Newsletter

Po co nam ta Unia?

Konrad Niklewicz, 15.09.2016
Najpierw w Strasburgu, potem w Bratysławie, wybrzmiewa jedno proste pytanie: po co w ogóle jest Unia Europejska?

- Unia Europejska przeżywa, przynajmniej częściowo, kryzys egzystencjalny – przyznał szef Komisji Europejskiej, w swoim wystąpieniu na temat stanu Unii, wygłoszonym 14 września w Strasburgu na forum Parlamentu Europejskiego. Odwołując się do własnych doświadczeń kilkudziesięciu lat obecności w polityce europejskiej, Juncker przyznał, że nigdy wcześniej nie widział tak małej płaszczyzny porozumienia między państwami członkowskimi, które w tak niewielu obszarach zgadzają się działać wspólnie. Nigdy wcześniej nie wiedział też polityków tak rzadko mówiących o Europie, a koncentrujących się wyłącznie na krajowych problemach. I nigdy wcześniej nie widział też narodowych rządów tak bardzo sparaliżowanych strachem przed populistami, strachem przed ryzykiem porażki w kolejnych wyborach.

Fot. Stuart Chalmers/ Flickr. CC BY-NC 2.0

Przemawiając przed europosłami, szef Komisji Europejskiej podkreślił, że cała Unia – na czele z jej politycznymi liderami, którzy 16 września spotykają się na nieformalnym szczycie w Bratysławie – musi odpowiedzieć sobie na pytanie: jaki jest cel Unii? Dlaczego warto bronić europejskiego projektu takim, jakim on jest? W chwili, gdy jedno z państw członkowskich – Wielka Brytania – postanowiło wyjść ze wspólnoty?

Juncker przedstawił swoją odpowiedź na to pytania. Szef Komisji Europejskiej nie proponuje znaczącego przyspieszenia integracji, ani żadnych głębokich zmian w traktacie. Zamiast tego luksemburski polityk mówi o Unii „rozwiązań i rezultatów”, widocznych i odczuwalnych dla każdego obywatela Unii. To dlatego kierowana przez niego Komisja przedstawiła pakiet rozwiązań prawnych (umocowanych w obecnych traktatach), które ułatwią rozwój usług cyfrowych, zwiększą inwestycje w kluczową infrastrukturę, szybkie wprowadzenie nowego standardu sieci komórkowej (tzw. 5G). Juncker chce, by Unia broniła zasad, które legły u jej podstaw – w tym swobody przepływu pracowników. Mówiąc o niej, szef Komisji Europejskiej odniósł się do Polski i Polaków. – My Europejczycy nigdy nie zaakceptujemy tego, że polscy robotnicy są napastowani, bici, a nawet mordowani na ulicach Harlow. Swobodny przepływ pracowników jest tak samo naszą wspólną europejską wartością jak zwalczanie dyskryminacji i rasizmu – powiedział Juncker. Zaraz jednak zrobił ukłon w stronę tych, którzy uważają, że pełna swoboda przepływu pracowników nie może prowadzić do wyścigu szczurów, niszczenia lokalnych układów społecznych, w tym warunków płacy i pracy. – Pracownicy powinni otrzymywać takie samo wynagrodzenie za tę samą pracę w tym samym miejscu. To kwestia sprawiedliwości społecznej – mówił Juncker. – Rynek wewnętrzny nie jest miejscem, w którym pracownicy z Europy Wschodniej mogą być wykorzystywani lub objęci niższymi standardami socjalnymi. Europa to nie „Dziki Zachód”, lecz społeczna gospodarka rynkowa.

Nie wszyscy europejscy politycy (i pewnie nie wszyscy obywatele) podzielają wizję Junckera. Na ostatnim Forum Ekonomicznym w Krynicy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Węgier Viktor Orban dali do zrozumienia, że razem będą namawiać innych liderów europejskich do głębokich zmian w Unii, do jej osłabienia, oddania kompetencji z powrotem w ręce rządów narodowych.

Nieformalny szczyt w Bratysławie pokaże, który pomysł na Unię zyska większe poparcie.

Bez względu na konkluzje spotkania Europejczycy powinni jednak zdawać sobie sprawę, że Unia Europejska – taka, jaką ją znamy – to nie tylko projekt gospodarczy, ale także polityczny i społeczny.

Bez Unii Europejskiej funkcjonującej przynajmniej w jej obecnym kształcie nie byłoby polityki spójności. Czyli miliardów euro, które wyrównują jakość życia przeciętnych obywateli, niwelują różnice między najbogatszymi, a najbiedniejszymi. Mówiąc wprost: holenderski albo niemiecki podatnik nigdy nie poczuje korzyści z fakty, że w jakiejś małej polskiej wsi wyremontowano szkołę i pociągnięto sieć wodociągowo-kanalizacyjną. Część polityki spójności ma przełożenie na rozwój gospodarczy całej Unii (np. modernizacja ważnego, międzynarodowego szlaku transportowego), ale część służy – celowo! – tylko wyrównywaniu jakości życia. I ta ostatnia część zniknęłaby, gdyby uznać, że Unia to tylko gospodarka. Bez Unii Europejskiej nie byłoby programu Erasmus, który finansuje studia zagraniczne setkom tysięcy europejskich studentów. Gdyby pozbawić europejską wspólnotę wymiaru społecznego, to jaki byłby sens utrzymywania swobody przekraczania granic, braku kontroli paszportowej? Bez unii politycznej nie byłoby też szansy na wspólny front wobec agresywnej Rosji: przecież w interesie gospodarczym Włoch albo Hiszpanii jest zawieranie nowych umów z rosyjskimi, kontrolowanymi przez państwo koncernami. I Rzym i Madryt godzą się jednak na sankcje, bo są razem z nami w Unii będącej czymś więcej niż unią interesów gospodarczych. Jeszcze póki co jesteśmy w Unii solidarności, także solidarności bezpieczeństwa.

To ostatnie słowo jest ważne. Bezpieczeństwa. W orędziu w Strasburgu szef Komisji Europejskiej próbował przypomnieć to, co czym miliony Europejczyków zdają się już nie pamiętać. – To nie zbieg okoliczności, że najdłuższy okres pokoju w historii Europy rozpoczął się od utworzenia Wspólnot Europejskich. 70 lat trwałego pokoju w Europie. W świecie, w którym toczy się 40 konfliktów zbrojnych, a w nich co roku ginie 170 tys. ludzi – przypomniał Juncker.

dr Konrad Niklewicz, zastępca dyrektora Instytutu Obywatelskiego