Newsletter

Unia Europejska nie będzie już taka sama

Konrad Niklewicz, 24.06.2016
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to efekt społecznych frustracji o materialnym podłożu. Konsekwencje decyzji podjętej w emocjach mogą być jednak bardzo negatywne. I poniesiemy je także my

Wiele ocen Karola Marks było błędnych, ale ta jedna znów potwierdza swoją prawdziwość: byt określa świadomość. Decyzja podjęta w brytyjskim referendum to najnowszy i najbardziej spektakularny efekt materialnych frustracji, przeżywanych przez dziesiątki, jeśli nie setki milionów Europejczyków.

Fotografia: Ungry Young Man/flickr.com, CC BY 2.0

Jak kontynent długi i szeroki masy ludzi są do szpiku kości przerażone tym, że ich standard życia może się obniżyć. Gorzej: że nie będą w stanie zapewnić lepszej przyszłości swoim dzieciom. Kryzys gospodarczy z ostatnich lat tylko przyspieszył ten proces – Europa nagle zobaczyła, że może przegrać gospodarczo i nie być w stanie utrzymać swojego modelu życia.

Kryzys migracyjny był tylko kroplą, która przelała już wypełnioną czarę. Pamiętajmy, że w poprzednich dekadach – gdy w opinii publicznej dominował materialny optymizm – migranci przeszkadzali znacznie mniej. A przecież też napływali do Europy. Zwłaszcza do Wielkiej Brytanii.

Dostępne wyniki potwierdzają to, o czym już wielokrotnie mówiono. Za wyjściem Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej głosowała angielska prowincja, osoby starsze, słabiej wykształcone, mniej zarabiające, gorzej odnajdujące się w coraz trudniejszej rzeczywistości.

Za pozostaniem opowiedziały się osoby lepiej wykształcone i zarabiające więcej. Opcję „remain” na karcie zaznaczył Londyn. Tym razem jednak „City” nie zdołało przegłosować milionów wściekłych na elity. Na tym właśnie polega demokracja – i trzeba ten wynik uszanować. Strona przegrana, zwolennicy pozostania Wielkiej Brytanii w Unii, może teraz zadawać sobie pytania, co zrobiła źle, dlaczego nie zdołała zdobyć większości dla swoich idei.

Trudno dziś próbować przewidzieć wszystkie konsekwencje, jakie pociągnie za sobą Brexit. Populiści z innych krajów Unii (Marine Le Pen we Francji, Geert Wilders w Holandii) już domagają się podobnych referendów u siebie. Pytanie, czy także Francuzi i Holendrzy będą chcieli ich posłuchać. Być może jednak wyborcy na kontynencie zaufają (w swej większości) tym politykom, którzy mówią, że Unia bardziej rozwiązuje wspólne problemy – będące konsekwencją globalizacji – niż je wywołuje.

Może się okazać, że Brexit wywoła lawinę zmian w konstrukcji Wspólnoty Europejskiej. Już wiadomo, że w najbliższych dniach spotkają się przywódcy sześciu państw unijnych, które 60 lat temu wspólnotę zakładały. Wszystkie te państwa dziś należą do strefy euro. Niewykluczone, że dyskutowana będzie koncepcja pragmatycznego (nie opartego o żadne fantazje „europaństwa”!) pogłębienia integracji, przede wszystkim integracji gospodarczej, właśnie w gronie strefy euro.

Jednym z elementów tej pragmatycznej, gospodarczej integracji mogłoby być ustanowienie odrębnego budżetu dla strefy euro i mechanizmów zabezpieczających (antykryzysowych) – również tylko dla strefy euro. Co to oznacza dla państw, które w strefie euro nie są – tłumaczyć nie trzeba. Dla Polski byłby to bardzo groźny scenariusz. W perspektywie kilku lat możemy znaleźć się – trochę wbrew własnej woli – w Unii drugiej kategorii.

Kolejną polityczną konsekwencją czwartkowego referendum może być… rozpad Zjednoczonego Królestwa. Wyniki plebiscytu pokazały, że Szkocja opowiedziała się zdecydowanie za pozostaniem w Unii Europejskiej. Politycy szkockiej partii SNP (która rządzi na szczeblu samorządów szkockich oraz w szkockim parlamencie) już mówią o możliwości kolejnego referendum w sprawie ewentualnej niepodległości tej części Zjednoczonego Królestwa. Gdyby do niej doszło, sam proces przyjmowania Szkocji do Unii mógłby ustanowić nowy rekord najkrótszych negocjacji akcesyjnych…

To wszystko jednak przed nami. Dziś przede wszystkim konieczny jest spokój. Pozostałe 27 państw Unii Europejskiej powinno w zorganizowany i przemyślany sposób przygotować procedurę rozwodu z Wielką Brytanią. Trzeba uszanować wybór większości uczestników czwartkowego referendum. Decyzję podjęli w demokratyczny sposób. Zarazem jednak, zachowując szacunek, pozostałe 27 krajów Unii powinno skoncentrować się na własnym interesie.

Wchodzimy w etap rozwodu, obecnie należy myśleć wyłącznie o tym, jak to rozstanie przeprowadzić, ponosząc jak najmniejsze straty. Jeśli interes „27” będzie oznaczał stratę dla Brytyjczyków – trudno, niech płacą. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker i wielu europejskich polityków z niemieckim ministrem finansów Wolfgangiem Schäuble uczciwie ostrzegali – „out is out”. Można to swobodnie przetłumaczyć na „jeśli wychodzicie, to na dobre”.

Unia Europejska w najlepszym wypadku powinna zaoferować Wielkiej Brytanii to, co daje Norwegii: dostęp do wspólnego rynku w zamian za wysoką, coroczną opłatę (ok. 80-90 proc. tego, co dziś Wielka Brytania wpłaca do budżetu UE), obowiązek (tak, obowiązek!) udziału w swobodnym przepływie osób przy jednoczesnym zerowym wpływie na podejmowane decyzje. Norwegia nie ma nic do powiedzenia w sprawie nowych dyrektyw, musi je przyjmować, jeśli nadal chce mieć dostęp do wspólnego rynku.

Duży kłopot ma też obecny rząd Polski. Jak wynika choćby z przedstawionej w Sejmie koncepcji polityki zagranicznej rządu PiS-u, Wielka Brytania miała być najważniejszym polskim partnerem w Unii Europejskiej. Teraz ten „partner” z Unii wychodzi, a Polska zostaje sama.

*dr Konrad Niklewicz – zastępca dyrektora Instytutu Obywatelskiego