Newsletter

Na co chorują uniwersytety

Stefan Jackowski, 30.06.2016
Jeśli mówimy, że nie bierzemy udziału w wyścigu świata nauki, to trudno żeby nasze uczelnie osiągały coraz wyższe lokaty w międzynarodowych rankingach

 

Redakcja „Instytutu Idei”: Polskie uczelnie w światowych rankingach wypadają słabo. Co ciągnie nas w dół?

Prof. Stefan Jackowski: W rankingach światowych notowanych jest najwyżej kilka polskich uczelni, ale i one są dotknięte zasadniczymi problemami całego systemu.

Polskie uczelnie są strukturalnie odmienne niż ich konkurenci w świecie. Cechą charakterystyczną jest rozdrobnienie systemu oraz wewnętrzna departamentalizacja. Przykładowo w Białymstoku działa pięć uczelni publicznych, z których prawie każda ma jakieś problemy materialne. Z kolei w Rzeszowie uniwersytet i politechnika walczą o „zasoby”, czyli pracowników, najlepszych maturzystów i pieniądze. W Warszawie absurdem jest, że kandydaci, którzy nie dostali się na medycynę na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, idą na znajdujące się po drugiej stronie ulicy Banacha wydziały chemii i biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Potem aplikują jeszcze raz i dostają się na medycynę na WUM, gdzie po raz kolejny są uczeni chemii i biologii – tym razem przez wykładowców z WUM, również takich, którzy kiedyś nie dostali etatów na uniwersytecie.

Uczelnie nie są spójnymi jednostkami, ale mniej lub bardziej luźnymi federacjami wydziałów, wydziały zaś są federacjami instytutów lub katedr. To samo jest z kierunkami studiów. One również uległy rozdrobnieniu. Oferuje się kierunki studiów tak wyspecjalizowane, jak na przykład kognitywistyka. Skąd kandydat ze szkoły średniej może wiedzieć, co to jest? Wybierając kierunek, absolwenci szkół średnich często nie mają o nim bladego pojęcia. Na pierwszym roku przychodzi rozczarowanie. Potwierdzają to badania na Uniwersytecie Warszawskim na temat tak zwanego drop out, czyli porzucania nauki przez studentów.

W Stanach Zjednoczonych regułą są uniwersytety, których struktury obejmują wszystkie dziedziny nauk: humanistycznych, społecznych, matematyczno-przyrodniczych oraz rolniczych, technicznych i medycznych. To zwiększa ich siłę i pozwala efektywnie wykorzystywać zasoby. A od maturzysty aplikującego do college’u nie wymaga się precyzyjnego określenia dziedziny, w której będzie chciał otrzymać dyplom.

Czyli to nie kwestie ustawowe są największym problemem?

I tak, i nie. Dziś uczelnie publiczne są powoływane w drodze ustawy. I trzeba nowelizacji, żeby dokonać zmian strukturalnych. W projekcie „Strategii rozwoju szkolnictwa wyższego do 2020 roku”, w której przygotowaniu brałem udział w 2010 roku, zaproponowaliśmy pozostawienie decyzji w rękach ministra. Niestety, nic się nie zmieniło i dziś proces łączenia uczelni jest trudny, uwarunkowany akceptacją grup interesów.

Są jednak przykłady takich konsolidacji. Rok temu trzy krakowskie uczelnie: Akademia Górniczo-Hutnicza, Politechnika Krakowska i Uniwersytet Rolniczy utworzyły pierwszy formalny związek uczelni w Polsce.

Lepsze takie posunięcie niż żadne. Ale związki uczelni jak ten wspomniany nie spowodują, że problemy znikną.
Bardzo dobrym ruchem było na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku połączenie Uniwersytetu Jagiellońskiego z krakowską Akademią Medyczną. Pomogło to w budowaniu międzynarodowej pozycji UJ. Dzieje się tak, bo w Collegium Medicum UJ istnieją silne ośrodki naukowe, w których powstaje wiele wysoko notowanych publikacji.

Ciekawy jest przypadek dwóch uczelni w Lozannie – kantonalnego uniwersytetu i federalnej politechniki (EPFL), stworzonej 50 lat temu na podobieństwo ETH w Zurychu. Wydziały ścisłe przeniesiono z uniwersytetu na politechnikę, ale rektorzy obu tych uczelni umówili się, że wykładowcy z politechniki będą uczyć na uniwersytecie (oraz u siebie na politechnice) nauk ścisłych, takich jak na przykład matematyka, fizyka, natomiast wykładowcy z uniwersytetu będą wykładać na politechnice nauki społeczne. W ten sposób uniknięto sytuacji, że w Lozannie równolegle funkcjonują, przykładowo, dwa wydziały fizyki – co jest regułą w wielu polskich miastach, w których uczelnie ze sobą konkurują. Dokonano tego, mimo że obie uczelnie nie podlegają pod jednego ministra. Politechnika podlega władzom Konfederacji, a uniwersytet – kantonowi Vaud.

W Polsce też są przykłady takiego racjonalnego podejścia. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie zjednoczył szkołę rolniczą i pedagogiczną oraz utworzył wydział medyczny. (Struktura tej uczelni o wiele bardziej przypomina szkoły wyższe na Zachodzie niż najlepsze w kraju uniwersytety i politechniki). W ten sposób zapewnia się równowagę między dyscyplinami podstawowymi i stosowanymi.

Czy to oznacza, że w Polsce powinno się dążyć do powstania kilku głównych uczelni? Póki co mamy silny ruch na rzecz rozwoju uczelni lokalnych. Niedawno Sejm podjął decyzję o utworzeniu uniwersytetu w Gorzowie Wielkopolskim.

Oba typy uczelni są potrzebne. Poważne badania naukowe są zbyt drogie, by mogły być prowadzone wszędzie tam, gdzie uprawia się dydaktykę na poziomie pomaturalnym.

W przywoływanej wcześniej strategii z 2010 roku zaproponowaliśmy wyróżnienie czterech typów szkół wyższych: uczelni badawczych, akademickich, zawodowych, a także – co było kompletnym novum – kolegiów akademickich (nawiązujących do amerykańskich college’ów), które dawałyby wykształcenie ogólne. Dawniej ten typ wykształcenia określano mianem „przedwojennej matury”, było to wysokiej jakości wykształcenie ogólne. Po tej szkole student miałby możliwość kontynuowania nauki – i już wiedziałby lepiej, co go interesuje, w czym chce się specjalizować. Zdobywałby umiejętności uniwersalne, niezbędne do pracy na wielu stanowiskach i w wielu zawodach.

Druga grupa to szkoły zawodowe. Tu kierunki studiów byłyby określone przez zawody, do których wykonywania te placówki przygotowują, a nie przez dziedziny wiedzy. Trzecia kategoria to uczelnie akademickie, gdzie równolegle kształci się i prowadzi badania. I najbardziej elitarna grupa, uniwersytety badawcze, koncentrujące się na prowadzeniu badań naukowych i kształceniu na poziomie magisterskim i doktorskim. Każda z takich uczelni jest potrzebna. Silna uczelnia badawcza nie zastąpi szkoły wyższej w Gorzowie.

Ale czy faktycznie wszystkie byłe miasta wojewódzkie powinny mieć swój uniwersytet? Czy studenci muszą uczyć się w swoim rodzinnym mieście?

A czy wszyscy młodzi muszą wyjeżdżać z rodzinnych stron? Przecież środowiskom lokalnym zależy na tym, żeby zostawali. Zależy im na pielęgnowaniu lokalnych elit pracowników uczelni.

Tworzenie szkół trzeciego stopnia w lokalnych ośrodkach to sensowny program. Także dlatego, że nie wszyscy nadają się do studiowania na uniwersytetach badawczych. Oferta uczelniana musi być adresowana do różnych grup odbiorców.

Kto jest lepszym zarządcą środowiska akademickiego: państwo czy rynek?

Nie warto na takie pytanie udzielać abstrakcyjnych odpowiedzi. Należy zapytać, jak to robią inni. Nie znam przypadku zbudowania dobrych uczelni w systemie całkowicie rynkowym. Nawet tak zwane prywatne uczelnie amerykańskie są de facto instytucjami publicznymi – choć skonstruowanymi na innej zasadzie.

W realiach polskich budowanie przodujących uczelni na bazie rynkowej nie ma dziś sensu. Co nie znaczy, że uczelnie prywatne nie mają racji bytu. Często jednak wybór prywatnej uczelni podyktowany jest nadzieją na łatwiejsze uzyskanie dyplomu. Dodam od razu, że podobnie bywa na niektórych odpłatnych studiach w uczelniach publicznych. Nawet studenci, którzy chcą mieć doktorat z konkretnej dziedziny, niekoniecznie wybierają instytucję najsilniejszą naukowo, tylko taką, gdzie można łatwiej uzyskać tytuł.

Co w takim razie zrobić, żeby wyciągnąć polskie akademie z czwartej, jeśli nie piątej setki światowych uczelni?

Tym pytaniem przywołujemy ranking szanghajski. Są też inne rankingi, w których polskie uczelnie – przynajmniej w konkretnych dziedzinach – osiągają znacznie lepsze wyniki. Jednak z pewnością z międzynarodowej pozycji polskiej nauki i szkolnictwa wyższego nie możemy być dumni.

Nie chcę nikogo martwić, ale lepiej nie będzie, dopóki nie zmieni się mechanizmów zarządzania, a zatem i mentalności środowiska naukowego. Na całym świecie uczelnie się ze sobą ścigają. Nikt nie lubi rankingów, ale każdy chciałby w nich wypadać na miarę aspiracji. W Polsce natomiast rankingi międzynarodowe traktuje się z poczuciem wyższości. Przed laty w wywiadzie rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w 2015 roku prześcignął w szanghajskiej punktacji Uniwersytet Warszawski, zamiast ogłosić z dumą: „idziemy do góry!”, powiedział, że jego zdaniem rankingi nie są adekwatne do polskich warunków.

Ta wypowiedź z grubsza pokazuje stosunek całego środowiska do problemu. Jeśli mówimy, że w ogóle nie bierzemy udziału w tym wyścigu, to trudno, żebyśmy awansowali. Żeby brać udział w wyścigu, trzeba coś w tym kierunku robić. To troszkę tak jak z przedsiębiorstwem – musi być decyzja właściciela, że konkurujemy z innymi firmami. A tego, kto zarządza, w stosownym czasie rozlicza się z efektów.

Ludzie, którzy kierują uczelniami, powinni zadecydować, że ich celem będzie na przykład poprawienie pozycji naukowej. Żeby to osiągnąć, należy prowadzić aktywną politykę kadrową. Proszę zauważyć, na jakich polskich uczelniach są zatrudnieni obcokrajowcy. W Olsztynie, Rzeszowie, Zielonej Górze… Nieliczni na Uniwersytecie Warszawskim czy Uniwersytecie Jagiellońskim. Dlaczego? Bo UW i UJ, duże uczelnie, osiągają swoje minimum kadrowe bez konieczności zatrudniania ludzi z zewnątrz. A powinno być tak, że wszystkie uczelnie zatrudniają obcokrajowców, starają się ściągnąć najlepszych badaczy. Prowincjonalne uczelnie skorzystały na upadku ZSRR; czołowe nie, bo wystarcza im pracowników z chowu wsobnego.

Z dnia na dzień krajowe uniwersytety nie przyciągną setek najlepszych naukowców z innych państw. Czy są jakieś prostsze rezerwy, których uruchomienie wywołałoby skok w światowych rankingach?

Pewna rezerwa tkwi w naukach społecznych. Liczba angielskojęzycznych publikacji naszych naukowców w obszarze nauk społecznych – zwłaszcza z zakresu ekonomii czy socjologii – jest minimalna. Trochę lepiej jest z filozofią i psychologią. Tymczasem w rankingu szanghajskim publikacje z nauk społecznych liczą się podwójnie w stosunku do publikacji z nauk ścisłych, technicznych i nauk o życiu.

Do tej pory w wielu komentarzach pojawiała się odwrotna teza: nauki społeczne, humanistyka są problemem, bo „produkują” absolwentów, tysiące politologów i socjologów, dla których nie ma pracy na rynku.

Być może lepiej by się stało, gdyby te wydziały, które „produkują” setki absolwentów, zajęły się badaniami naukowymi.

Tu znów dotykamy wspomnianego problemu: na wielu polskich uczelniach brakuje woli, by stawać do wyścigu. Wielu rektorów mało obchodzi pozycja naukowa wydziałów, a bardziej liczba studentów wpływająca na finansowanie.

Czy byłoby łatwiej podnieść pozycję w rankingach, gdyby na polskich uczelniach odwrócono proporcje między liczbą godzin poświęcanych dydaktyce i badaniom?

Jeśli porównamy liczbę nauczycieli akademickich przypadających na studenta, to proporcje w Polsce wcale nie są niekorzystne. Prawdziwy problem polega na tym, że obciążenie dydaktyczne rozkłada się nierówno. Na jednych wydziałach pracownicy mają mnóstwo nadgodzin dydaktycznych, podczas gdy na innych rozdyma się programy, żeby pracownikom zatrudnionym na umowę o pracę zapewnić pensum. Wynika to z przepisów dotyczących pensum: z każdym etatem wiąże się obowiązek realizacji określonej liczby zajęć dydaktycznych. Z drugiej strony finansowanie zależy od liczby studentów.

Pochodzący z wyboru środowiska rektorzy i dziekani postrzegają swoją rolę jednocześnie jako menedżerów i działaczy związkowych, reprezentujących interesy zatrudnionych pracowników.

Zastanawiając się nad sposobami naprawy polskich uczelni, od jednej kwestii nie uciekniemy: wynagrodzenia.

Z pracy na uczelni musi się dać żyć przyzwoicie. I wcale nie uważam, że to bezwzględnie wymaga zwiększenia nakładów państwa. Potrzebne jest raczej efektywniejsze gospodarowanie zasobami przez uczelnie.

Wynagrodzenia na uczelniach co do zasady powinny być niższe niż w biznesie. Także dlatego, że z pracą na uczelni wiążą się inne korzyści, choćby stabilność zatrudnienia. Będąc pracownikiem naukowym, jeżeli mam publikacje i dorobek naukowy, mam pewną pozycję. Nawet jeżeli stracę pracę na jednej uczelni, mój dorobek idzie za mną, przynależy do mojego nazwiska (choć został zbudowany dzięki doświadczeniu wyniesionemu z pracy na uczelni). To odmienna sytuacja niż w korporacji, gdzie odchodzący pracownik zostawia praktycznie wszystkie efekty swojej pracy, poza własnym doświadczeniem i śladem w CV.

Czyli jednym z podstawowych problemów polskiej nauki jest zarządzanie uczelnią. W strategii z 2010 roku zaproponowano utworzenie na uczelniach Rad Powierniczych, które nadzorowałyby pracę władz uczelni i wymagałyby wyników.

Tak, ład akademicki jest jednym z podstawowych problemów polskich uczelni.

W 2010 roku analizowaliśmy różne modele. Baliśmy się, że politycy pomysł podchwycą (dla swoich celów), a de facto go zdewastują. Analizowaliśmy między innymi Finlandię i Danię – dwa kraje europejskie, w których takie rady funkcjonują. W obu przypadkach członkami rady stają się, owszem, politycy – lokalni i krajowi – ale też inne osoby. Istotna część jest wskazywana przez uczelnię.

Pouczający dla nas był też przykład Uniwersytetu Amsterdamskiego. Jego radę powołał rząd holenderski, ale na przewodniczącego wyznaczył prezesa Philipsa, prywatnego koncernu. Jednocześnie wprowadzono na uczelni system trójpodziału władz. Wyglądało to w ten sposób, że na uniwersytecie powoływano zarząd, który składał się z trzech osób: prezydenta, kanclerza i rektora. Rektor był wybierany przez środowisko naukowe, ale władzę zarządczą i finansową sprawował prezydent, powoływany przez radę powierniczą. Podobny system zaproponowaliśmy w naszej strategii.

Jak dzielić pieniądze na badania? Dawać po równo, zwiększając budżety we wszystkich konkursach, czy raczej brać pod uwagę zastosowanie wyników badań? Dziś badania podstawowe są finansowane z budżetu Narodowego Centrum Nauki, a badania stosowane finansuje Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Podział na nauki podstawowe i badania stosowane, a, co za tym idzie, podział na Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowe Centrum Nauki, jest niewłaściwy. NCBR patrzy na to, czy coś jest stosowane, NCN z kolei, czy badanie jest podstawowe. Tymczasem wiele konkretnych zagadnień można badać z różnych powodów. Przykładowo, odkształcanie się szyn kolejowych można badać z czystej ciekawości poznawczej. Ale można to robić także na zlecenie Polskich Linii Kolejowych, które mają z tym problem. Niby badanie to samo, a konfiguracja zupełnie inna.

Dotychczasowe rozróżnienie badań na podstawowe i stosowane powinniśmy dziś zastąpić nowym podziałem: na badania zlecane odgórnie w celu wykorzystania, czyli top-bottom research, oraz badania inicjowane oddolnie przez naukowców (bottom-up). Te ostatnie określa się też mianem curiosity-driven research (badania powodowane ciekawością naukową). Albo uczeni mają pomysł, co badać, albo jakiś podmiot (państwo, biznes) zamawia określone badania. To jest właściwa linia podziału.

Żeby zwiększyć skalę prowadzonych badań, trzeba w ich finansowanie zaangażować biznes. Aby do tego doszło, należy stworzyć popyt na badania. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych pojawił się popyt na studia (na rynku pracy brakowało wykształconych pracowników), uczelnie bardzo szybko na niego odpowiedziały. W przypadku badań naukowych również musi być uruchomiona strona popytowa. Będzie popyt, będzie podaż. To nie jest łatwe.

Czy nie ma pan wrażenia, że dysproporcje między budżetami NCN i NCBR są zbyt duże?

W środowisku naukowym panuje poczucie, że proporcje są zaburzone i że nie wiadomo, czy te „badania stosowane” – finansowane z NCBR – rzeczywiście są praktycznie wykorzystywane z korzyścią dla społeczeństwa.

Jak Polska długa i szeroka uczelnie za pieniądze europejskie zmodernizowały budynki i laboratoria.

Wygranym w tej sytuacji jest zapewne lobby budowlane. Uczelnie natomiast doprowadziły do olbrzymiego obciążenia swoich budżetów, bo wybudowane wielkim kosztem imponujące kampusy, laboratoria itp., teraz trzeba będzie utrzymywać.

Gdzieś te badania muszą być prowadzone.

To, że warunki lokalowe do badań naukowych i dydaktyki wymagały poprawy, nie ulega dyskusji. Ale do celowości, skali i koncepcji wielu inwestycji mam wątpliwości. Obok poprawy warunków nauki i pracy utrwalono betonem wiele nieefektywności polskich uczelni.

Czy powszechne wprowadzenie obowiązku pracy w języku angielskim, już na poziomie studiów pierwszego stopnia, nie pomogłoby później w „umiędzynarodowieniu” pracy młodych naukowców, którzy od początku byliby do tego przyzwyczajeni?

Nie wszyscy absolwenci studiów pierwszego stopnia zostaną naukowcami. To prawda, że znajomość angielskiego jest dziś niezbędna każdemu wykształconemu człowiekowi. Znajomość angielskiego powinna być nie tylko wymagana poprzez konieczność zaliczenia lektoratu czy egzaminu językowego.

Student musi dostać wyraźny sygnał od swoich nauczycieli, że korzystanie ze źródeł angielskojęzycznych jest koniecznością (także redagowanie fachowych tekstów w tym języku). Do tego oczywiście nauczyciele akademiccy sami muszą posiadać odpowiednie kompetencje.

Może państwo powinno wymusić na rektorach zwolnienia kadry, która nie umie porozumieć się w języku angielskim?

Nie chodzi o to, żeby zwalniać. Trzeba raczej stworzyć mechanizmy skłaniające do publikowania po angielsku. To można zrobić. Przykładowo doprowadzić do sytuacji, w której Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych nie zalicza do dorobku publikacji w języku polskim – poza wyróżnionymi dziedzinami, takimi jak na przykład polonistyka czy historia. Choć potrafię sobie wyobrazić bardzo dobrą pracę o wczesnośredniowiecznej Polsce napisaną po angielsku. Dlaczego historia w Polsce nie ma być przedmiotem międzynarodowego zainteresowania, skoro granice naszego kraju przesuwały się ze wschodu na zachód i z południa na północ na przestrzeni dziejów wielokrotnie – i to o setki kilometrów.

Zdaję sobie sprawę, że łatwiej jest napisać po angielsku pracę dotyczącą matematyki niż socjologii czy nauk politycznych. Dlatego trzeba wspomóc niektóre dziedziny, zatrudniając na przykład redaktorów i korektorów językowych, żeby publikacja nie przynosiła wstydu zarówno autorowi, jak i instytucji, z którą jest związany.

Strategie powstają i trafiają na półki. Jak wymusić ich stosowanie?

Nie ma uniwersalnej metody, ale kilka przydatnych reguł można przedstawić. Przede wszystkim trzeba znaleźć właściwych ludzi i postawić ich na czele instytucji. Można spróbować ściągać naukowców, którzy kiedyś z różnych powodów wyjechali do pracy na zagraniczne uczelnie, a dziś byliby gotowi wrócić. Władze uczelni powinny myśleć nie tylko o kolejnych budynkach (które potem obciążą budżet), ale też jak przyciągnąć wartościowego pracownika.

Są dobre przykłady. Wydział Nauk Ekonomicznych na Uniwersytecie Warszawskim na początku lat dziewięćdziesiątych we współpracy z profesorem z Columbia University zmodernizował studium doktoranckie. Zmieniono podręczniki na anglojęzyczne. Drugi pozytywny przykład to SGH, gdzie młodzi ekonomiści licznie publikują w języku angielskim.
Jeżeli chodzi o podniesienie zauważalności polskiej nauki: w naukach ścisłych wielkiego pola manewru już nie ma. Praktycznie cały dorobek w tym obszarze już teraz jest publikowany po angielsku. Obszar, który wymaga dalszych zmian, to nauki społeczne.

Jak najlepiej dopasować ofertę dydaktyczną uczelni do potrzeb rynku pracy?

Mam wrażenie, że dziś największe zapotrzebowanie jest nie na umiejętności specyficzne, ale raczej na umiejętności uniwersalne. W systemie amerykańskim większość młodych ludzi wchodzących na rynek pracy to absolwenci tamtejszych college’ów. Czyli, upraszczając, osoby, które ukończyły czteroletnią szkołę ogólnokształcącą. Oczywiście część z nich kontynuuje specjalizację i pozostaje na uczelni, a część zdobywa specjalizację zawodową. Ale duży procent młodzieży idzie do pracy, mając mniej subtelne, ukierunkowane wykształcenie. Osoba, która rozpoczyna pracę w firmie informatycznej w Stanach Zjednoczonych, ma zazwyczaj znacznie mniejsze umiejętności informatyczne niż absolwent ambitnych polskich studiów informatycznych.

Kiedyś na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW wspomagaliśmy rekrutację do jednego z ważnych brytyjskich banków, który poszukiwał pracowników do działu IT. Dopuszczono do niej zarówno studentów informatyki, fizyki, matematyki, jak i niektórych kierunków technicznych. W założeniu pracodawcy kandydaci mieli posiadać pewne podstawy wiedzy ogólnej i wykazać się inteligencją oraz pomysłowością. Konkretnych aplikacji mieli nauczyć się już w pracy, w firmowym centrum edukacyjnym.

W szkołach wyższych o wyraźnym profilu zawodowym programy nauczania powinny być ustalane wspólnie z praktykami, czyli z przedstawicielami sektora. W tym modelu nauka księgowości w wyższej szkole zawodowej opierałaby się na nauczaniu księgowania, a nie teorii rachunkowości. Zawody są z reguły mieszanką rozmaitych kwalifikacji z różnych dziedzin. Nigdy do końca nie wiadomo, z czym przyjdzie nam się zmierzyć w życiu zawodowym. Okazuje się, że coraz częściej studenci kończąc studia, nie są zainteresowani wpisaniem specjalizacji do dyplomu. Wolą mieć dyplom ogólny, bo nie wiadomo, jaka praca im się w życiu trafi.

W Polsce problem dopasowania oferty uczelni do potrzeb rynku pracy miał być zagwarantowany przez Program Rozwoju Kompetencji.

Pomysł dobry, ale z moich obserwacji wynika, że to się na poziom uczelni przenosi z wielkim trudem. Gdy byłem dziekanem Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW z uwagą śledziłem, co się dzieje na rynku pracy. Czytałem między innymi prasę poświęconą szukaniu pracy. Często publikowano wywiady z absolwentami różnych kierunków. Pytano ich, czy studia pomogły im w znalezieniu zatrudnienia. I co się okazywało? Z reguły absolwenci pracowali na stanowiskach luźno związanych ze zdobytym wykształceniem. Jeden z rozmówców na pytanie, co mu dały studia, odpowiedział: „umiem czytać i pisać!”. Wbrew pozorom to nie jest głupia odpowiedź. Student powinien zdobywać przede wszystkim umiejętności uniwersalne, niezbędne we wszystkich zawodach.

Ważny postulat pod adresem uniwersyteckiego wykształcenia zgłosił Jeremi Mordasewicz, reprezentujący pracodawców w pracach nad strategią Uniwersytetu Warszawskiego. Stwierdził, że pracodawcy oczekują od uczelni rozwijania umiejętności pracy zespołowej, w tym kierowania zespołami, oraz wykształcenia u studentów standardów moralno-etycznych: solidności, uczciwości, odpowiedzialności. Niedzisiejsze podejście, prawda?

(1) „Strategia rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do 2020 roku” została opracowana na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przez konsorcjum Ernst & Young Business Advisory oraz Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową. Profesor Stefan Jackowski był koordynatorem merytorycznym projektu (przyp. red.).

Rozmowę przeprowadzili Marzena Haponiuk i Konrad Niklewicz.

*Stefan Jackowski – profesor nauk matematycznych, były dziekan Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, były prezes Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Obecnie członek Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych.

Od redakcji: powyższy tekst pochodzi z najnowszego numeru Instytutu Idei, zatytułowanego „Alfabet nowej edukacji”.