Newsletter

Nowy światowy (nie)ład

Bogdan Góralczyk, 09.11.2016
Triumf Trumpa każe zastanawiać się nad stanem demokracji liberalnej, rynkowego kapitalizmu oraz dominacją Zachodu w świecie

Szklanego sufitu nie przebito. 45. prezydentem USA nie została, po raz pierwszy, kobieta. Miast niej mamy biznesmena i narcyza, pozującego na bojowego kowboja, za to niemającego żadnego większego doświadczenia politycznego, poza zdobytym podczas brudnej i kłamliwej kampanii.

Fotografia: .jeanmarie./flickr.com, CC BY-NC 2.0

Donald Trump stawia przed nami same znaki zapytania: czy będzie zdolny poskromić swe niebywałe ego, szczególnie teraz po tak niezwykłym i niespodziewanym politycznym triumfie? Kim się otoczy? Kim będą jego doradcy i jaka będzie jego administracja? Czy będzie zdolny jej słuchać?

Same znaki zapytania

To są wszystko podstawowe znaki zapytania, a odpowiedzi brak. A chodzi przecież o wciąż największe mocarstwo świata i jego ekonomiczną i militarną potęgę. Wniosek jest prosty: mamy do czynienia z zachwianiem dotychczasowego porządku, a w ślad za tym – zachwianiem bezwzględnej amerykańskiej dominacji. Kończy się „jednobiegunowa chwila” (Charles Krauthammer) i Pax Americana. Wraca stara, sprawdzona wielobiegunowość. Tyle tylko, że nie wiadomo, jaki ostatecznie przybierze ona kształt.

Albowiem – i tu kolejna niewiadoma – dzisiaj trudno komukolwiek powiedzieć, co uczyni prezydent Trump na światowej scenie. Zacznie spełniać wyborcze obietnice, takie jak zbliżenie z Rosją i prezydentem Władimirem Putinem? Zmusi sojuszników z NATO do większych wydatków zbrojeniowych? Wycofa się z wielkich porozumień handlowych, jak Partnerstwo Transpacyficzne – TPP oraz negocjowana od dawna Transatlantycka Umowa o Inwestycjach i Handlu – TTIP? Pójdzie w ślad za tym na „Nowy Izolacjonizm”, chcąc przypodobać się ksenofobicznemu i konserwatywnemu elektoratowi, który wyniósł go na fotel prezydencki? Będzie przeganiał z kraju „obcych”?

Po wyborach 8 listopada 2016 roku trzeba mocno wyeksponować fakt, iż zwycięstwo Donalda Trumpa jest najwyraźniej przejawem szerszego zjawiska i procesu, którego przystanków jest wiele: sukces Viktora Orbána i jego nieliberalnej demokracji, brytyjski Brexit, a nawet triumfy tak różniących się od siebie postaci: prezydenta Władimira Putina, „nowego sułtana” Recepa Tayyipa Erdogana w Turcji czy prezydenta Filipin Rodrigo Duterte’a.

Pułapka Tukidydesa

Musimy głębiej zastanowić się nad kondycją całego Zachodu. Wynik wyborów prezydenckich w USA skłania do pytań o stan demokracji liberalnej, rynkowego kapitalizmu oraz o dominację Zachodu w świecie. Być może nie jest to jeszcze „zmierzch Zachodu”, który już dawno temu wieszczył Oswald Spengler, ale pewne jest jedno: Historia wróciła. Teza Francisa Fukuyamy, głośna tuż po upadku komunizmu, zgodnie z którą nie ma alternatywy ani dla liberalnej demokracji, ani niewidzialnej ręki rynku, właśnie się na naszych oczach z hukiem rozsypuje.

O co w tym wszystkim chodzi, już dość dawno temu wyjaśnili socjologowie tacy jak Daniel Bell, Immanuel Wallerstein czy Randall Collins, a ostatnio jeszcze mocniej uzasadnili ekonomiści (Joseph Stiglitz, Thomas Piketty, Paul Krugman, Branko Milanović). Otóż nieposkromiony rynek przyniósł nam zmiany w naszych zachowaniach i etosie, niebywałe rozwarstwienie, połączenie czy nawet „zblatowanie” elit władzy i pieniądza, a równocześnie wielkie poczucie krzywdy, niedowartościowania i zapomnienia po stronie klasy średniej czy młodego pokolenia, słusznie nazwanego prekariatem – skazanego na tzw. umowy śmieciowe.

Donalda Trumpa wyniósł do władzy społeczny bunt, który nie jest najlepszą legitymacją dla najpotężniejszego przywódcy na świecie, od którego spodziewamy się raczej roztropności i wyważenia. Jak wiemy, prezydent-elekt USA akurat z tych przymiotów nie słynie.

Co Trump zaproponuje nie tylko swojemu sfrustrowanemu elektoratowi i Amerykanom, ale i światu? Temu światu, którego stan dobrze zdefiniował w początkach 2015 r. Graham Allison z Uniwersytetu Harvarda, a który wskazał, iż mamy obecnie ponownie do czynienia z tzw. pułapką Tukidydesa. Czyli z sytuacją jak w starożytnej Grecji, kiedy to pretendent do hegemonii, Ateny, starły się z dotychczasowym hegemonem – Spartą. Dzisiaj Spartą są USA, a Atenami – szybko rosnące w siłę Chiny. Najgorsze jest to, że eksperci z Harvarda zbadali pod tym kątem okres z lat 1500–2010 i wyszło im, że takich przypadków było ogółem 16, z czego aż 12 skończyło się zbrojnym konfliktem i wojną.

Oczywiście nie wiemy, co stanie się teraz, czy grozi nam wojna. Ale na jedno, szczególnie w Polsce, należałoby zwrócić uwagę: wiele wskazuje na to, że największym rywalem i przeciwnikiem prezydenta Donalda Trumpa nie będzie Rosja, co może mieć wpływ na sytuację w ramach NATO. Mogą natomiast okazać się nim Chiny, o ile wcześniej nie zaproponują Trumpowi, w końcu z ducha i litery biznesmenowi, jakiegoś nowego globalnego „dealu”. Jeśli takiej propozycji nie będzie, to największych punktów zapalnych w świecie należałoby teraz szukać pozornie daleko od nas, bo na Morzu Południowochińskim czy Wschodniochińskim, gdzie toczą się spory terytorialne i już trwa rywalizacja mocarstw nad tym akwenami.

Minowe pole

Słowo „pozornie” jest tutaj użyte świadomie. W dzisiejszym świecie naczyń połączonych nie ma bowiem wyizolowanych wysp. Podobnie jest z Polską, której relacje z Rosją jakie są, każdy widzi. A tymczasem ostatnio weszliśmy w otwarty spór również z Francją, zaś do Niemiec nasz stosunek też jest co najmniej ambiwalentny. Czy w tej sytuacji głównym sojusznikiem Polski ma być Donald Trump, człowiek myślący jak biznesmen, a więc wielkimi kategoriami i liczbami?

Wygrana Trumpa to kolejny krok na drodze odchodzenia od dotychczasowych reguł i podważania liberalnej demokracji – a więc pozornie jest to woda na młyn dla polityków takich jak Viktor Orbán, Jarosław Kaczyński czy Marine Le Pen (oby jeszcze ona w przyszłym roku nie wygrała…). Faktycznie jednak w naszym przypadku może być inaczej. Trzeba bowiem postawić kardynalne pytanie: kto będzie naszym sojusznikiem, gdy Ameryka Donalda Trumpa od nas i naszego regionu się odwróci?

Mamy do czynienia z zupełnie nowym rozdaniem i historycznym etapem. Wkraczamy na nieoznakowane pole. Miejmy nadzieję, że nie okaże się ono być polem zaminowanym.

Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador