Newsletter

Inwestycje w dół, dług w górę

Jan Gmurczyk, 31.08.2016
Biorąc pod uwagę politykę rządu, jest tylko kwestią czasu, kiedy zadłużenie państwa przebije pułap biliona złotych

Z opublikowanych wczoraj wstępnych szacunków GUS wynika, że w drugim kwartale 2016 roku inwestycje w Polsce były niższe niż w drugim kwartale roku 2015 o 4,9 proc. To już drugi kwartał z rzędu, gdy inwestycje w naszym kraju topniały. W pierwszym kwartale 2016 roku były niższe o blisko 2 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem roku 2015.

Fotografia: deafstar/freeimages.com

Sytuacja zaczyna niepokoić. Inwestycje w Polsce od lat są niskie w stosunku do PKB, a teraz jeszcze spadają. I to szybko. Jeśli tak dalej pójdzie, to za jakiś czas ciężko będzie o podwyżki w kolejnych firmach, czy o większe nakłady państwa na szkoły, szpitale, drogi itd.

Warto zauważyć, że ostatni raz z podobnymi spadkami inwestycji mieliśmy do czynienia w drugim półroczu 2012 roku i pierwszym półroczu roku 2013. Czyli w szczytowym momencie kryzysu w strefie euro i tuż po nim. Dziś koniunktura w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej stabilna, co sugeruje, że problemy z inwestycjami w polskiej gospodarce mają przede wszystkim przyczyny wewnętrzne.

Tych przyczyn nie trzeba szukać daleko. Weźmy choćby kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego, o którym głośno jest nie tylko w kraju, ale i za granicą. Afera wokół TK w znacznym stopniu burzy dobry klimat inwestycyjny w polskiej gospodarce. Nie sprzyja przewidywalności państwa. Może też rodzić wśród inwestorów obawy, czy na pewno fundamentalne wartości wolności i własności prywatnej są w polskiej gospodarce solidnie umocowane.

Równolegle mamy poważne pytania o długofalową stabilność finansów publicznych, a zatem całego systemu ekonomicznego. Obietnice, które Prawo i Sprawiedliwość złożyło różnym grupom Polek i Polaków, są wielkie, podczas gdy realne możliwości budżetu państwa – ograniczone.

Program „Rodzina 500 plus” udało się w ostatnich miesiącach uruchomić, ale nie wiemy, czy finanse państwa udźwigną go w dłuższym okresie. Przewiduje się, że w najbliższych latach na ten program potrzeba będzie około 22-23 mld złotych rocznie. W kolejce do realizacji czekają tymczasem następne obietnice. Na przykład podwyżka kwoty wolnej od podatku do 8 000 złotych, której koszt dla sektora finansów publicznych można szacować w granicach 15-22 mld złotych rocznie. Albo ponowna obniżka wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, która tylko w horyzoncie najbliższych lat oznaczałaby dla sektora finansów publicznych koszty rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych.

Budżet napięty jak struna

To jak napięte stały się polskie finanse publiczne, widać w odniesieniu do ustawy budżetowej na rok 2017, której projekt rząd wstępnie przyjął w ubiegłym tygodniu. W projekcie tym przewiduje się deficyt budżetu państwa na poziomie nie większym niż 59,3 mld złotych. Licząc nominalnie, to największy deficyt budżetowy od ponad 20 lat.

Oczywiście w przyszłym roku większa niż kiedykolwiek w historii powinna być też polska gospodarka, więc w odniesieniu do PKB poziom deficytu nie będzie rekordowy. W ramach wspomnianego projektu budżetu przyjmuje się, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w 2017 roku 2,9 proc. PKB. To blisko, ale wciąż poniżej dopuszczalnej w UE normy, która wynosi 3,0 proc. PKB.

Sęk w tym, że faktycznie „zmieścić” deficyt w unijnej granicy może być trudno. Rezerw nie ma. Jest za to cały zestaw potencjalnych zdarzeń, które mogą mniej lub bardziej pogorszyć kondycję polskich finansów publicznych.

Wystarczy niewielkie spowolnienie wzrostu gospodarczego na skutek topniejących inwestycji, niższe od zakładanego tempo inflacji lub jakiś większy wstrząs kryzysowy za granicą. Słowem, w 2017 roku polski budżet będzie napięty jak struna. Drobne „szarpnięcie” w gospodarce i deficyt przekroczy poziom 3,0 proc. PKB, co będzie skutkować wznowieniem wobec Polski unijnej procedury nadmiernego deficytu. A przecież z tej procedury udało się naszemu krajowi niemałym wysiłkiem wyjść nie tak dawno, bo w czerwcu 2015 roku. Między innymi po to, by budować wiarygodność finansową kraju, tworzyć dobry klimat inwestycyjny i sprzyjać dobrobytowi milionów polskich rodzin.

Inna sprawa, że utrzymywanie deficytu w pobliżu maksymalnego, dopuszczalnego w UE poziomu w obecnych warunkach, gdy koniunktura za granicą jest stabilna, a polski rynek pracy zbliża się do pełnego zatrudnienia, nie wydaje się rozważne. Zdrowy rozsądek podpowiada, by w lepszych czasach oszczędzać na gorsze. Zupełnie jak w przyrodzie: latem zbiera się zapasy, by nie głodować w zimę.

Jeśli już dziś na 2017 rok planuje się deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 2,9 proc. PKB, to o ile ten deficyt jeszcze by wzrósł, gdyby – dajmy na to – za pół roku po świecie rozlał się kolejny kryzys? O ile trzeba byłoby podnieść w Polsce podatki lub ściąć wydatki państwa na takie cele jak opieka zdrowotna, edukacja czy emerytury, aby ratować przed zapaścią finanse publiczne?

Bilion coraz bliżej

Niepewność o podstawy demokracji i państwowych finansów skłoniła zapewne niektórych inwestorów krajowych i zagranicznych do zawieszenia decyzji o realizacji nowych projektów w Polsce. Jeśli tak dalej pójdzie, perspektywy rozwojowe naszego kraju pogorszą się na dobre. To może dodatkowo schłodzić klimat inwestycyjny i – koniec końców – wepchnąć Polskę w błędne koło coraz niższego wzrostu, coraz wolniejszego wzrostu płac i coraz trudniejszego bilansowania finansów publicznych.

Na marginesie dodajmy, że w ostatnich miesiącach wzrostowi inwestycji w Polsce nie sprzyjał nowo wprowadzony podatek od niektórych instytucji finansowych, popularnie zwany podatkiem bankowym.

Przypomnijmy, że w przypadku banków podstawą opodatkowania jest nadwyżka wartości aktywów ponad kwotę 4 mld złotych. Ponieważ udzielane kredyty zapisuje się w bilansie banków po stronie aktywów, nietrudno się domyślić, że taka konstrukcja podatku zniechęca banki do odważnego zwiększania akcji kredytowej. Efekt? Trudniejszy dostęp w gospodarce do finansowania inwestycji kredytem.

Na tym tle dość osobliwie rysuje się głośny plan PiS, aby uruchomić bilion złotych na rozwój w polskiej gospodarce. Pomińmy już to, że ten plan od samego początku wydaje się nierealny. Fakty są takie, że w październiku minie rok od wyborów parlamentarnych, a tymczasem inwestycje w Polsce nie rosną, lecz spadają.

Coraz bliżej symbolicznego biliona złotych jesteśmy za to pod innym względem – zadłużenia państwa. Z danych wstępnych Ministerstwa Finansów wynika, że na koniec pierwszego kwartału 2016 roku państwowy dług publiczny wyniósł blisko 900 mld złotych, natomiast dług sektora instytucji rządowych i samorządowych osiągnął pułap niemal 937 mld złotych. Zważywszy aktualny kurs polityki rządu, przekroczenie pułapu biliona złotych zadłużenia państwa jest tylko kwestią czasu – jeśli nie w przyszłym, to zapewne w 2018 roku.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego