Newsletter

Skutki „dobrej zmiany” w edukacji

Włodzimierz Paszyński, 28.06.2016
PRL miał ambicję ustalania, co jest słuszne, a co nie, definiował oczekiwane postawy obywateli, kontrolował ich poczynania. Plany prezentowane przez obecną władzę jako żywo przypominają praktykę tamtych czasów

Zmiany w oświacie, podobnie jak w innych dziedzinach życia, są niezbędne. Wymuszają je postęp cywilizacyjny i gospodarczy, zmieniające się warunki życia, przemiany mentalne. Dlatego dyskusja nad pożądanym kształtem polskiej edukacji powinna się toczyć. Ale niezbędnym warunkiem jej sensowności jest założenie, że rozmawiamy o perspektywie wieloletniej (10–15 lat), bo tylko w takim horyzoncie czasowym można planować prawdziwe, dobrze przygotowane zmiany w szkolnictwie. Ich podstawą musi być refleksja programowa i – w konsekwencji – ewentualna korekta obowiązującego ustroju szkolnego oraz systemu kształcenia i doskonalenia nauczycieli.

Struktura systemu, rozwiązania organizacyjne, zawsze powinny być kwestią wtórną wobec założeń programowych – zarówno tych dotyczących dydaktyki, jak i wychowania.

W Polsce po 1989 roku tylko raz podjęto próbę gruntownej korekty systemu edukacji. Dziś, po upływie kilkunastu lat, można powiedzieć, że reforma przeprowadzona w 1999 roku nie była wystarczająco przemyślana; wprowadzano ją w pośpiechu, na użytek większego projektu politycznego. Część formułowanych wówczas pod jej adresem, także przeze mnie, krytycznych uwag pozostaje aktualna.

Można więc zaryzykować twierdzenie, że do rozmowy na temat ewentualnych zmian warto powrócić. Problem w tym, że rządząca partia ani myśli o dyskusji, zastępując ją uchwalanymi w pośpiechu aktami normatywnymi.

Jednym z głównych grzechów reformy z 1999 roku było według mnie uczynienie jej flagowym okrętem pomysłu wprowadzenia gimnazjum do struktury systemu. Gimnazja miały być miejscem wyrównywania szans edukacyjnych.

Pomysł od początku kontrowersyjny: moim zdaniem szansy takiej należało upatrywać w rozwoju opieki przedszkolnej, bo właśnie w najmłodszych latach kształtuje się potencjał społeczno-intelektualny młodego człowieka. Troska o jego rozwój i tworzenie sprzyjających mu warunków to jeden z podstawowych obowiązków państwa, zwłaszcza wobec dzieci z rodzin o niskim statusie ekonomiczno-społecznym.

Ten błąd z przeszłości zaczęliśmy naprawiać kilka lat temu, ogromnym wysiłkiem nauczycieli, samorządowców i akademików, tworząc dobre warunki kształcenia i opieki dla najmłodszych dzieci. Powstały stosowne programy, podręczniki, pomoce dydaktyczne. Zbudowano i zmodernizowano tysiące sal do nauki i zabawy.

Upowszechnienie wychowania przedszkolnego i obniżenie wieku rozpoczynania nauki było w polskiej edukacji największym programowo-organizacyjnym sukcesem minionych lat. Jako jedno z ostatnich państw europejskich dołączyliśmy do grona krajów, które znacznie wcześniej niż my zrozumiały, że właśnie w ten sposób najlepiej tworzy się podwaliny przyszłej pomyślności jednostek i całej zbiorowości. Niestety, nowy rząd podważył ten dorobek w jedną noc!

Konsekwencją rozwiązań przyjętych przez rząd PiS-u jest destabilizacja budowanego przez samorządy od kilku lat systemu pozwalającego na przyjęcie do publicznych przedszkoli wszystkich trzy-, cztero- i pięciolatków. Od kłopotów natury organizacyjnej gorsze jest jednak coś innego – dzieci z najbardziej zaniedbanych środowisk trafią do systemu edukacji rok później. Oznacza to dla nich rok stracony! Bez nadziei na kontakt z książką, pudełkiem kredek czy światem dźwięków innych niż jazgot telewizora; ze światem innym niż cztery ściany domu niesprzyjającego dobremu, harmonijnemu rozwojowi.

Puenta nasuwa się sama: niszczenie nie jest sztuką – jest nią mądre budowanie…

Jest jeszcze jedno, wyjątkowo szkodliwe z pedagogicznego punktu widzenia, następstwo tej „wspaniałej” zmiany. To powtarzanie klasy albo tak zwanej zerówki. W pięknym i mądrym, inspirowanym tekstami Janusza Korczaka „Apelu Twojego Dziecka” czytamy: „Nie bądź ślepy i przyznaj, że ja też rosnę. Wiem, jak trudno dotrzymać mi kroku w tym galopie, ale zrób, co możesz, żeby nam się udało” (1). Tymczasem pani minister Anna Zalewska, osobiście i za pośrednictwem poradnika publikowanego na stronach MEN-u, przypomina rodzicom, że mogą zostawić swoje dzieci na drugi rok w pierwszej klasie albo zerówce przedszkolnej.

Owszem, mogą, ale elementarna uczciwość wymaga także dopowiedzenia, że decyzja o powtarzaniu przez dziecko roku nie powinna być podejmowana pochopnie, tylko dlatego, że uchwalona w pośpiechu, bez stosownych konsultacji zmiana ustawy o systemie oświaty daje taką możliwość. Należy wskazywać również negatywne skutki tego rozwiązania. A jest ich sporo.

Powtarzanie klasy, zarówno na początku edukacji, jak i na kolejnych jej etapach, jest uzasadnione tylko w szczególnych, indywidualnych przypadkach i nie powinno być promowane jako zasada czy powszechne rozwiązanie. Współczesna pedagogika przyjmuje zasadę, że uczeń, zwłaszcza na początku nauki, nie powinien powtarzać klasy.

Zdarzeniu takiemu zawsze towarzyszy poczucie porażki, czasem wręcz klęski, co fatalnie wróży na przyszłość i ma bardzo negatywny wpływ na dalszą edukację. Dziecko czuje się gorsze od rówieśników – nie tylko koleżanek i kolegów z klasy, ale również otoczenia środowiskowego (rodzina, podwórko, krąg bliższych i dalszych znajomych).

Niekorzystny wpływ na rozwój młodego człowieka może mieć również zerwanie relacji pomiędzy nim a rówieśnikami, nauczycielami, wychowawcą. Poza tym, jak wykazują liczne badania (na przykład profesora Czesława Kupisiewicza (2)), powtarzanie klasy nie prowadzi na ogół do poprawy motywacji i wyników. Dlatego gdy pojawia się zagrożenie brakiem promocji do następnej klasy, szkoła ma obowiązek natychmiast reagować – proponując indywidualną pracę z dzieckiem, konsultacje ze szkolnym pedagogiem, psychologiem czy specjalistami z poradni (logopeda, reedukator, terapeuta itp.).

Pozostawienie na drugi rok w tej samej klasie (także w zerówce w szkole czy przedszkolu) to również porażka nauczyciela i nadzorującego jego pracę dyrektora placówki. Jeśli w dodatku zdarzenie ma charakter masowy, powinniśmy skonstatować, że to nie porażka, ale klęska. I zastanowić się nad oceną jakości procesu kształcenia i wychowania…

Zdarza się niekiedy, że rodziców, szczególnie na początku pierwszego etapu edukacyjnego, niepokoi rzekomy brak postępów w nauce, zwłaszcza utrzymujące się trudności w czytaniu, liczeniu oraz samodzielnym wykonywaniu niektórych zadań. Najczęściej obawy te są niepotrzebne – dziecko ma na opanowanie tych umiejętności trzy lata i czyni to we właściwym dla siebie tempie!

Ci, którzy przekonują, niekiedy niestety skutecznie, że jest inaczej, albo nie mają elementarnej wiedzy z psychologii rozwojowej dziecka, albo próbują ugrać jakiś własny, partykularny interes związany z przekonaniami ideowymi, stabilnością pracy itp. Co prawda, dostrzegając, że każde dziecko jest inne, nie musimy im wierzyć, niemniej jednak propagandowy przekaz sprzyjających władzy mediów, w tym niestety publicznych, robi swoje i często zapominamy, że wszelkie decyzje natury wychowawczej powinny odnosić się do jednostkowych przypadków – zawsze w odniesieniu do konkretnego dziecka i jego realnych, dobrze zdiagnozowanych możliwości. Podejmować je należy samodzielnie i bez zbędnych emocji; tak zwane myślenie stadne nie sprzyja racjonalnym wyborom! Ale o tym pani minister nie mówi…

Nie wspomina też, że dokonując tych wyborów, tak naprawdę decydujemy o lepszej bądź gorszej przyszłości dziecka, powinniśmy zatem wybierać z rozumną troską o tę przyszłość. Nasze dzieci są tak samo dojrzałe emocjonalnie i intelektualnie, jak ich rówieśnicy w innych krajach – nie należy dawać sobie wmówić, że jest inaczej. Świadczą o tym także wyniki w nauce – ponad 40 tysięcy warszawskich sześciolatków, które w ostatnich latach trafiły do szkolnej edukacji, świetnie sobie w niej poradziło, nie gorzej od o rok starszych koleżanek i kolegów. Swoistą zbrodnią jest skazywanie ich na nudę w powtarzanych bez sensu zerówkach lub klasach pierwszych. Nuda też jest wrogiem dobrego rozwoju.

Tu znowu kłania się Korczak: „Jeśli umiecie diagnozować radość dziecka i jej natężenie, musicie dostrzec, że najwyższą jest radość pokonanej trudności, osiągniętego celu, odkrytej tajemnicy. Radość tryumfu i szczęście samodzielności, opanowania, władania” (3).

Potwierdzeniem słuszności tezy Starego Doktora mogą być kolejne dane z Warszawy: w ostatnich latach liczba uczniów drugorocznych utrzymuje się w szkołach podstawowych na stałym poziomie około 0,4 procent; w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych jest to odpowiednio około 2 i 3 procent. To znacznie mniej niż kilka czy kilkanaście lat temu, nie mówiąc o zamierzchłych czasach PRL-u. Całkiem niezły wynik; wiele krajów może nam tylko pozazdrościć. Czy warto, w imię partykularnych, politycznych interesów, psuć go szkodliwymi dla dobrego, harmonijnego rozwoju dziecka nieprzemyślanymi decyzjami?

Sporo było jak dotąd o sześciolatkach i wczesnej edukacji – celowo. Jestem przekonany, że dla naszego rozwoju cywilizacyjnego rzecz to fundamentalna w stopniu porównywalnym z innymi zagrożeniami niesionymi przez kolejne „dobre zmiany”.

Następnym ważnym wątkiem edukacyjnym jest oczywiście zapowiadana likwidacja gimnazjów czy – szerzej rzecz ujmując – rewolucyjna zmiana struktury całego systemu edukacyjnego. O gimnazjach wspomniałem na początku tekstu. Krytyki sposobu ich wprowadzenia nie będę rozwijał. Było, minęło. Powiem natomiast więcej o ewentualnych konsekwencjach innej „dobrej zmiany”, która dojrzewa w rządzie. Na razie jest o niej dość cicho, boję się jednak, że to cisza przed burzą, żeby nie powiedzieć: kataklizmem. Tym razem wychowawczym.

Mowa o wspomnianej w programie rządzących konieczności „ponowne[go] wprowadzeni[a] do szkół funkcji wychowawczej i to w szerokim sensie tego słowa” (4). Brzmi groźnie, zwłaszcza dla tych z nas, którzy pamiętają szkołę peerelowską, będącą – jak wtedy mówiono – elementem jednolitego frontu wychowawczego. To zaczerpnięte z języka militarnego określenie sugerowało, że o dusze i umysły młodych ludzi toczy się bitwa, której zwycięskie rozstrzygnięcie poskutkuje komplementarnością poczynań szkoły, organizacji młodzieżowych, wychowania domowego.

Wydarzenia społeczno-polityczne lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dowiodły (i w tym nasza nadzieja!), że zarówno dowództwo frontu, jak i pomniejszej rangi oficerowie nie spisali się najlepiej. Ówczesne państwo miało ambicję ustalania, co jest słuszne, a co nie, definiowało oczekiwane postawy obywateli, kontrolowało ich poczynania. Może to oznaka nadmiernego przeczulenia, ale plany prezentowane przez obecną władzę jako żywo przypominają mi praktykę tamtych czasów.

Niepokój pogłębiają także wspomnienia ze znacznie mniej odległej przeszłości, z lat 2005–2007. To, co wówczas praktykowano, wydaje się w pełni kompatybilne z tym, co piszą anonimowi autorzy programu PiS-u o konieczności wzmocnienia oddziaływań wychowawczych w obszarze „obowiązków natury społecznej, moralnej i obywatelskiej” i położeniu największego nacisku na „aspekt patriotyczno-obywatelski”.

Wtedy, przed dziesięciu laty, czytaliśmy w szkołach adresowane do nauczycieli listy pisane przez ministrów edukacji, których nazwisk przez litość nie wymienię, mówiące o tym, co dobre, a co złe. Na naszych oczach rodziła się nacechowana światopoglądowo, ksenofobiczna, represyjna oświata. Mieliśmy do czynienia z korektami treści programowych przedmiotów humanistycznych, selekcją podręczników i materiałów metodycznych. Najlepszą receptą na rozwiązywanie problemów miała być – zastępująca życzliwy dialog – wszechobecna dyscyplina.

Obawiam się, że czeka nas powtórka z rozrywki.

Powie ktoś, że przesadzam. Być może. Obym się mylił. Jednak spojrzenie na to, co dzieje się wokół, nie nastraja szczególnie optymistycznie. Czasy nastały nam wyjątkowo ideologiczne. Nie sądzę, by oświata miała zostać spokojną wyspą na wzburzonym oceanie. Zwłaszcza że dzieci i młodzież są od zawsze łakomym kąskiem dla ideologów wszelkiej maści, bowiem stosunkowo łatwo nimi manipulować. Naturalnie ufne, wierzą, szczęśliwie najczęściej tylko do pewnego momentu, dorosłym, uznając ich za oczywiste z racji wieku i pozycji (bo inne powody zniszczyliśmy skutecznie i bezpowrotnie) autorytety. Dlatego chęć sterowania procesami wychowawczymi z poziomu władzy jest tak silna, szczególnie gdy władza ma ambicje profetyczne.

Dodatkowo daje to okazję do kształtowania przekonania o konieczności posłuszeństwa i zgody na wszystko, co płynie z góry – co z kolei, w konsekwencji, uczy (niestety) konformizmu i oportunizmu. Im mniej władza ceni sobie takie wartości, jak wolność obywatelska, autonomia jednostki, tolerancja czy otwartość, tym chętniej żongluje pojęciami typu: naród, patriotyzm, ojczyzna, dziedzictwo, i uzurpuje sobie prawo do kreślenia ideałów wychowawczych poprzez ustanawianie modeli i wzorów, które uznaje za jedynie słuszne. Gdy się tak dzieje, mamy do czynienia z przedmiotowym traktowaniem wychowanka, bez krzty szacunku dla jego godności – a mówiąc dosadniej: z prostacką indoktrynacją.

PiS-owskich pomysłów na „dobre zmiany” w edukacji nie należy lekceważyć. Niektóre ponad wszelką wątpliwość są groźne, a pojawią się następne. Może nie wszystkie zasługują na potępienie – na przykład ten, o którym na razie wiemy zbyt mało, by go recenzować, dotyczący rewitalizacji szkolnictwa zawodowego. Należy im się uważnie przyglądać, analizować je, komentować. W możliwość przyjaznego dialogu, w kontekście doświadczeń ostatnich miesięcy, raczej nie jestem skłonny uwierzyć.

Nie chciałbym jednak kończyć tego tekstu w nastroju nadmiernie minorowym. Powodów do radości nie mamy, co prawda, dziś zbyt wiele, ale jakaś nutka optymizmu w życiu jest niezbędna. Nieprzypadkowo zacząłem ten wątek od przypomnienia PRL-u. Dzisiejsza sytuacja – to prawda bolesna dla dawnych niepokornych – wydaje się lustrzanym odbiciem tamtych, nie najlepszych skądinąd, czasów.

Historia zatoczyła koło. Wyzwoliliśmy się spod wpływu jednej ideologii, by wpaść w orbitę innej, choć w swej inności nieco podobnej. Weszliśmy w okres nowej demokracji, o ironio, w kształcie znowu chyba w jakimś sensie ludowym… „Wszystko tu stare. Stare są hycle od moralności socjalistycznej” – pisał przed siedemdziesięciu laty w słynnym Poemacie dla dorosłych” Adam Ważyk (5).

Na szczęście natrętna ideologizacja na dłuższą metę jest bez szans, choć czasem najbardziej nawet upiorne idee padają, przyznaję to ze smutkiem, na podatny grunt. Mam jednak nadzieję, że im bardziej rodzimi politrucy będą próbowali wychowywać młodych ludzi na zadekretowany przez siebie i uznany za jedynie właściwy sposób, im więcej zakazów i nakazów, tym silniejszy będzie opór materii.

Wierzę też w dobrych, mądrych nauczycieli, a jest ich w Polsce niemało. Takich, którzy trwają w rozumnym, ugruntowanym już w Oświeceniu przekonaniu (Locke, Mill), że warunkiem dobrej edukacji jest przyzwolenie na intelektualną niezależność uczniowskich umysłów. I wiedzą, że to właśnie owa niezależność, a nie bezkrytyczne przyjmowanie za prawdziwe wszystkiego, co przedstawiane jako bezdyskusyjny dogmat, jest podstawą dobrego wykształcenia.

Hycle z wiersza Ważyka przegrały z kretesem po trzydziestu paru latach. Przegrają i teraz – zdobytej wiedzy i doświadczeń nie zapomina się z dnia na dzień, a w minionym ćwierćwieczu posmakowaliśmy nieco wolności i tak łatwo się nie poddamy. Żadne instytuty myśli i postaw najsłuszniejszych jej nie odbiorą. Za przeproszeniem, nie dadzą rady!

(1) „Apel Twojego Dziecka według Janusza Korczaka”, Dzieci są ważne, http://dziecisawazne.pl/apel-twojego-dziecka-janusz-korczak/ (dostęp 18 kwietnia 2016).
(2) Np.: Czesław Kupisiewicz, „Niepowodzenia szkolne – pedagogiczne wyzwanie dla Europy”, Edukacja, Studia, Badania, Innowacje 1995, nr 1 (49); tenże, „Niepowodzenia dzieci w nauce szkolnej”, [w:] „Encyklopedia pedagogiczna”, red. Wojciech Pomykało, Fundacja Innowacja, Warszawa 1993.
(3) Janusz Korczak, „Dzieła”, t. 7: „Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie”, Oficyna Wydawnicza Latona, Warszawa 1993, s. 49.
(4) Tu i dalej: Prawo i Sprawiedliwość, „Program PiS 2014”, http://pis.org.pl/dokumenty, s. 131 (dostęp 18 kwietnia 2016).
(5) Adam Ważyk, „Poemat dla dorosłych”, [w:] tegoż, „Wiersze wybrane”, Czytelnik, Warszawa 1978, s. 126.

*Włodzimierz Paszyński – wiceprezydent Warszawy odpowiedzialny za edukację, pedagog, polonista, były kurator warszawski

Od redakcji: powyższy tekst pochodzi z najnowszego numeru Instytutu Idei, zatytułowanego „Alfabet nowej edukacji”.