Newsletter

Patrzą wstecz, idą naprzód

Tadeusz Sławek, 20.05.2016
Młodzi skręcili w prawo. To, że świat, w który wkraczają, wydaje im się przestarzały, nie dla nich, jest normalne. Dziwne, że owej przestarzałości świata przeciwstawiają wzorce ze świata jeszcze starszego

Gdy bieg wydarzeń przynosi dramatyczne i nieoczekiwane – a zdaniem wielu niepożądane – zmiany, tworząc sytuacje, które łatwo przedstawić jako rzeczywiste lub domniemane zagrożenie, wzmagają się tendencje do poszukiwania jednoznacznych rozwiązań.

Fotografia: Maciej Zygmunt/flickr.com, CC BY-NC 2.0.

Im bardziej świat staje się wielobarwny, tym bardziej jest to postrzegane jako groźny chaos i tym większe prawdopodobieństwo pojawienia się ruchów na rzecz jego jednobarwności.

Skłonności te są obecne zawsze, ale szybko zyskują zwolenników w otoczeniu noszącym znamiona kryzysu i jako kryzys odbieranym. Im więcej nieznanych elementów w grze społecznej i politycznej rzeczywistości, tym silniejsza chęć przewrócenia stolika z rozstawionymi figurami. Faszyzujące i skrajnie prawicowe ruchy są więc wynikiem postawy, wyznaczonej usilnym dążeniem do uczynienia świata nie tyle „prostym”, co prostacko uproszczonym.

Tego rodzaju obskurantyzm z inteligentną przebiegłością podsycają i wykorzystują politycy. „Polska dla Polaków”, „Precz z islamem” to zawołania głupie, ale chwytliwe. W swej prostackiej wymowie niedopuszczalnie redukują zawiłości sytuacji do obraźliwie prostej formuły. Jedno „Precz!” uzdrowi wszystko, zaś pozostawienie Polski Polakom (to znaczy komu?) automatycznie uczyni z niej krainę bezpieczną i szczęśliwą.

Sprzyjają owym prostackim uproszczeniom narastające od lat zaburzenia w zakresie naszych relacji z tak podstawowymi pojęciami jak czas, tradycja, język, bezpieczeństwo, jednostkowa i zbiorowa tożsamość, edukacja. Czas i związana z nim nierozerwalnie tradycja stanowią temat szczególnie wrażliwy. Nie mogąc poświęcić mu w tym miejscu należnej uwagi, powiedzmy tylko tyle: spojrzenie mające kreować naszą wspólną przyszłość zwrócone jest w przeszłość.

Polityka historyczna uprawiana przez obecny rząd (patrz posunięte do absurdu, a często nadwyrężające granice dobrego smaku, ceremonie rekonstrukcji wydarzeń z przeszłości uznanych za modelowe) mogłaby stanowić znakomitą ilustrację sytuacji Anioła Historii namalowanego przez Paula Klee i mistrzowsko zinterpretowanego przez Waltera Benjamina.

Najkrócej rzecz ujmując: wiatr gna Anioła Historii przed siebie, w przyszłość, a powiew ów jest tak potężny, że Anioł nie może się zatrzymać i obrócić, by zwrócić twarz w stronę przyszłości. Ta ślepota na to, co ma nadejść powoduje, że historia jest powielaniem tych samych niszczących błędów. Kto idzie w przyszłość zwrócony do niej plecami, ten opowiada się po stronie historii jako piętrzących się ruin.

Paul Klee, Angelus Novus, The Israel Museum, Jerusalem, CC BY-SA 3.0

Paul Klee, Angelus Novus, The Israel Museum, Jerusalem, CC BY-SA 3.0

Poszukiwanie scenariusza dla przyszłości w gotowych i wielokrotnie odegranych, często z fatalnym skutkiem, wydarzeniach minionego czasu ożywia widma, które nie będzie łatwo kontrolować i które upomną się wcześniej czy później o prawo do naszego życia. Powinniśmy zatem serio przejąć się przestrogą Timothy’ego Snydera: „Przeraża mnie, że ludzie nie chcą myśleć, jak to było w latach 30. XX wieku. Przecież to były straszne czasy dla wszystkich (…). Nie pojmuję, jak można traktować czasy międzywojnia jak przedmiot nostalgii, a tak je traktują nacjonalistyczne populizmy” (1).

Za Hannah Arendt powiedzielibyśmy także, że wzorce dzisiejszej prawicy zostały zaczerpnięte z „wielkiej wyprzedaży wartości” (2), jaka nastąpiła w Europie w latach 30. i 40. ubiegłego stulecia.

Gdy przymiotnik „narodowy” doczepiany jest dzisiaj jako swoiste imprimatur usprawiedliwiające każde możliwe działanie, trzeba przypomnieć niedouczonym uczestnikom przemarszów z pochodniami słowa Denisa de Rougemonta, jednego z ojców duchowych Europy, wyznaczające misję nauczycieli europejskich, o ile Europa ma pozostać domeną pokoju:

„O wszechpotężni nauczyciele szkół ponadpodstawowych! Wykazując to swoim uczniom niezmordowanie i przy każdej okazji, będziecie nie tylko – po stuleciu nacjonalistycznego fałszowania perspektyw – uprawiali uczciwą historię; będziecie także budowali w młodych umysłach Europy, wskazując podstawową jedność – fundament związku, który należy stworzyć” (3).

Zaburzone zostało także funkcjonowanie słów w sferze publicznej. Proces ten dokonujący się od dłuższego czasu można opisać jako uwalnianie języka od odpowiedzialności. To, co nas łączy w szczególnym rodzaju karykaturalnej demokracji, to poczucie władania językiem nie dla celów porozumienia, lecz jako środkiem skutecznie porozumieniu zapobiegającym.

W życiu prywatnym rozmowa zmieniła się w gadaninę. Na scenie politycznej, zabetonowanej partyjnymi ideologiami, zwykła inwektywa zajęła miejsce poważnej dyskusji.

W obu przypadkach słowa traktowane są tak, jakby ich znaczenie znajdowało się wyłącznie w mojej dyspozycji. Jakbym miał prawo wyłączności do jego używania i właściwego rozumienia, co oznacza, że adresat słowa nie ma do niego żadnych praw. Musi przyjąć dyktat mówcy.

Obowiązują tu dwie zasady: bezduszności i bezmyślności.

Pierwsza zakłada radykalne ograniczenie wrażliwości u adresata, dopuszczając ją wyłącznie po stronie mówcy. Wobec innego kieruję słowa brutalne, często skrajnie okrutne. Jednocześnie nie toleruję najskromniejszych krytycznych aluzji do mojej własnej sytuacji.

Polityk może bezczelnie ogłosić publicznie, że uchodźcy roznoszą choroby zakaźne i pasożyty. Ale jednocześnie podniesie ogólnonarodowy lament po, jego zdaniem, niedostatecznie solennej i martyrologicznej wzmiance o katastrofie smoleńskiej.

Słuszna i dopuszczalna jest jedynie wrażliwość „nasza”. Wrażliwość adwersarza natomiast jest wrażliwością udawaną, pozorną. Dlatego należy go potraktować jako przeciwnika i zniszczyć z całą bezwzględnością. Słowem lub kijem bejsbolowym – bez różnicy. Zatarcie tej granicy otwiera drogę wszelkim przejawom radykalnych i fundamentalistycznych zachowań.

Bezmyślność natomiast dostarcza gotowego zestawu pojęć i definicji wyłączonych z dyskusji i niepodlegających interpretacjom. Nie pytamy (a zdecydowanie powinniśmy), co oznacza dzisiaj słowo „naród”. Natomiast bez wahania wykluczamy z niego tych wszystkich, z którymi nam nie po drodze (np. zarzucając im „targowicę” lub genetyczne związki z funkcjonariuszami totalitarnych reżimów).

Bezduszność i bezmyślność otwiera drogę przemocy i marszom w rodzaju tego, który niedawno odbył się w Białymstoku z finałem w tamtejszej katedrze (!).

Taki marsz, podobnie jak inne tego typu manifestacje, jest niebezpieczny. Nie tylko dlatego, że rodzi go pogląd, wedle którego w świecie rozpędzonych zmian gotowe wzorce zaczerpnięte z przeszłości stanowią ofertę bezpieczeństwa i stabilności. Obietnica stworzenia enklaw bezpieczeństwa – całkowicie odrębnych i zdystansowanych wobec reszty globu – jest z gruntu fałszywa. Operuje bowiem propozycjami odnoszącymi się do innego świata.

„Polska dla Polaków” w epoce masowych przepływów ludzi (ponad 700 tysięcy Polaków w Wielkiej Brytanii!) brzmi już tylko groteskowo i ośmiesza swoich propagatorów. Ale białostocki marsz świadczy również o braku smaku. Odgrywa role i obnosi uniformy źle zapisane i źle kojarzące się w dziejach najnowszych.

Kicz polityczny splata się z kiczem estetycznym. W tym sensie marsz ów jest niesmaczny: odsłania zachowania i ujawnia rozstrzygnięcia o świecie, który nie ma już być światem wspólnym, dzielonym z innymi. Przeciwnie – ma być światem wyłącznie „naszym”, noszącym nasze barwy i stroje organizacyjne.

Tego rodzaju zachowania nie biorą się znikąd. Tam, gdzie edukacja sprowadza się w istocie do instruktażu w zakresie umiejętności zawodowych, gdzie specjalizacji wymaga się od ucznia pierwszej klasy licealnej, gdzie kształcenie poddaje się bez reszty fundamentalizmowi rynku, tam nie będzie miejsca na bezinteresowne spojrzenie i namysł.

Tak właśnie powstaje sprzyjający klimat do tego, aby w razie najmniejszego nawet kryzysu rozkwitł polityczny i estetyczny kicz o groźnych konsekwencjach. Już Schiller w niezrównanych „Listach o estetycznym wychowaniu człowieka” dopatrywał się ścisłego związku między estetyką a jakością życia publicznego.

Pamiętajmy też o napomnieniu Hannah Arendt: „Smak jako aktywność prawdziwie »uprawianego« umysłu pojawia się tylko tam, gdzie już wcześniej istnieje szeroko rozpowszechniona świadomość jakości estetycznych…” (4).

Gdy edukacja pozbawia młodych prawa do niezależnego namysłu nad rzeczywistością, gdy wpycha ich na siłę w grę rynkowej koniunktury, czyni ich bezradnymi na partyjne machinacje, dla których świat jest grą ideologicznych racji z jasno podzielonymi rolami „dobrych” i „złych”. Tych, co „za” i tych, co „przeciw”.

Obowiązek myślenia zastąpiła pokusa łatwego i niewymagającego wysiłku dołączenia do grupy. Już wiele lat temu Simone Weil ostrzegała przed światem partyjnych lojalności, w którym „nawet w szkole nie umiemy już inaczej pobudzać myślenia dzieci, jak każąc im być za lub przeciw”, w następstwie czego „myśl nie kieruje się już bezwarunkowym i nieokreślonym pragnieniem prawdy, lecz pragnieniem akceptacji nauki już opracowanej” (5).

Młodzi „skręcili” w prawo. To, że świat, w który wkraczają, wydaje im się przestarzały, a więc w pewnym sensie „nie dla nich”, jest normalne. Osobliwe natomiast jest to, że owej przestarzałości świata przeciwstawia się wzorce ze świata jeszcze starszego.

Można zrozumieć, że młodzi nie chcieli żyć w rzeczywistości bezideowej, gdzie wartością wyznaczającą kierunek polityki była nieszczęsna „ciepła woda w kranie”. Nie można jednak nie spostrzec, jak groźne dla przyszłości jest to, że młodzi uznali, że wystarczy „zawrócić” i wszystko będzie dobrze.

Zamiast stawić czoła wyzwaniom „nowego” świata, bezpiecznie zawrócili do świata „starego”, nie zadając pytań o sensowność jego kategorii. To wyjście pozorne, bowiem jak uczy Hannah Arendt „nigdzie w nowożytnym świecie, gdzie pojawił się kryzys, nie da się po prostu iść dalej lub zawrócić” (6).

(1) „Gazeta Wyborcza”, 14-15 maja 2016 r.
(2) Przeł. M. Godyń i W. Madej.
(3) Przeł. A. Olędzka-Frybesowa.
(4) Przeł. M. Godyń i W. Madej.
(5) Przeł. M. i J. Plecińscy.
(6) Przeł. M. Godyń i W. Madej.

*prof. Tadeusz Sławek – filozof, literaturoznawca