Newsletter

Konsultacje, których nie było

Iga Kazimierczyk, 13.07.2016
Resort edukacji wpierw szumnie zapowiadał, że reformę szkolnictwa przeprowadzi w ramach konsultacji publicznych. Na koniec przyznał, że to nie konsultacje, a debata

27 czerwca 2016 r. dowiedzieliśmy się, że proponowany kształt reformy systemu edukacji wypracowano wspólnie, społecznie, w wyniku debat organizowanych w MEN w gronie ekspertów – rodziców i nauczycieli. Odbyło się 50 debat.

Niestety, nie wiemy jakie były podjęte w ich czasie ustalenia. Nie dowiemy się też, jaki był ich program. Nie poznamy protokołów z tych spotkań.

MEN odmówiło dostępu do tych informacji uzasadniając, że były to spotkania robocze i jako takie nie podlegają prawu dostępu w trybie informacji publicznej. Zatem resort każdą zmianę może w obecnej chwili wzbogacić komentarzem, że „zostało to przedyskutowane” lub „pojawiło się w debatach”, a my jako ich uczestnicy i obserwatorzy nadal nie wiemy, jakie tezy, propozycje i rozwiązania na tych debatach się pojawiły.

Ciekawe, że z ust minister usłyszeliśmy, że to społeczeństwo jest autorem zmian. Nieco później, że to jednak minister Anna Zalewska zrobiła to, co obiecała na początku swojego urzędowania. Fakt, zmiany są dokładnie takie, jakie minister Zalewska zapowiadała.

Prace specjalnie powołanego do opracowania reform w systemie edukacji Zespołu Ekspertów Dobrej Zmiany przedstawiano jako formę konsultacji publicznych. Kilka wystąpień organizacji pozarządowych, zajmujących się partycypacją społeczną i jawnością w życiu publicznym, zwracało uwagę na fakt, że prace tego zespołu nie mają żadnej z cech konsultacji publicznych. Pod koniec trwania tego procesu minister Zalewska podkreślała już wyraźnie, że nie są to konsultacje publiczne, tylko debata. Ot, jedno małe zwycięstwo strony społecznej…

Konsultacje publiczne muszą toczyć się jawnie, w sposób przewidywalny, w oparciu o harmonogram. Muszą być organizowane tak, aby były dostępne dla każdego potencjalnie zainteresowanego tematem. Co więcej, o takich zasadach konsultacji na swojej stronie pisze… resort edukacji, jednocześnie ogłaszając, odwołując i ponownie ogłaszając konkurs dla organizacji, z którą we wrześniu poprowadzi konsultacje publiczne.

Dyskusje 1 667 ekspertów toczyły się w gmachu ministerstwa. Możliwość uczestnictwa w nich mieli jedynie członkowie zespołu zarejestrowanego w MEN. Dopiero kilka ostatnich spotkań otwarto dla publiczności. Sama wymiana zdań pomiędzy ekspertami toczyła się na zamkniętej dla szerokiej publiczności platformie internetowej. Ciekawe, czy te wypowiedzi zostały w jakikolwiek sposób przeanalizowane?

Nie wystawiam resortowi „jedynki”. Po nauczycielsku przedstawię czteroelementową informację zwrotną i idę o gruby zakład, że na debatach pojawił się postulat szerszego jej stosowania w praktyce szkolnej.

Mocne strony: doceniam pomysł MEN, aby nauczycieli, rodziców (niestety nie uczniów) zapytać o to, jak ma wyglądać nowa szkoła. Chwalę samą ideę, chęci spotkania się z tymi, którzy o bolączkach i wyzwaniach systemu edukacji w Polsce wiedzą wiele, jeśli nie wszystko.

Co poprawić? Na początku mieliśmy nadzieję, że resort korzysta z dorobku organizacji zajmujących się partycypacją i zamierza wzorować się na różnorodnych formach konsultacji publicznych.

Tu koniec dobrych słów o pomyśle. Do zespołu „szeroko dyskutującego zmiany w oświacie” przyjęto każdego, kto odesłał do MEN ankietę ze swoimi danymi osobowymi. Nie dokonano żadnej weryfikacji zgłoszeń. Nie wyznaczono ekspertom żadnych zadań, harmonogramu, jak również nie przedstawiono materiałów do zapoznania się, oceny i dyskusji. Nie proszono nas o analizy, ekspertyzy, nie stawiano przed nami żadnych zadań i pytań.

Harmonogram spotkań powstawał w trakcie. Każdy z ekspertów mógł się zapisać tylko na jedno spotkanie. Te zaś nie były moderowane, ich przebieg był swobodny. Każdy z uczestników mógł mówić, co tylko chciał i ile chciał – o ile pozwolili na to inni uczestnicy. Siedząc w jednej sali, nie wiedzieliśmy nawet, jakie instytucje reprezentujemy (1).

Jak poprawić? Minister zmieniając ustawę oświatową pod koniec grudnia 2015 r. powoływała się na głosy obywateli. Pamiętamy sformułowanie – „to projekt w istocie obywatelski”. W debatach obywatele wyrazili swoje opinie. Dlaczego więc nie możemy poznać tego, co sami przedyskutowaliśmy?

Zainicjowano proces, którego efektów nie znamy. Być może tylko po to, żeby móc teraz samym jego istnieniem uzasadnić każdą zmianę. Obywatelki i obywatele w czasie debat zapewne powiedzieli wiele ważnych rzeczy (jak i sporo nieistotnych). Jeśli jednak nie znamy końcowych ustaleń z tych spotkań, to w jaki sposób mamy poczuć się potraktowani poważnie i wyzbyć się przekonania, że nasza energia i zaangażowanie (podróże do Warszawy z różnych miejsc Polski) zostały jedynie wykorzystane dla realizacji celu, który był już jasny na początku roku?

Swoją drogą, jeśli rzeczywiście nasz wkład – jako społeczeństwa – w zmiany zaproponowane 27 czerwca był tak znaczny, to resort z pewnością wnikliwie analizował wszystkie nasze wypowiedzi. Jeśli nie znamy wniosków, to może dowiemy się chociaż, w jaki sposób, technicznie, MEN te wypowiedzi opracowywał. Jak podsumowywał je wewnątrz resortu, w jaki sposób je analizował? Wszak minister edukacji z ogromną pewnością powołuje się na te ustalenia…

(1) Zob.

*Iga Kazimierczykpedagog, nauczycielka, trenerka, koordynatorka programów edukacyjnych, ekspertka fundacji Przestrzeń dla edukacji

Tytuł i lead od redakcji IO.