Newsletter

Turecki bazar w Brukseli

Bogdan Góralczyk, 09.03.2016
Porozumienie z Turcją w kwestii migrantów, choć dalekie od doskonałości, mimo wszystko wydaje się krokiem we właściwym kierunku

Unia Europejska drży w posadach. W przeciwieństwie do USA nie wyszła jeszcze z głębokiego kryzysu gospodarczego po 2008 r., a już w dwóch minionych latach wpadła w kolejną pułapkę – zapłonęły jej granice. Najpierw na Ukrainie pojawił się kryzys bezpieczeństwa, a wiosną 2015 roku masowo przyszli migranci.

Tak oto na kryzys wewnętrzny nałożył się kryzys zewnętrzny. Szczególnie na ten drugi nie byliśmy w żadnej mierze przygotowani. Dotychczas my, członkowie UE, żyliśmy jak pączki w maśle. Zakładaliśmy, że zewnętrzne granice mamy spokojne i nic nam z zewnątrz nie zagraża. Myliliśmy się. Wykazaliśmy się też brakiem wyobraźni, bo przecież konflikty na Bliskim Wschodzie trwały. Przyzwyczailiśmy się jednak do tego, że się nie rozprzestrzeniają. Libia, Syria czy Irak wydawały się leżeć gdzieś daleko.

Dwie wizje

Dopiero organizacja terrorystyczna zwana państwem islamskim (Daesz) uświadomiła nam, jak jest groźnie. Cios na Europę spadł wiosną i latem 2015 roku. Natychmiast okazało się, że nasza unijna wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa to tylko deklaracje na papierze. Podobnie jak kiedyś w przypadku wojen na terenach byłej Jugosławii wyszło na jaw, że nie jesteśmy zdolni do własnej obrony. Wtedy w sukurs przyszło NATO. Kto ma przyjść dzisiaj?

Kryzys uchodźczy, choć w gruncie rzeczy chodzi o masową i bezprecedensową migrację, nie tylko podważył nasze poczucie bezpieczeństwa, ale też jedną z podstawowych zasad, na których UE zbudowano: solidarności. Owszem, kanclerz Angela Merkel wystąpiła z Willkommen Politik, ale już wcześniej jeden z przywódców unijnych, Viktor Orbán, zaczął budować mury i zasieki. Polaryzacja zaznaczyła się mocno.

Dziś już wiemy, co z bólem i samokrytycznie trzeba przyznać, że to premier Węgier znalazł w UE więcej zwolenników i popleczników niż kanclerz Niemiec. Co chwila mamy przykłady – ostatni spektakularny zdarzył się na Słowacji – że do głosu dochodzą ugrupowania i poglądy budowane na opozycji do „obcego”. Zyskują partie nacjonalistyczne, skrajne, ksenofobiczne, nawet rasistowskie. Tymczasem zwolennicy tolerancji i otwartości znajdują się w defensywie, jeśli nie całkowitym odwrocie.

Stąd wniosek twardy i nieubłagany: postępujący, masowy napływ migrantów podważa spójność Schengen, a nawet całej UE. Destabilizuje Europę, ku uciesze jej przeciwników. W dalszej perspektywie zaś grozi coraz większym zwrotem politycznym na prawo i budową wzajemnie odizolowanych od siebie osiedli, w oficjalnej terminologii zwanych „suwerennymi państwami”, miast opartego na solidarności, empatii i współpracy organizmu, jaki wymarzyli sobie kiedyś ojcowie założyciele procesu europejskiej integracji.

Oni idą, my się kłócimy

Wiemy skąd się wzięła druga, obok śródziemnomorskiej (Lampedusa), tzw. bałkańska ścieżka migracyjna: z Turcji. Ten rządzony coraz bardziej autokratycznie kraj z jakichś względów uwolnił granice. Tamy puściły, a w kierunku Europy, najpierw pobliskich greckich wysp, ruszyły pontony zakupione na bazarach w Izmirze i innych nadmorskich tureckich miejscowościach. Dlaczego można je tam nabyć bez żadnego problemu, obok kamizelek ratunkowych? Dlaczego władze nie zapobiegły organizowaniu się gangów, wysyłających ludzi w morze? To są wszystko pytania otwarte, oparte jednak na twardych faktach i obserwacjach.

Już wiele miesięcy temu, niemal od samego początku migracyjnego kryzysu, było jasne, co należy zrobić: wyciszyć bezpośrednie źródła tej nowej wędrówki ludów, począwszy od krwawej wojny domowej w Syrii. Ale też pójść na współpracę i udzielać pomocy tym państwom, które przyjęły do siebie najwięcej migrantów (obok Turcji są to jeszcze Liban i Jordania).

Bezwładnej, opieszałej, przywykłej do gadania, a nawet kłótni UE trzeba było kilka kolejnych nadzwyczajnych szczytów, by wreszcie się przełamać. I porozumieć, jak na marcowym szczycie z Turcją (2016). To dalekie od doskonałości porozumienie, słusznie i złośliwie porównane przez niechętną prasę grecką do „tureckiego bazaru”, z absmakiem, a nawet oburzeniem przyjęte przez obrońców praw człowieka i wiele organizacji zajmujących się uchodźcami, począwszy od UNHCR, wydaje się być jednak krokiem we właściwym kierunku. Tym bardziej, że nakłada się na wątły i płytki, ale jednak ostatnio przestrzegany rozejm na terenie Syrii.

Trudno wierzyć, że ten ostatni na długo się utrzyma, przy tak dużym zderzeniu odmiennych interesów zaangażowanych tam sił. Podobnie szczegóły porozumienia z Turcją mają być jeszcze dopracowywane w drugiej rundzie zaplanowanej na 17-18 marca 2016 r. Nic na razie nie jest pewne, choć – wreszcie – zaczęło iść w dobrym kierunku. Dlatego na tym etapie wypowiedź przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, zgodnie z którą „dni nielegalnej migracji dobiegły końca”, należy uznać bardziej jako zaklęcie, niż samospełniającą się przepowiednię.

Turecki gambit

Daleko więcej przed nami niż za nami. Mina tureckiego premiera, a wcześniej długoletniego ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoğlu, jednoznacznie świadczyła, że wraca on do „sułtana” w Ankarze, prezydenta Recepa Tayyipa Erodğana, ze znakomitymi wieściami. Przedstawił, jak sam podkreślał, przywódcom UE cały „pakiet”, w tym podwojoną – z 3 do 6 mld euro – sumę pomocy dla Turcji, wymóg liberalizacji unijnego reżimu wizowego dla obywateli tureckich, jak też obietnice przyspieszenia procesu negocjacyjnego na rzecz wstąpienia tego kraju do UE.

To, najogólniej biorąc, są koszty, jakie unijna strona musi ponieść. Zyskiem jest ustalenie dotyczące zawracania łodzi z Morza Egejskiego, a także odsyłania do Turcji uchodźców już znajdujących się na terenie państw UE (w tej chwili chodzi głównie o Grecję). Natomiast wymianę jeden na jeden, czyli odsyłanie osób niechcianych w zamian za Syryjczyków znajdujących się w obozach na terenie Turcji, otwarcie zawetował premier Orbán. Węgierski przywódca dzięki temu nadal cieszy się sporym poklaskiem nie tylko u siebie w kraju, ale także u nas, o czym świadczą entuzjastyczne reakcje internautów na polskich portalach.

Innymi słowy, używając wymierzonej w migrantów i uchodźców retoryki można sporo na własnej scenie ugrać. Żadne porozumienie z Turcją, nawet gdyby okazało się trwałe i efektywne, szybko tej tendencji, niestety, nie odwróci. Jak wspomniałem, głęboko zachwiało się poczucie naszego bezpieczeństwa. Najbardziej martwi to, iż ten proces jest szczególnie wyraźnie widoczny w państwach Grupy Wyszehradzkiej, już obecnie w prasie niemieckiej sygnowanej mianem „grupy renegatów”.

Wielka stawka

Stawką tej gry jest jedność Europy i przyszłość procesu integracyjnego. Gra jest trudna, długa i niepewna co do ostatecznego wyniku, bowiem kryzys migracyjny ma znamiona strukturalne. Oznacza to, że jest głęboki, trwały i osadzony na silnym podłożu: bogata, stabilna (dotąd) i spokojna Europa kusi – i kusić będzie. Mając za partnerów graczy tak wytrawnych jak „sułtan” Erdoğan, za rywali polityków tak cynicznych jak prezydent Władimir Putin, a za wrogów złowieszczy Daesz i szeroko rozumianą niestabilność na granicach, UE potrzebuje silnego przywództwa.

W tym kontekście nie ma żadnej wątpliwości, że to wielki sprawdzian przewodniczącego Donalda Tuska, który tuż przed szczytem w Brukseli antyszambrował na salonach w Atenach i w Ankarze. Wyraźnie też wyrwał się, o czym świadczą jego wypowiedzi, spod kurateli najsilniejszego europejskiego przywódcy, pani kanclerz Merkel, co mu dotychczas zarzucano.

Wiadomo, o co Donald Tusk gra – drugą kadencję. Musi być zaangażowany, co samo w sobie jest pozytywne. Ponadto jako człowiek z naszego regionu, gdzie niechęć do migracji błyskawicznie rośnie, choć ona jak dotąd bezpośrednio nam nie zagraża, lepiej rozumie wyzwania wiążące się z tym fenomenem. Jeśli nie zahamujemy migracji, wszyscy przegramy.

Jest to jednak tytaniczne zadanie. Na pewno nie może być złożone wyłącznie na barki jednego lidera. Kluczowe pytanie brzmi: czy nasi unijni przywódcy potrafią dojść pomiędzy sobą do porozumienia? Od tego zależą przyszłe losy, jak też rola UE na scenie globalnej.

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador