Newsletter

Kto wygra następne wybory?

Marcin Celiński, 01.03.2016
PiS chce stworzyć państwo patriarchalne, omnipotentne, z demokracją większościową opartą na wzorcach sprzed stu i więcej lat

Jako liberał patrzący na Platformę Obywatelską z boku widzę, jak wiele błędów złożyło się na jej obecną sytuację. Ale tylko od niej zależy, czy będzie główną siłą opozycji. Kluczem jest właściwe zdefiniowanie następnego pola politycznej bitwy i odpowiednie się do niej przygotowanie.

Fotografia: duncan c/flickr.com, CC BY-NC 2.0

Czy spełnił się wariata sen? Owszem, nieliczne grono wariatów (do których mam zaszczyt zaliczyć i siebie) od kilku lat biło na trwogę. Ostrzegało, że historia nie kończy się nigdy, a polityka oznacza ruch. To bieg pod górę ruchomymi schodami poruszającymi się w dół – jeśli zwolnimy lub się zatrzymamy, nieuchronnie zostaniemy sprowadzeni do parteru.

Nie odczuwam dziś szczególnej satysfakcji, wskazując PO jej błędy i słabości. Ale żeby spojrzeć w przyszłość, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co takiego się stało, że Zbigniew Ziobro jest znowu ministrem sprawiedliwości, a obronność państwa powierzyliśmy Antoniemu Macierewiczowi.

Tony papieru zapisano na temat słabości kampanii wyborczych PO w 2015 roku. Nie będę tego powielał. Ograniczmy się do stwierdzenia, że kampania Bronisława Komorowskiego była fatalna, a późniejsza PO – niewiele lepsza. Tydzień za tygodniem PiS narzucało tematy, a PO się do nich odnosiła. To nie mogło skończyć się dobrze.

PO i broniący jej od lat publicyści proponowali politykę bez treści. Bez aksjologii. Bez wyzwań. Bez celów. Taka właśnie była polityka „ciepłej wody w kranie”. Tymczasem polityka jest zarządzaniem emocjami – likwidując emocje, PO sama odebrała sobie możliwość zarządzania swym przekazem. Politycy PO uważają siebie za rynkowców, a w swojej działalności zapomnieli o podstawowej zasadzie rynku. Otóż jeżeli pozostawia się jakieś pole, jakąś wolną niszę, za chwilę ktoś ją wypełni swoją propozycją.

Gdybym miał wymienić trzy podstawowe powody wygranej PiS-u, te, które leżą po stronie PO, były to:

1. Nierozliczenie pierwszego podejścia IV RP. Nie piszę tu o zemście politycznej, ale o kształtowaniu społecznego poczucia sprawiedliwości, pojęć dobra i zła, dopuszczalnych i niedopuszczalnych zachowań władzy. Obywatel musi wiedzieć, a polityk pamiętać, że występek wiąże się z karą, że nadużycie władzy jest chwilową radością, po której nastąpi nieuchronne rozliczenie.

2. Brak programu państwowego. To przecież nie muszą być reformy na miarę Mazowieckiego i Balcerowicza. Niestety, opowiadanie, że wszystko jest dobrze, nie sprawi, że faktycznie tak będzie. Problemy są przecież rozpoznane, choćby w wymiarze sprawiedliwości. Pozostawiając go bez naprawy, PO dała pole PiS-owi – które grzmiało, że jest źle, i podawało łatwe recepty, typu przywrócenie połączenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

3. Podkopywanie fundamentów państwa prawa. Każda władza ma pokusę, by omijać konstytucyjne i prawne ograniczenia. To reguła wręcz chemiczna, nad którą władzy mądrej udaje się zapanować, procesy takie kontrolować i samoograniczać. PO się nie udało. Warto wskazać tu przykładowo wybór „zapasowych” sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

W nowy byt – opozycyjny – PO nie wchodzi jednak ze straconych pozycji. Ale musi sobie i wyborcom odpowiedzieć, po co istnieje i kogo reprezentuje. Przez dłuższy czas będzie to robiła w relacji do ofensywy PiS-u. Tego czasu musi trochę upłynąć, zanim PO być może odnajdzie własny język i narrację. Mogłaby czekać na nieuchronną autokompromitację PiS-u, jest jednak jedno „ale”, które nazywa się Nowoczesna. Gdyby nie ona, być może PO byłaby skazana na sukces „dzięki” PiS-owi.

Osią opozycji może stać się jedna z dwóch sił – PO lub Nowoczesna. Dziś jeszcze trudno określić, która ma więcej atutów i która wykaże więcej determinacji.

Atutem PO jest oczywiście wielkość klubu parlamentarnego i teoretyczna siła struktur. Słabości to niewielka wiarygodność, wewnętrzna niespójność (nie brakuje przecież w PO zwolenników PiS-owskiej koncepcji państwa), obciążona polityczna hipoteka. Owszem, wyborcy mają krótką pamięć, ale nie aż tak, żeby nie dało im się przypomnieć kilku nazwisk skompromitowanych działaczy. Trudno na tym budować wartości. Trzeba natomiast przypomnieć sobie o wartościach, umieć merytorycznie o nich mówić, przedstawiać pomysły pozytywne.

Na niekorzyść PO działa też oczywiście przedłużający się proces zmiany przywództwa. Nowy przywódca PO wygra, jeśli przywróci partii polityczność, utraconą gdzieś na zakrętach ośmioletnich rządów. Chodzi o polityczność, która oznacza umiejętność sformułowania klarownego stanowiska w reakcji na pojawiające się problemy, oparcie się na logicznie konsekwentnym systemie wartości. Taka polityczność będzie skuteczna, o ile PO przyszłości zdecydowanie odróżni się od PO afer i drobnych kombinacji, a jeszcze bardziej odróżni się od PiS-u – odcinając od własnego psucia państwa w przeszłości, by móc krytykować PiS-owską kontynuację tego procederu. Wymaga to szybkiej, wewnętrznej rewolucji w PO, być może okupionej stratami w klubie parlamentarnym i strukturach. By tak się stało, potrzeba silnego i zdeterminowanego lidera, który wyznaczy partii cele polityczne, a nie tylko wyborcze.

Silna i prodemokratyczna PO może zdominować opozycję i z czasem wykluczyć Nowoczesną z gry. Nowoczesna ma jednak atuty, których lekceważyć nie należy. Cokolwiek by tam prawicowa blogosfera próbowała przylepić, ile zdjęć Ryszarda Petru z Balcerowiczem czy Geremkiem by wynalazła – Nowoczesna jest świeża. I do jakiegoś stopnia tabula rasa – do wypełnienia treścią. Atutem jest także brak dyskusji o przywództwie. Partia Petru jest też symbolem zmiany pokoleniowej, co rzuca się w oczy, kiedy spojrzy się na sejmowe ławy. Mocną stroną jest profesjonalnie zorganizowana komunikacja i umiejętność szybkiej reakcji – mogliśmy to obserwować przy okazji ujawnienia maili sztabowych w trakcie kampanii wyborczej. Wreszcie, mocny jest klub Nowoczesnej. Większość jego członków to interesujący i potencjalnie wiele wnoszący do polityki ludzie.

Słabością Nowoczesnej jest natomiast mała liczebność klubu i praktycznie żadne zaplecze. Na sukces każdej formacji zawsze pracują tysiące ludzi. Nowoczesna struktur nie ma i sprawia wrażenie wyjątkowo zamkniętej. Czysta karta to zarazem szansa i zagrożenie – w wielu zagadnieniach ustrojowych i społecznych daje się wyczuć pewną labilność i chęć ucieczki od problemów (choć to akurat cecha wspólna z PO). A od pryncypiów konstytucyjnych i kulturowych w tej kadencji uciec się nie da. Na nich można budować i organizować zaplecze emocjonalne, niosące do sukcesu.

Nonsensem byłoby wzajemne zwalczanie się PO i Nowoczesnej – wobec samodzielnej większości PiS-u wyborcy nie potrafiliby tego pojąć. Pola konkurencji wyznaczą rządzący, i tu partie opozycji, zagospodarowując je, mają szansę na budowanie swojej pozycji.

PiS nie zafunduje nam spektakularnej klęski gospodarczej. Nie będzie się szczególnie różniło pod tym względem od PO, będzie do jakiegoś stopnia pompowało deficyt budżetowy i rozdawało środki według własnego wyczucia ważności potrzeb poszczególnych grup. Z takim założeniem nie kryją się politycy PiS-u, licząc, że rozbudowane programy socjalne typu „500 złotych na dziecko” dadzą osłonę wsparcia społecznego dla działań na każdej innej płaszczyźnie politycznej.

Nieukrywanym celem partii Jarosława Kaczyńskiego jest przebudowa kulturowo-prawna Polski. Choć przebudowa jest być może złym określeniem. Państwo polskie w obecnym kształcie było i jest przez PiS kontestowane. Rządzący chcą stworzyć państwo patriarchalne, omnipotentne, z demokracją większościową opartą na wzorcach sprzed stu i więcej lat. Pragną państwa silnego przewagą władzy wykonawczej nad innymi władzami, gdzie trójpodział może nie jest zlikwidowany, ale granice się zacierają, a jakakolwiek niezależność jest odbierana jako czynnik osłabiający struktury zarządzania.

Swoista „dyktatura większości” będzie alergicznie reagowała na liberalne postulaty (będące normą w znanych nam, rozwiniętych demokracjach) uwzględniania praw mniejszości – każdej mniejszości. Odczuwa to już opozycja – prawa parlamentarnej mniejszości są ostentacyjnie naruszane na każdym posiedzeniu Sejmu.

Dla przeprowadzenia swoich celów PiS musi zdobyć nieograniczoną władzę legislacyjną (co właśnie czyni, usuwając bezpiecznik, jakim jest Trybunał Konstytucyjny) i media publiczne. Rewolucja nie ominie PISF-u. Zlecona przez wicepremiera Piotra Glińskiego kontrola Teatru Starego, głośny list do marszałka województwa dolnośląskiego w sprawie Teatru Polskiego – to dopiero preludium. Tu nie chodzi tylko o stanowiska – choć po ośmiu latach w opozycji głód władzy jest ważną determinantą – ale o rewolucję kulturową, mającą nas doprowadzić do mentalności archaicznej, tradycyjnej, silnie przesiąkniętej ultrakonserwatywną i ultranacjonalistyczną wizją naszej historii i teraźniejszości, implikującą plany na przyszłość. Narzędziami będą państwowe instytucje kultury i media. Wpływ na instytucje prywatne osiągnie się zaś poprzez zarządzanie tak dotacjami, jak i zlecaniem zadań dla NGO-sów. Ważnym narzędziem zmian będzie przebudowana szkoła.

Nie wiem, czy będzie to obiektywnie najważniejsze pole konfliktu, ale z pewnością najbardziej spektakularne, bo budzące największe emocje. Demontaż racjonalnej gospodarki można łatwo skrytykować – ale nie jest to sexy, nie wzbudzi masowych protestów, szczególnie jeśli demontażowi temu będą towarzyszyły programy rozdawnictwa zasiłków i innych przywilejów. Potencjał oporu tkwi w wojnie kulturowej – tam jest łatwość mobilizacji i narzucenia własnego języka debaty. Przykładem tego zarówno ubiegłoroczny spór o Golgota Picnic i błyskawiczna akcja czytania tekstu sztuki w reakcji na próby wymuszenia zakazu przedstawienia, jak i walka o Trybunał Konstytucyjny. Przy tej ostatniej sprawie pierwszy raz od wielu miesięcy PiS musiało mówić nie własnym, a narzuconym mu językiem, a spór wyprowadził dziesiątki tysięcy ludzi na ulice.

Na naszych oczach tworzy się sytuacja, w której zakup biletu do teatru czy kina staje się deklaracją polityczną, a duch przekory i kulturowy snobizm będzie powodował przyznawanie się do takiej deklaracji dużo większej liczby obywateli niż faktycznie sprzedanych biletów. Bo nie o bilety tu chodzi, tylko o deklarację cywilizacyjną.

Procesy naturalnej przemiany kulturowej, zmiany mentalnej Polaków, jakie zaszły w ostatnim ćwierćwieczu, są nieodwracalne. I choć zmiany prawa za nimi nie nadążały, żadna inżynieria społeczna nie jest w stanie zmienić niechęci większości naszych rodaków do życia w skansenie. To jest potencjał, do którego odwoła się i na którym następne wybory wygra siła polityczna, która zastąpi PiS u władzy.

Nie podejmuję się prorokować, która z partii parlamentarnej opozycji może wygrać rywalizację o reprezentowanie tej emocji kulturowej – z natury wykluczam PSL, który działa w swojej niszy i raczej skupi się na rozpaczliwej obronie przed PiS-em stanu posiadania we wsiach i małych miasteczkach. Jak wspomniałem, na placu boju są PO i Nowoczesna, każda ze swoimi atutami i słabościami. Obie zdają się obecnie słabo przygotowane do podjęcia ofensywy na polu światopoglądowym, kulturowym, społecznym. Wygra ta partia, która szybciej wyrobi w sobie wrażliwość na te zjawiska, która stanie się reprezentantem tych Polaków, którzy najaktywniej i jako pierwsi zaprotestują przeciw PiS-owskiej rewolucji kulturalnej.

 

* Marcin Celiński – przedsiębiorca, założyciel i przewodniczący Forum Liberalnego, publicysta, zastępca redaktora naczelnego Liberté!.

Tekst opublikowany w Instytucie Idei nr 9