Newsletter

Europejczyk z Łodzi

Elżbieta Sawicka, 04.03.2016
Karl Dedecius wzbudził w Niemczech trwające do dziś zainteresowanie polską literaturą

Odejście Karla Dedeciusa – zmarł 27 lutego 2016 roku we Frankfurcie nad Menem w wieku 94 lat – wiele środowisk w naszym kraju przyjęło z ogromnym żalem. Straciliśmy nie tylko jednego z najwybitniejszych tłumaczy naszej literatury i propagatora kultury polskiej w Niemczech. Straciliśmy także niezastąpionego rzecznika pojednania między naszymi narodami. Prawdziwego Europejczyka, który wzywał do europejskiej solidarności. A także, co ważne, rzecznika wielokulturowości.

Ul. Wólczańska 146, tu urodził się Karl Dedecius. Źródło: Wacław Kamiński/Cyfrowe Archiwum Łodzian Miastograf, zdjęcie zmodyfikowane, CC-BY-NC-SA.

Nazywano go genialnym budowniczym mostów między Polakami i Niemcami, ambasadorem literatury polskiej w Niemczech, Karolem Wielkim i czarodziejem z Darmstadt. Władysław Bartoszewski twierdził, że gdyby Karl Dedecius nie istniał, należałoby go wymyślić.

Swoją napisaną dziesięć lat temu autobiografię zatytułował „Europejczyk z Łodzi”. Bo właśnie w Łodzi wszystko się zaczęło: tu się urodził 20 maja 1921 roku w rodzinie spolonizowanych Niemców. Ukończył polską szkołę – renomowane liceum im. Stefana Żeromskiego, gdzie zachłysnął się polską literaturą.

Ale nie tylko szkoła odpowiada za jego późniejsze fascynacje. „Na początku lat trzydziestych, gdy miałem dziesięć, może jedenaście lat, wydano dzieła Mickiewicza w jednym tomie – chyba dwa tysiące stron – na jedwabnym papierze…” – opowiadał w wywiadzie Pawłowi Tomczykowi. „Rodzice mi to kupili. I to w zasadzie była moja pierwsza książka własna, która ustawiła mnie na całe życie. To, że dzisiaj jestem tym, kim jestem, zawdzięczam chyba w dużej mierze Mickiewiczowi”.

Skłonność do idealizmu zawdzięczał polskim romantykom, pociąg do satyry i życiowy optymizm – swojemu wielkiemu krajanowi, Julianowi Tuwimowi.

Łódzka mieszanka kultur i języków

Z sentymentem wspominał szkolnych kolegów i park Poniatowskiego – miejsce wagarów i pierwszych randek dziewczętami z niemieckiego gimnazjum (jedna z nich została później jego żoną).

Od dzieciństwa słyszał wokół wiele języków. Jego ojciec, syn Czeszki, pochodził z Sudetów, matka ze Szwabii, oboje uczęszczali w Łodzi do rosyjskich szkół. Z matką rozmawiał po niemiecku, z ojcem w trzech językach.

„Trudno się zatem dziwić – wspominał – iż wyrosłem w atmosferze absolutnej tolerancji. Decydował charakter człowieka, mniej religia, przynależność partyjna czy narodowa”.

W jego klasie obok piętnastu Polaków było siedmiu Żydów, pięciu Niemców, jeden Francuz, Szwajcar i „biały” Rosjanin. Ta łódzka mieszanka wywarła na życie przyszłego tłumacza ogromny wpływ.

„Myślę, że wychowywanie w obrębie jednej kultury ogromnie zubaża, zawęża horyzont, powoduje zaściankowość – powiedział kiedyś Marii Ziemianin w wywiadzie dla »Rzeczpospolitej«. – W konsekwencji prowadzi do konfliktów, nawet wojen. Dwukulturowość – przeciwnie. Odzwierciedla się poszerzeniem pola widzenia, zainteresowań, tolerancją. Powoduje, że wyrasta się na europejczyka, nie zaś na nacjonalistę”.

Był przekonany, że wielokulturowość jest cenną wartością, wzbogacającą rozwój społeczeństw. Przywoływał przykład renesansowego Krakowa, który przyciągał tak wielkie postaci jak Wit Stwosz, Hans Dürer czy włoski humanista Kallimach: „To był piękny okres Europy, o jakiej teraz marzymy”.

Nie skończył żadnych studiów. Za całe wykształcenie, jak żartował, musiała mu starczyć łódzka matura („Potem dostawałem już tylko doktoraty honoris causa. Za to aż siedem i dwie profesury uniwersyteckie”).

Swej burzliwej biografii nigdy nie zatajał. Otwarcie opowiadał o swoich losach podczas II wojny światowej. W 1939 roku świeżo upieczony maturzysta najpierw kopał rowy przeciwczołgowe w polskich hufcach pracy, a po wybuchu wojny, kiedy dekretem Hitlera Łódź została wcielona do Reichu, jako Niemiec został obywatelem Rzeszy. Powołano go do Wehrmachtu i wysłano na front wschodni. Cudem przeżył piekło Stalingradu. Był ranny, trafił do sowieckiej niewoli i w obozach spędził w sumie sześć lat. Uratowała go poezja.

„Tłumaczyłem Lermontowa i Puszkina – wspominał w rozmowie z Krzysztofem A. Kuczyńskim. – Ale przesłuchujący mnie ciągle oficerowie bezpieczeństwa nie chcieli wierzyć, że rosyjski poznałem dopiero w obozie jenieckim. Podejrzewali mnie o kontakty z Własowem. A ja rosyjski znałem w Łodzi tylko z piosenek, które często w domu śpiewał ojciec. Był przez wiele lat w armii rosyjskiej podczas I wojny światowej”.

Urzędnik i tłumacz

Po wyjściu z niewoli nie miał już czego szukać w Łodzi, jego rodzice nie żyli. W 1950 roku znalazł się w NRD, w Weimarze, gdzie czekała na niego łódzka narzeczona. Po dwóch latach uciekli do Niemieckiej Republiki Federalnej. Następne ćwierć wieku Karl Dedecius przeżył jako urzędnik w firmie ubezpieczeniowej Allianz we Frankfurcie nad Menem.

Tłumacz amator, jak sam się nazywał, wykonał przez te lata gigantyczną pracę. Wzbudził w Niemczech trwające do dziś zainteresowanie literaturą polską. Kiedy przeszedł na emeryturę, powołał do życia w 1980 roku Deutsches Polen-Institut (Niemiecki Instytut Kultury Polskiej) w Darmstadt. Był jego dyrektorem przez 18 lat. Za dzieło swojego życia uważał 50-tomową „Bibliotekę Polską” i 7-tomową „Panoramę literatury polskiej XX wieku”.

Początki nie były łatwe. Kiedy pod koniec lat 50. miał gotową pierwszą antologię polskiej liryki, zainteresowanie nią nad Szprewą i Łabą było żadne. Zaryzykował dopiero monachijski wydawca Carl Hanser. W 1959 roku ukazał się legendarny tomik „Lektion der Stille”, „Lekcja ciszy”. Zawierał 37 wierszy współczesnych polskich poetów, krajowych i emigracyjnych. Odniósł wielki sukces, co sam Dedecius tłumaczył „innością poezji polskiej”, jej szczerością, dążeniem do prawdy, śmiałością języka i obrazowania.

Dedecius przetłumaczył dzieła około trzystu polskich pisarzy. Byli wśród nich m.in. Tadeusz Gajcy, Krzysztof Kamil Baczyński, Zbigniew Herbert, Stanisław Jerzy Lec, Miron Białoszewski, Stanisław Grochowiak, Karol Wojtyła, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Adam Zagajewski. Z wieloma utrzymywał bliskie kontakty.

Na szczególną uwagę zasługuje przyjaźń Karla Dedeciusa z Tadeuszem Różewiczem – przyjaźń literacka i osobista. Obaj urodzili się w tym samym roku 1921, w podobnym krajobrazie i, jak odkryli kiedyś w rozmowie, mieli tego samego nauczyciela języka polskiego (prof. Janiga z Radomska przeniósł się do Łodzi). Należeli do pokolenia, które po okropnościach lat 1914-1918 wychowywane było w duchu „Nigdy więcej wojny!”, i które wkrótce zagarnęła kolejna, jeszcze okrutniejsza wojna. Nie może więc dziwić, że powojenny tom Różewicza „Niepokój” z 1947 roku, z głośnym wierszem „Ocalony”, zrobił na młodym Dedeciusie silne wrażenie.

Theodor Adorno wystąpił właśnie z tezą, że pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem. Niemożliwością. Okazało się jednak możliwe. Poezja Tadeusza Różewicza – dostrzegł jego niemiecki tłumacz – po katastrofie ludobójczej wojny szukała nowego języka, bez patosu i bez metafor.

„Rozpoznałem, że jego wiersze są świetne, bo pełno jest w nich autentycznych przeżyć opisanych tak naprawdę z serca i z duszy – tłumaczył Dedecius w rozmowie z »Deutsche Welle«. – Im bardziej na Zachód, tym bardziej ludzie lubią się pokazywać jako artyści. Nie pokazują tego, co czują, ale jak to robią. To jest zupełnie inny rodzaj poezji, inny rodzaj sztuki. A tu przychodzi ktoś i mówi, że należy powiedzieć na głos, jaka była prawda historyczna, prawda biologiczna, opowiedzieć, co się stało, bo wtedy nastąpi oczyszczenie całego pokolenia, i zajmie się ono dialogiem. Przecież wszyscy przeżyliśmy prawie to samo, tyle że na różnych frontach”.

Wyprawa na drugi brzeg

Kim właściwie jest tłumacz? To pytanie zadawano Dedeciusowi w dziesiątkach wywiadów. Ciekawie – i właściwie poetycko – odpowiedział Marcinowi Wilkowi:

„Moje rodzinne miasto ma w swoim herbie łódkę i wiosło. To bardzo wiele wyjaśnia. Tłumacz jest dla mnie tym, który przewozi na drugi brzeg. W człowieku tkwi naturalna tęsknota, by dowiedzieć się, co jest za horyzontem, co mnie spotka poza rzeką. Mali chłopcy pchani potrzebą przeżycia przygody tak właśnie czynią – biorą łódkę i wiosło, i udają się na drugi tajemniczy brzeg. Bardzo lubię tę metaforę, bo ona doskonale zgadza się nie tylko z moim miejscem pochodzenia, ale i ciekawością „innego” (człowieka, świata), nowych odkryć i przeżyć. Nie wystarczam po prostu sam sobie, bez innych”.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścinskiego.