Newsletter

Ameryka wybrała populizm

Kazimierz Bem, 09.11.2016
Mało tego, że Trump zwyciężył w wyborach prezydenckich, to jeszcze republikanie utrzymają większość w obu izbach Kongresu. Amerykanie postanowili w praktyce sprawdzić, jak będą rządzić populiści

Tego nie przewidywał nikt prócz samego Trumpa. Jeszcze dwa dni temu wszystkie ośrodki badania opinii publicznej dawały szanse na zwycięstwo Clinton – między 70 a 98 proc.

Fotografia: Gage Skidmore/flickr.com, CC BY-SA 2.0

Relację z nocy wyborczej oglądałem ze znajomymi w Bostonie. Przeważająca część mieszkańców mojego stanu to zdeklarowani demokraci.

Około godziny 21 atmosfera zaczęła się robić coraz gęstsza. Stany, które miały być „bezpiecznie demokratyczne”, nagle zaczęły się robić kompletnie nieprzewidywalne (Wirginia, New Hampshire, Pensylwania). Tam zaś, gdzie Clinton miała odbić stan posiadania z rąk republikanów – w Północnej Karolinie i na Florydzie – po początkowych sukcesach demokratki Trump wysunął się na prowadzenie.

Prawdziwy koszmar nastąpił między godziną 22 a 23. Bastiony demokratów od prawie 30 lat takie jak Michigan i Wisconsin z minuty na minutę stawały się coraz bardziej republikańskie. W chwili, gdy piszę ten tekst, CNN I NYT szacują szanse na zwycięstwo Trumpa na 95 proc. (W momencie publikacji artykułu zwycięstwo Donalda Trumpa zostało potwierdzone w mediach – red.). Gdy wychodziłem z mieszkania kolegi, panowała tam grobowa cisza.

Co się stało? Amerykanie postanowili poeksperymentować z władzą jednej partii. To taka ich „dobra zmiana”. Wygląda bowiem na to, że nie tylko Trump zwyciężył w wyborach prezydenckich, ale że republikanie utrzymają większość w obu izbach Kongresu.

Cóż to może oznaczać? Po pierwsze, to Trump nominuje sędziego Sądu Najwyższego – i stąd konserwatyści utrzymają w nim kruchą większość. Po drugie, republikanie zapewne już w styczniu zniosą Obamacare, co było ich marzeniem od lat. Miliony osób – w tym sporo wyborców Trumpa – straci ubezpieczenie zdrowotne.

Stany czeka zapewne nie tylko kolejna obniżka podatków dla najbogatszych, ale i rekordowy deficyt budżetowy. Nawet republikańscy eksperci od gospodarki przyznają, że plany Trumpa przeczą prawom matematyki. Nie wiadomo, na ile poważnie należy traktować jego zapowiedź wojny celnej z Chinami.

W ogóle na samą myśl o pomysłach przyszłego prezydenta USA na politykę zagraniczną trudno się nie wzdrygnąć. Przyszły przywódca Amerykanów to człowiek, któremu trzeba było odebrać dostęp do konta na Twitterze, żeby o drugiej w nocy nie groził osobom, które go zdenerwowały w sieci. Wkrótce otrzyma dostęp do kodów nuklearnych… Nie ma też żadnych złudzeń, że co rozsądniejsi republikanie się mu przeciwstawią – w końcu jak pokazała kampania, okazał się politycznym geniuszem.

Jak do tego wszystkiego doszło? Niedługo zapewne pojawią się tysiące mądrych odpowiedzi i powstaną prace naukowe na ten temat. Wytłumaczenie będzie pochodną trzech prawd.

Pierwsza jest taka, że choć rasizm i prymitywizm Trumpa mobilizował mniejszości etniczne i religijne, to dużo bardziej jego rubaszny styl kampanii przekonał białych. Nie tylko, jak można przypuszczać, biednych, religijnych i niewykształconych, ale wszystkich. Po drugie, część z nich nie chciała się przyznać w badaniach, że na niego zagłosowała. Wiedzą zatem dobrze, że głos na Trumpa to powód do wstydu – ale i tak nie zawahali się go poprzeć.

Wreszcie, i to po trzecie, Amerykanie chcieli radykalnych zmian. Trump to pragnienie wyczuł, skanalizował i wykorzystał. Osobna sprawa, że stała za tym inna wizja niż ta, którą podzielają jego wyborcy.

Kazimierz Bem – doktor prawa, pastor ewangelicko-reformowany w USA i publicysta protestancki

Tytuł i lead od redakcji IO