a ta z kolei nie powstanie bez świadomego przywództwa politycznego. Wszystkie trzy elementy są natomiast potrzebne Europejczykom, a szczególnie Polakom, bardziej niż nam się jeszcze kilkanaście lat temu wydawało, choćby do budowy efektywnych i mających demokratyczną legitymizację polityk.

Bez pogłębiania przestrzeni publicznej, znoszenia fizycznych granic, ale także realnej głębokiej debaty bez tabu między narodami nie będzie w Europie ani zrozumienia, ani pokoju. Już zresztą toczy się wojna informacyjna. Jeśli ją przegramy, zaczniemy się naprawdę zabijać.

(1) Bruce Stokers, Richard Wike, Jacob Poushter, Europeans Face the World Divided, Pew Research Center, 13 June 20016 (dostęp 21 września 2016).
(2) Ani książę, ani kupiec: obywatel, red. Jerzy Szacki, Wydawnictwo Znak, Warszawa 1997.
(3) David Patrikarakos, Land of vendetta, Politico, 16 July 2015 (dostęp 21 września 2016).

Wojciech Przybylski – ekspert w zakresie polityki europejskiej. Z wykształcenia socjolog polityki, historyk idei i myśli politycznej, absolwent MISH UW oraz ECLA w Berlinie. Prezes fundacji Res Publica. Redaktor naczelny Eurozine

Od redakcji: tekst pochodzi z 11. numeru kwartalnika „Instytut Idei” zatytułowanego „Europa po Brexicie”. Śródtytuły i zmiany od redakcji.