Newsletter

To wisiało w powietrzu…

Elżbieta Sawicka, 14.10.2016
Nie mam wprawy w odbieraniu Nagrody Nobla – pisała Wisława Szymborska dwa dni po tym, jak świat obiegła wiadomość o wielkim wyróżnieniu poetki

Kiedy w 1995 roku literacką Nagrodę Nobla odebrał Irlandczyk Seamus Heaney, Wisława Szymborska – której nazwisko pojawiało się już od kilku lat na noblowskiej giełdzie – odetchnęła z ulgą. Było mało prawdopodobne, żeby w najbliższym czasie znów nagrodzono poetę i to w dodatku poetę z Europy.

Fot. Joanna Helander

Kierunek Zakopane

Toteż w październiku następnego roku całkiem spokojna udała się do Zakopanego, gdzie w willi Astoria spotykała od kilku lat, zawsze o tej samej jesiennej porze, poetkę Marię Kalotę-Szymańską, dziennikarza Michała Radgowskiego i inżyniera Michała Rymszę. Rymsza samochodem woził całe towarzystwo na wycieczki, między innym na Słowację, gdzie odwiedzali górskie kurorty, a czasem także sklepy monopolowe ze śliwowicą i borovičką. Chodzili na spacery do Doliny Kościeliskiej i Chochołowskiej, w Astorii siadywali przy tym samym stoliku w jadalni. Po obiedzie przenosili się do palarni. Paliły panie, panowie wygłaszali uwagi o szkodliwości tego nałogu. Było jak zwykle. Coś jednak wisiało w powietrzu.

3 października 1996 roku warunki atmosferyczne były fatalne. Hulał wiatr, liście leciały z drzew, padało w Warszawie, lało w Krakowie. W Zakopanem to samo – duło i kidała siąpawica. Mimo to redaktor Michała Radgowski udał się jak co dzień na poranny spacer. Kiedy wracał do Astorii na obiad, zobaczył przed pensjonatem, już na Drodze do Białego, potężne zamieszanie – tłumy dziennikarzy, wozy transmisyjne telewizji, kamery i mikrofony. Od razu wiedział, co się stało.

Fotoreporter Adam Golec zaczął ten dzień od, jak sam to określa, rutynowej obsługi. Uroczysta msza u księży zmartwychwstańców, „kardynał Macharski z kropidłem. I nagle drgający pager. Tam krótkie info, że Szymborska, że Nobel, kierunek Zakopane”.

Szybka podróż samochodem służbowym (były czasy!) i wysłannicy „Gazety Wyborczej”, Adam Golec i Ryszard Kozik, docierają do Zakopanego. „Willa Astoria – wspomina Golec – a w niej Wisława Szymborska wrzecionowato tańcząca w kręgu czyhających na „ten” moment fotografów, ale też radiowców, piszących reporterów, przyjaciół, znajomych, świadków tej chwili po prostu. Z papierosem, zakłopotana, wydawała się mocno i prawdziwie zaskoczona, skromna. Wielu nas tam walczyło. Mnie trafiła się niezła sekwencja, tak ją oceniam”.

Mowa o słynnym zdjęciu, na którym poetka w skromnym białym sweterku trzyma się za głowę, jakby nie mogła uwierzyć. Zaskoczona? Zafrasowana? Nikt lepszego zdjęcia w Astorii nie zrobił.

Na Okęciu „wybuch bomby nie wywołałby większego efektu”

W tym czasie redaktor naczelny wydawnictwa Znak Jerzy Illg tkwił w Warszawie na lotnisku Okęcie. Coraz bardziej zdenerwowany. Od roku planował spotkanie trzech noblistów, autorów związanych z krakowską oficyną: Josifa Brodskiego, Czesława Miłosza i Seamusa Heaneya. Plan legł w gruzach.

Brodski zmarł na serce w styczniu tego roku, Miłosz wyjechał wczesną jesienią do Ameryki z powodu jakichś pilnych obowiązków. Został Heaney. Miał przylecieć do Polski razem z żoną Marie (też pisarką) w czwartek w południe prosto z Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie, gdzie Irlandia była krajem-gościem. Na Okęciu spora grupa dziennikarzy czekała już na konferencję prasową z ubiegłorocznym noblistą. Ale w Niemczech też była fatalna pogoda – ogłoszono, że lot Frankfurt-Warszawa spóźni się o cztery godziny.

Biedny Jurek był bliski załamania: miał się z Heaneyami błyskawicznie przemieścić samolotem do Krakowa, żeby zdążyć na wieczorną panichidę na cześć Josifa Brodskiego. Także ten plan stawał się raczej nieaktualny.

W powoli pustoszejącej sali konferencyjnej ktoś nagle zawołał: „Szymborska dostała Nobla!”. „Wybuch bomby nie wywołałby większego efektu – wspomina Illg w książce „Mój Znak”. – W ułamku sekundy wszyscy zapominają o ubiegłorocznym nobliście. Ekipy telewizyjne i tłum reporterów rzucają się pędem ku drzwiom. Nagle ktoś przypomina sobie: „Przecież on jest z Krakowa!”. Mikrofony i kamery kierują w moją stronę – gdy okazuje się, że nie tylko jestem z Krakowa, ale też należę do kręgu przyjaciół Szymborskiej, tych kamer jest jeszcze więcej”.

Po kilku godzinach Frankfurt wreszcie ląduje. Jurek z daleka dostrzega zarumienionego poetę z siwą lwią grzywą. „Okazuje się, że jeszcze nic nie wie – z odległości kilku metrów rzuca „Who?!”. – „Szymborska” – krzyczę, a Heaney ciska o ziemię sakwojaż, wyrzuca ramiona w górę i wykonuje indiański taniec radości. Po chwili tonę w jego objęciach”.

A już w następnej chwili Illg razem z Jackiem Żakowskim namawiają kierowcę mercedesa z firmy Fly and Drive, aby zawiózł ich do Krakowa w trzy godziny. Kierowca cudów nie obiecuje, ale się zgadza.

Sławomir Mrożek: „Dobrze się stało. Wspaniale!”

Tego samego dnia rano wsiadłam na nieco wówczas cuchnącym Dworcu Centralnym do pociągu intercity relacji Warszawa-Kraków. Walizeczka na kółkach, dyktafon w torebce – jak zwykle. W pociągu spotkałam sporo znajomych. Warszawscy miłośnicy poezji Brodskiego, poeci, dziennikarze, krytycy literaccy i tłumacze jechali na panichidę.

Kiedy całe towarzystwo wysypało się na wyjątkowo obskurnym w tych czasach dworcu Kraków Główny, ktoś krzyknął na peronie: „Szymborska dostała Nobla!”. Wiadomość podawano sobie z ust do ust z zachwytem i lekkim niedowierzaniem. „Ale na pewno?” „Na pewno!”. Grupa przyjezdnych bez zwłoki udała się na Rynek, by rozpocząć radosne świętowanie.

Ale nie ja. Biegiem ruszyłam w stronę ulicy Szpitalnej do eleganckiego niegdyś hotelu Pollera. Byłam umówiona ze Sławomirem Mrożkiem, który niedawno wrócił właśnie z Meksyku do Polski. Spóźniać się nie należało.

Pisarz wszedł do hotelowej kawiarni w kapelutku i płaszczu ściągniętym paskiem. „Wie pan, kto dostał Nobla?” – wypaliłam zaraz po przywitaniu. Nie miał pojęcia, dowiedział się ode mnie. Kiedy usiedliśmy przy kawie i gorącej czekoladzie, bez słowa, z uśmiechem, zademonstrował mi swój biało-czerwony parasol z nadrukiem „Dziennik Polski”, gadżet reklamowy krakowskiej gazety. To na jej łamach debiutowała Szymborska w 1945 roku, debiutował w niej także autor „Tanga”.

– Dobrze się stało – powiedział po chwili. – Wspaniale! Wspaniale dla Szymborskiej, wspaniale dla Krakowa, dla całego narodu. Może niektórzy dostrzegą przy okazji – dodał z chłodnym błyskiem w oku – że istnieją na świecie rzeczy piękniejsze niż disco polo. No, i dobrze też dla Akademii Szwedzkiej. Nikt nie może zarzucić akademikom, że kierowali się względami pozaliterackimi, na przykład politycznymi – moda na Polskę dawno minęła. Szymborska nie jest też przedstawicielką Azji, feministką, ani czarnym homoseksualistą. To po prostu doskonała poetka. Jest jednak sprawiedliwość na tym świecie… Mam nadzieję, że osoba tak pełna uroku i skromna nie ściągnie na siebie niechęci kolegów literatów.

Tak obszerne przemówienie Mrożkowi zdarzało się rzadko. Do przesadnie rozmownych nie należał.

Seamus Heaney: „Uhonorowano wspaniałą poezję”

Wieczorem w pięknym kapitularzu kościoła ojców dominikanów nie było w końcu żadnego noblisty. Może jednak właśnie dlatego uczestnicy spotkania silnie odczuwali obecność Brodskiego – w strofach jego wierszy czytanych przez aktorów, we wspomnieniach przyjaciół, w filmie ukazującym w zbliżeniu twarz poety i przypominającym jego niezwykły głos. Głos, od którego ciarki chodziły po plecach.

Był to wieczór dziwnych usterek technicznych. Światło gasło i zapalało się na przemian. Psuło się nagłośnienie, a uśmiech i gesty Brodskiego zastygały nagle na telebimie. Niektórzy uważali to za sygnał z zaświatów. Nikt się też specjalnie nie zdziwił – raczej przyjęto to jako rzecz oczywistą – kiedy prowadzący spotkanie dyrektor Teatru Śląskiego Bogdan Tosza powiedział: – Jestem pewien, że Josif złożył już gratulacje pani Wisławie, którą tak cenił. Na pewno znalazł sposób.

Tymczasem na trasie Warszawa-Kraków pokonywał noc i przestrzeń Seamus Heaney w towarzystwie żony, Illga i Żakowskiego. Na panichidę nie zdążyli, zjawili się jednak, głodni i zmęczeni, na uroczystej kolacji w restauracji Pod Aniołami. Oczywiście głównym tematem ożywionych rozmów był werdykt Akademii Szwedzkiej. Kiedy Heaney spróbował już różnych krakowsko-góralskich specjałów z bundzem i kiełbasą lisiecką na czele, poprosiłam go o komentarz. Zgodził się chętnie.

– To niesamowite, że znalazłem się w Krakowie właśnie 3 października, w dniu kiedy w Sztokholmie ogłoszono, że tegoroczną laureatką została Wisława Szymborska! Czuję się naprawdę świetnie z tego powodu.

Po czym, zupełnie tak samo jak wcześniej Mrożek, stwierdził:

– Decyzja Akademii Szwedzkiej była znakomita – i dla poezji, i dla samej Akademii. Odpada bowiem podejrzenie, że kierowano się względami politycznymi, geograficznymi czy jakimikolwiek innymi. Uhonorowano po prostu poezję, wspaniałą poezję. Tylko tak to można interpretować. Wiersze Wisławy Szymborskiej znam z angielskich przekładów Stanisława Barańczaka i Clare Cavanagh. Dominujące wrażenie jest takie, że mamy do czynienia z poetką o wielkiej integralności wewnętrznej i – jeśli można to tak określić – o niesłychanej higienie moralnej. Wyraźne jest też nadzwyczajne poczucie humoru.

Irlandzki poeta poznał osobiście Wisławę Szymborską dwa lata wcześniej, w domu Joanny i Jerzego Illgów:

– Zapamiętałem ją jako namiętną palaczkę, stale z papierosem w ręku – wspominał. – Byli tam także Stanisław Barańczak i Piotr Sommer, a Czesław Miłosz zadzwonił z Kalifornii i też włączył się w pewien sposób do naszej rozmowy. To spotkanie wiele mi powiedziało o Krakowie, mieście Szymborskiej i o ludziach z jej kręgu. Jest to przykład imponującej cywilizacji. Tak właśnie powinna się rozwijać kultura ludzka – i na poważnie, i na wesoło, lekko, z uśmiechem. Na bardzo wysokim poziomie, ale bez zadęcia.

Spytałam, czy był zaskoczony Noblem dla polskiej poetki szesnaście lat po nagrodzie dla Miłosza.

– Właściwie nie – odpowiedział Heaney. – Myślałem o tym, że znów przychodzi czas na nagrodę dla współczesnej polskiej poezji, bo jest naprawdę znakomita. Trochę to wisiało w powietrzu. A wracając jeszcze do poezji polskiej noblistki – kiedy się dziś chwilę zastanowiłem, przyszło mi na myśl dwoje twórców: Samuel Beckett i Elizabeth Bishop. Wisławę Szymborską sytuuję gdzieś w ich sąsiedztwie – ta sama czystość i siła duchowa.

Fot. Elżbieta Sawicka

Fot. Elżbieta Sawicka

Na zakończenie podpisał mi swój świeżo wydany w Znaku tomik wierszy „Ciągnąc dalej”: „To Elżbieta Sawicka with all good wishes – Seamus Heaney”. Datę „3. X. 96” mocno podkreślił czarnym mazakiem.

Tomas Venclova: „Brodski bardzo by się cieszył”

Litewski poeta Tomas Venclova, autor słynnego, napisanego razem z Czesławem Miłoszem i opublikowanego w paryskiej „Kulturze” w 1979 roku „Dialogu o Wilnie” oraz pięknego tomu poezji „Rozmowa w zimie”, też był bardzo uradowany.

– Było jasne od wielu lat, że jeżeli ktoś zasługuje na Nobla, to ona na pewno. To jest triumf literatury polskiej i można tylko Polsce pozazdrościć, bo ma już dwoje żyjących laureatów Nobla, co nie każdemu krajowi się zdarza. Polskie Radio, bezpośrednio po otrzymaniu wiadomości, w ciągu paru minut poprosiło mnie o kilka słów i jestem szczęśliwy, że jakiś komentarz udało mi się sklecić w takiej sytuacji. Byłem bardzo wzruszony. Jestem dumny także osobiście, bo mam zaszczyt znać panią Wisławę i tłumaczyłem kilka jej wierszy na język litewski. To były dawne utwory: „Atlantyda”, „Rozmowa z kamieniem” i „Na wieży Babel”.

Spytałam, czy Szymborska jest podobna do któregoś ze znanych mu poetów.

– Trudno właściwie powiedzieć. Jest bardzo indywidualna i niepowtarzalna – mówił Venclova. – Trochę może nasuwa mi się porównanie z Konstandinosem Kawafisem. Z dwóch co najmniej powodów: są to pisarze ironiczni, z zupełnie niepowtarzalną, gorzkawą intonacją i z dowcipem, a ponadto mało płodni. Kawafis wydrukował dwieście wierszy, może mniej, i są to wiersze krótkie. O ile wiem, z panią Wisławą jest mniej więcej to samo. Z kimkolwiek innym trudno mi ją porównywać. Jeszcze jedno trzeba koniecznie powiedzieć. Tak się dziwnie i dobrze składa, że mamy właśnie wieczór poświęcony pamięci Josifa Brodskiego, i że to się zbiegło w czasie z Noblem dla pani Wisławy. On by się bardzo z tego cieszył. Uwielbiał poezję Szymborskiej, znał wiele jej utworów na pamięć. Najbardziej cenił „Kołysankę”. Uważał ją za jeden z najlepszych wierszy wszech czasów.

Czyżby ten o pchłach, ropuchach i duchach? Właśnie ten.

Dobranoc – 
pchły na noc.

Karaluchy pod poduchy,
a na kocu dwie ropuchy!

Osy, kleszcze i komary
plus szczypawka z każdej szpary,

a do tego jeszcze grona
pochód mrówek faraona.

Kuny, żeby żyć po cichu,
tłuką się po całym strychu.

A upiorna jakaś dusza
stuka, puka, klamką rusza

oraz puma na tarasie
(ta, o której było w prasie)

czyha, żeby Cinię zjeść.
Na tym koniec, kropka, cześć,

bo z litości wierszyk ten
nie opisze dalszych scen.

Ostatnia kawa incognito

W Krakowie Pod Aniołami wznosiliśmy toasty długo w noc. Tymczasem w Zakopanem Wisława Szymborska przeżywała trudne chwile. „Ku wieczorowi – wspominał Michał Radgowski – była już półprzytomna ze zmęczenia”. Astorię oblegała prasa, radio i telewizja; telefon się urywał i poetka zaczęła żałować, że nie ma sobowtóra. „Sobowtór byłby młodszy ode mnie o jakieś dwadzieścia lat, pozowałby do zdjęć, potem wyglądałby korzystniej niż ja. Sobowtór by jeździł, sobowtór by udzielał wywiadów, a ja bym sobie pisała” – powiedziała w pierwszej rozmowie z dziennikarzami.

Ale sobowtóra nie było. Autorkę „Wołania do Yeti” czekało w najbliższych dniach stałe bieganie do telefonu w porze obiadu, jedzenie wiecznie zimnej zupy i przeskakiwanie ciał leżących na schodach dziennikarzy.

4 października pogoda wyraźnie się poprawiła. Michał Radgowski, Maria Kalota-Szymańska i Michał Rymsza zabrali poetkę na długi spacer do Doliny Chochołowskiej, aż do schroniska. Tam na werandzie, w ostatnich promieniach jesiennego słońca, mogła spokojnie napić się kawy. Prawie incognito. Prawie, bo – jak wspominał Radgowski – już po drodze do Chochołowskiej spacerowicze i turyści zaczęli ją rozpoznawać.

Następnego dnia Wisława Szymborska wysłała oświadczenie do Polskiej Agencji Prasowej z prośbą, aby media pozwoliły jej strunom głosowym przez pewien czas wypocząć. Potrzebowała spokoju. „Nie mam wprawy w obieraniu Nagrody Nobla” – pisała. Wiedziała też, że czeka ją za chwilę arcytrudne zadanie: napisanie mowy noblowskiej.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścinskiego.