Newsletter

Opór i projekt

Paweł Kubicki, 20.09.2011
Debata publiczna ostatnimi laty była nader skoncentrowana na abstrakcyjnych i symbolicznych konfliktach. Teraz czas na kwestie miejskie

Od pewnego czasu możemy obserwować w Polsce dynamiczny rozwój ruchów miejskich, które zaczynają przybierać coraz bardziej zinstytucjonalizowany charakter i wykraczać poza wąskie, lokalne problemy. Przyczyn rozkwitu ruchów miejskich można wskazać wiele, jednak trzy z nich wydają się być kluczowe.

Po pierwsze, dominacja wolnego rynku w zglobalizowanym świecie sprawiła, iż istotne stało się pytanie: kto posiada prawo do miasta? Czy jego obywatele, czy globalny, anonimowy kapitał?

Po drugie, w społecznościach lokalnych nawarstwiają się całkiem konkretne, a nie abstrakcyjne i symboliczne, problemy do rozwiązania.

I po trzecie wreszcie, w polskich miastach zaczęło się rozwijać tzw. nowe mieszczaństwo, silnie identyfikujące się ze swoimi miastami, angażujące się w oddolną, obywatelską działalność w społecznościach lokalnych.

Pisząc o ruchach miejskich należy mieć jednak świadomość, że to mocno zróżnicowane zjawisko. Warto więc odnieść się tu do klasyka problemu, Manuela Castellsa, który podzielił ruchy na trzy typy: legitymizacji, projektu i oporu.

W Polsce długo dominowały ruchy legitymizacji, dążące do utrzymania status quo. W rzeczywistości są to sformalizowane organizacje NGO, silnie uzależnione od donatorów, często traktowane przez lokalne władze jako swoisty outsourcing względem istniejących biur promocji miasta. Ich działalność ogranicza się do sfer relatywnie bezpiecznych: sztuki, kultury czy edukacji. Nie podnoszą drażliwych kwestii społecznych i politycznych.

To przede wszystkim te organizacje, z uwagi na posiadanie formalnych struktur i otrzymywanie regularnych grantów, są w pierwszej kolejności wychwytywane w badaniach mierzących jakość społeczeństwa obywatelskiego. Są też użyteczne dla lokalnych władz i żyją z nimi w pełnej symbiozie. Trudno je jednak definiować jako obywatelskie ruchy miejskie, mimo, że same najczęściej się tak opisują.

Prawdziwe ruchy miejskie, które rozwijają się w naszych miastach, odnoszą się do dwóch kolejnych typów: projektu i oporu.

Ruchy oporu wywodzą się z niezgody na pauperyzację i wykluczenie słabszych w wolnorynkowej rzeczywistości. Dominacja dogmatycznej polityki neoliberalnej sprawiła, że nasze miasta coraz bardziej odpowiadają metaforze „dżungli miejskiej” i to w podwójnym sensie.

Miasta przypominają dziś prawdziwą dżunglę, z uwagi na kompletny chaos urbanistyczny, będący efektem dynamicznego rozwoju, przy braku jakichkolwiek spójnych i długoterminowych polityk rozwojowych. Ponadto, tak jak w prawdziwej dżungli, w polskich miastach wygrywał zawsze silniejszy (inwestor, deweloper), kosztem dobra wspólnego. Taki kontekst siłą rzeczy stymulował rozwój miejskich ruchów oporu.

Niemal w każdym większym mieście powstały dziesiątki takich ruchów. Niektórym z nich przyświecał szlachetny cel pro publico bono, innym egoistyczne i partykularne interesy, najczęściej wynikające z efektu NIMBY (Not In My Back Yard) – przerzucania problemów na podwórko sąsiadów.

Ruchy projektu natomiast koncentrują się na konstruowaniu nowych tożsamości i alternatywnych polityk miejskich. Ich dynamiczny rozwój możliwy był głównie dzięki sile Internetu: portali społecznościowych i branżowych oraz specjalistycznych grup dyskusyjnych. Najbardziej spektakularnym przykładem takiego ruchu jest Forum Polskich Wieżowców, które stało się prawdziwą agorą dla tysięcy internautów, zaangażowanych w kwestie miejskie.

Dziś, w przypadku polskich ruchów miejskich, oba typy: oporu i projektu zaczynają się na siebie nakładać. Ruchy te nabierają nowej dynamiki. Kamieniem milowym na tej drodze był czerwcowy Kongres Ruchów Miejskich w Poznaniu, gdzie spotkało się prawie 50 organizacji miejskich z kilkudziesięciu miast. Jednym z wymiernych efektów Kongresu było powołanie Miejskiego Skanera Wyborczego, mającego na celu wprowadzenie do debaty wyborczej kwestii miejskich, w szczególności trzech głównych tez: demokracji miejskiej, ładu przestrzennego i rewitalizacji miast.

W najbliższych latach kwestia miejska siłą rzeczy stawać się będzie istotnym punktem publicznej debaty. Ta ostatnio zbyt koncentrowała się na abstrakcyjnych i symbolicznych konfliktach. Zupełnie pomijano realne problemy, wynikające z aspołecznego i chaotycznego rozwoju polskich miast, czego skutkiem są rosnące frustracje tych, którzy sukcesywnie pozbawiani są prawa do miasta.

Od niedawna w europejskiej debacie karierę robi pojęcie prekariatu, opisujące coraz liczniejsze grupy zatrudnione na tzw. umowach śmieciowych. W konsekwencji prowadzi to do wykluczenia z pełnego uczestnictwa w życiu społecznym i kulturalnym oraz permanentną niepewność co do przyszłości. Co jednak charakterystyczne, „prekariuszami” nie są już tylko i wyłącznie kiepsko wykształceni mieszkańcy głębokich peryferii, ale coraz częściej młodzi, dobrze wykształceni mieszkańcy wielkich miast.

Prekariat rozwijał się w Europie w cieniu rosnących słupków PKB i póki te słupki rosły, pozostawał niewidoczny. Kiedy jednak słupki PKB zaczęły pikować w dół, wyłoniła się bolesna prawda, że u podstaw dzisiejszych społeczeństw europejskich nie stoi już klasa średnia, ale właśnie prekariat.

Na krótką metę problem prekariatu można zepchnąć w cień, debatując o tym, która z partii ma ładniejsze kandydatki na listach wyborczych i który spot łatwiej wpada w oko. W polskich miastach kumuluje się jednak coraz więcej problemów, z którymi same sobie nie poradzą. Im dłużej będą odwlekane, tym gwałtowniej dadzą o sobie znać w przyszłości.