Newsletter

Cios w rolników, właścicieli ziemi i Polonię

Piotr Piniński, 03.03.2016
Efektem nowych zasad obrotu ziemią, forsowanych przez rząd PiS, może być wydziedziczenie dzieci rolników z ojcowizny, prawie feudalne przywiązanie rolników do jednej gminy i zmniejszenie konkurencyjności polskiego rolnictwa

Rząd Beaty Szydło postawił sobie słuszny cel: utrzymać polską ziemię w polskich rękach. Tylko czy wprowadzane zmiany faktycznie temu służą? I czy w ogóle są potrzebne? Nie warto naprawiać czegoś, co działa i jest dobre. Nie wolno szkodzić polskiemu rolnictwu, ani polskim rolnikom, gdyż rolnictwo musi być konkurencyjne. Polskie rolnictwo rozwijało się w ostatnich latach z wielkim sukcesem.

Otóż zgodnie z propozycją PiS polski rolnik będzie musiał osobiście prowadzić swoje gospodarstwo. Jeśli zechce kupić ziemię, to wyłącznie w gminie zamieszkania. I pod warunkiem, że nie posiada już więcej niż 300 ha. Oznacza to poważne problemy z inwestowaniem w gospodarstwa w pobliskich i dalej położonych gminach.

Agencja Nieruchomości Rolnych nie będzie sprzedawać żadnej ziemi przez najbliższych 5 lat. Potem zamierza (przeważnie) oddawać ją rolnikom w dzierżawę. Tym samym ANR posiądzie ogromną i w dużej mierze uznaniową władzę. Jest to czynnik wysoce korupcjogenny, powodujący upokarzające relacje między wszechmocną agencją, a rolnikami.

Ale to jeszcze nie koniec.

W Polsce jest 1,5 mln gospodarstw rolnych, z których tylko 180 tys. można uznać za produkcyjne w sensie komercyjnym. Średni areał wynosi 10 ha. Wśród właścicieli tych 1 mln 320 tys. małych, nieprodukcyjnych gospodarstw jest wielu, których dzieci wyjechały do miast, za granicę lub pracują w innej branży. Dla właściciela takiego gospodarstwa ziemia jest swoistym „funduszem emerytalnym”. Jednak planowane ograniczenie możliwości zbywania ziemi doprowadzą do spadku wartości tego „funduszu”. Ceny będą musiały spaść, bo zaproponowane przepisy drastycznie ograniczą ilość potencjalnych nabywców (wykluczą aż 90 proc. wszystkich polskich obywateli). Prawa popytu i podaży są jak prawa fizyki: działają w nieubłagany sposób.

I tak rolnik, który posiadał 10 ha w cenie 37,5 tys. zł za ha pod koniec 2015 roku miał fundusz o wartości 375 tys. zł. Jeśli jednak ceny ziemi spadną do 20 tys. zł za ha, to w najbliższych latach jego „fundusz emerytalny” straci ponad 46 proc. swojej wartości! Czyli o 175 tys. zł!

Nie dość tego. Taki rolnik de facto przestanie być swobodnym dysponentem własności ziemskiej, nawet w zakresie dziedziczenia czy darowizny. Nie będzie mógł bez przeszkód przekazać ziemi dzieciom studiującym czy pracującym w mieście albo za granicą, bo według nowych przepisów Agencja ma prawo wykupić spadkobiercę czy obdarowanego, o ile nie będzie „rolnikiem indywidualnym”. A nie każdy rolnik nim jest. Aby nim być, rolnik musi prowadzić własne gospodarstwo w gminie od 5 lat, posiadać kwalifikacje rolnicze i nie mieć żadnych innych istotnych dochodów. Tym samym rolnik stanie się bardziej dożywotnym, a nie pełnoprawnym właścicielem.

Konsekwencje idą jeszcze dalej.

W przypadku działalności rolniczej do stałych kosztów zalicza się między innymi zakup sprzętu rolniczego. Ponieważ najnowocześniejszy i najbardziej wydajny sprzęt sporo kosztuje, należy go wykorzystywać w sposób maksymalny. Przy czym korzystanie z drogiego sprzętu na małym areale jest nieekonomiczne, natomiast na dużym ten koszt jest proporcjonalnie mniejszy.

Zgodnie z zaproponowanymi przez PiS zmianami ograniczenie maksymalnego areału do 300 ha wypada znacznie poniżej ogólnie przyjmowanego za optymalny dla gospodarstw produkcyjnych (600-700 ha, zależnie od specjalizacji). Zawężenie do 300 ha zniechęci najbardziej ambitnych polskich rolników – nie będą mieli podstaw, żeby inwestować w najbardziej wydajny sprzęt. Część z nich swoją energię przeznaczy więc na inną działalność, w której państwo nie stawia takich ograniczeń.

Ci rolnicy, którzy wzięli kredyty inwestycyjne zabezpieczone ziemią napotkają trudności finansowe. Spadek cen ziemi rolnej zmniejszy wartość zabezpieczenia. Skutki łatwo sobie wyobrazić: banki zażądają dodatkowych zabezpieczeń.

Spadek cen ziemi bynajmniej nie oznacza, że rolnik łatwiej ją kupi, bo ziemia będąca już w jego posiadaniu również osiągnie niższą wartość. A to nią przecież rolnik zabezpieczy kredyt. Co gorsza, banki widząc, że ziemia jako zabezpieczenie kredytu będzie trudno zbywalna, ograniczą akcje kredytowe. Kredyty dla rolników zdrożeją i staną się mniej dostępne. Jednocześnie Agencja rolnikowi nic nie sprzeda!

Cudzoziemcy już kupili to, co chcieli. Owszem, warto tworzyć przepisy dające prawo pierwokupu dla obywateli naszego kraju – w sposób zgodny z prawem Unii Europejskiej. Najlepszą „obroną” przed cudzoziemcami jest wysoka wartość polskiej ziemi. Dlaczego obcokrajowiec miałby kupić ziemię w Polsce, jeżeli jest tak samo droga jak za granicą? Wysoka cena zniechęca go do dalszych zakupów, a zachęca wręcz do zbywania ziemi. Jej niska wartość jest szkodliwa głównie dlatego, że polski rolnik będzie uboższy. Rząd powinien stworzyć długoterminowe preferencyjne kredyty, aby pomóc rolnikowi kupować ziemię, ale takiego planu nie ma.

Trzeba też pamiętać, że po 2020 r. dojdzie do zmiany polityki rolniczych dopłat. Budżet UE jest pod presją. Wspólnota europejska coraz częściej kieruje się zasadą, że należy udzielać dotacji tam, gdzie przynoszą one największy efekt. A zatem w przyszłości Unia będzie preferować nowoczesne rolnictwo i likwidować mało konkurencyjne „skanseny”.

Tymczasem przepisy zaproponowane przez Prawo i Sprawiedliwość z pewnością zahamują pozytywne trendy dostrzegalne w ostatnich latach. Jeśli polskie rolnictwo stanie się coraz bardziej zacofane i mniej konkurencyjne w stosunku do innych krajów UE, nasza sytuacja negocjacyjna względem nowej polityki dopłat okaże się znacząco słabsza.

Na skutek utraty konkurencyjności polskiego rolnictwa rodzime produkty rolne trudniej przyjdzie zbyć za granicą. To też przyczyni się do pogorszenia sytuacji materialnej polskiej wsi. Ceny produktów rolnych pozostaną niskie, utrzymanie płynności finansowej poprzez sprzedaż gruntów mocno utrudnione, a pomostowe kredyty bankowe mniej dostępne z powodu (już wcześniej wspomnianego) negatywnego traktowania przez banki ziemi jako zabezpieczenia.

Polityka rządu powinna zachęcać młodych ludzi do pracy na wsi. Jednak propozycje ekipy Beaty Szydło przyniosą odwrotne skutki od zamierzonych ze względu na daleko idące restrykcje, zwiększone ryzyko praktyk korupcyjnych. Najlepsi opuszczą wieś i rolnictwo, aby szukać pracy w mieście albo za granicą.

Ponieważ zmiany dotyczą wszystkich gruntów rolnych powyżej 1 ha, to zniechęci mieszkańców miast do osiedlania się na wsi. Transfer kapitału z miasta do wsi wyhamuje. I znów: jest jasne, kto na tym straci najbardziej.

Na koniec ostatnia, symboliczna konsekwencja zmian proponowanych przez PiS. Uderzy nie tylko w 90 proc. Polaków, którzy nie są rolnikami indywidualnymi, lecz także w Polonię. Już nikt nie będzie mógł marzyć o zainwestowaniu swoich zagranicznych zasobów w polską ziemię.

*Piotr Piniński – właściciel gospodarstwa rolnego, przedsiębiorca, prezes Fundacji Lanckorońskich