Newsletter

Dlaczego warto bronić gimnazjów

Zofia Grudzińska, 01.02.2016
Z wielu argumentów przemawiających za utrzymaniem gimnazjów jeden jest zbyt rzadko podnoszony: gimnazja są zdecydowanie lepiej dostosowane do potrzeb psychologicznych nastolatków niż szkoła ośmioklasowa

Kilkanaście lat temu, gdy reforma organizacji szkolnictwa spowodowała zniknięcie ośmioklasowych szkół podstawowych na rzecz podziału sześć-trzy-trzy, nie obyło się bez gorącej dyskusji. Pytano o sensowność powstania gimnazjów – nowego „bytu” w systemie edukacji. Pojawiły się też trudności, ale bez nich – o czym wielokroć zapominamy, krytykując po czasie – niemożliwy jest postęp. Bo to trudności wydobywają na powierzchnię problemy, których nie dostrzeżono wcześniej.

źródło: Dan Foy, Flickr, CC

Na samym początku gimnazja nam, nauczycielom, a pewnie także uczniom i rodzicom, dały zdrowo popalić. Mówiło się o młodzieżowej przemocy, o burzy hormonów, o okresie buntu i młodzieżowych klikach tak, jakbyśmy przedtem nie mieli z tymi zjawiskami do czynienia. Mieliśmy – tyle, że w systemie „osiem klas podstawówki, cztery liceum” burzliwy okres dojrzewania był niejako „rozcinany” zmianą szkoły. Cały proces miał inny przebieg.

Uczniowie ostatnich klas podstawówki tradycyjnie znani byli swoim nauczycielom jako „ci, którym zaczyna w głowach szumieć”, ale byli to „starzy uczniowie” i wiadomo było, jak sobie z nimi radzić, niewiele zmieniając metody wychowawcze. Piętnastolatkowie lądowali w nowych szkołach, zderzali się z nowymi nauczycielami i nowymi, „doroślejszymi” metodami pedagogicznymi – więc mówiło się o „szoku pierwszoroczniaków”.

Wiele problemów indywidualnego rozwoju psychofizycznego ginęło w obliczu trudności edukacyjnych i adaptacyjnych w nowej szkole. A zatem to nie tak, że z młodzieżą w tym wieku nie było kłopotów, tylko inaczej się one realizowały, i inaczej były postrzegane. Dopiero powstanie gimnazjów – szczególnie tam, gdzie odbyło się to w drodze utworzenia faktycznie nowych, odrębnych placówek edukacyjnych dla grupy wiekowej 13-16 – spowodowało, że problemy wychowawcze, naturalne dla tego okresu życia, znalazły się pod lupą o zwiększonej ostrości postrzegania.

W dużym skrócie można powiedzieć, że okres 13-16 jest bardzo ważny w życiu człowieka. To czas na realizację unikalnego zadania rozwojowego. Młoda istota uświadamia sobie własną odrębność jako osoby. Musi się określić na poziomie „ja”, podczas gdy dotąd horyzont egzystencjalny najczęściej opisywała w kategoriach „ja w rodzinie”. To dlatego właśnie pojawia się protest przeciw wartościom i regułom, których poprzednio nie kontestowała i zapewne w życiu dorosłym kontestować przestanie. Musi powiedzieć „nie, z tym się nie zgadzam, to nie jestem ja”, chociaż jeszcze nie do końca zna definicję owego „ja”.

Jednocześnie osoba w tym wieku potrzebuje popleczników. Ponieważ zaś nie mogą to być rodzice ani nauczyciele, bo reprezentują owe oprotestowane – często dla zasady – autorytety, znajduje swoje miejsce w grupie rówieśniczej. Bardzo jej zależy na tym środowisku. Paradoksalnie więc, nie marząc o niczym innym tak mocno jak o indywidualizacji, zrobi niemal wszystko, by się ze swoją grupą („kilką”) utożsamić. Hormony dołożą swoje – trzeba się określić jako istota płciowa, stawić czoła nowym zagadnieniem, czyli atrakcyjności zewnętrznej, instynktom seksualnym, intymności związku z kimś spoza kręgu rodzinnego. I tak ze „słodkiego dzieciaka” wyrasta „trudny człowiek”. A tak naprawdę człowiek przejściowo bardzo złożony, często zagubiony, odpychający pomocne dłonie starszych, chętnie korzystający z – nierzadko niefortunnych – wskazówek rówieśników.

Właśnie dlatego w pierwszych latach po powstaniu gimnazjów zaczęliśmy nagle więcej mówić o przemocy rówieśniczej, o „trudnej młodzieży”. Początki faktycznie były niełatwe, zwłaszcza dla nauczycieli, którzy mogli odnieść wrażenie, że kompletnie stracili kontrolę i nigdy już się w tym piekiełku młodocianych nie odnajdą. Tego samego wrażenia doświadczyłam osobiście, kiedy po latach pracy z uczniami w wieku 10-16 dostałam klasę pierwszaków, a więc dzieci sześcio- i siedmioletnich.

Pomimo odpowiedniego przygotowania pedagogicznego przez pierwsze miesiące byłam jak czółenko pośród huraganowego sztormu – po każdej lekcji oddychałam z ulgą, że „dzieci całe, a ja nie straciłam zmysłów”. Sądziłam, że to się nigdy nie zmieni. Jednak wraz z upływem czasu uzmysłowiłam sobie, że coraz więcej lekcji przebiega nie tyle spokojnie, ile harmonijnie – jak trzeba, dzieci rysują; gdy przyjdzie pora, śpiewają; czasem podskakują i tańczą i gadają jedno przez drugie; innym razem siedzą na dywaniku i słuchają jak zaczarowane.

W zderzeniu z nową rzeczywistością potrzebowałam chwili, by zacząć swobodnie operować nowymi metodami pedagogicznymi. Po sześciu miesiącach uświadomiłam sobie, że wypracowałam autorski warsztat nauczycielki wczesnej edukacji.

Nauczyciele gimnazjów przeszli podobny proces. Żadne kursy dokształcające czy egzaminy z psychologii rozwojowej, żadne warsztaty rozwiązywania konfliktów nie mogły zastąpić żywego doświadczenia, zderzenia z nową jakością edukacyjną. Pierwsze miesiące – a nawet lata – musiały być trudne. Owocowały nie tylko sukcesami, ale i mniej lub bardziej spektakularnymi porażkami. W mediach pojawiały się „smakowite” kąski: proroctwa o nadchodzącym kataklizmie, o tym, jak to młodzieńcza chuliganeria rozleje się poza mury szkół na ulice miast i wsi.

I co? I nic. Parę lat minęło i zrobiło się normalnie. Gimnazja zaczęły żyć własnym życiem. Tymczasem znów mówimy o „klęsce” placówek gimnazjalnych – o nastolatkach jako chodzących bombach zegarowych, napędzanych hormonami. Nagle okazuje się, że trzeba ratować polską oświatę – przez powrót do systemu osiem-cztery.

I teraz najciekawsze. Jako to jest, że w obliczu takiej perspektywy nauczyciele nie oddychają z ulgą, nie wychodzą na ulice z marszami poparcia? Czy nie powinni skakać z radości, że wreszcie będą mogli powrócić do spokojnego nauczania grzecznych uczniów podstawówek? Co takiego się stało, że dziś to sami nauczyciele nieprzejednanie bronią szansy pracy z nastoletnimi szatanami (i szatankami)?

Trzeba zwrócić uwagę, że w nauczycielskim proteście przeciw likwidacji gimnazjów o utracie wypracowanych dóbr edukacyjnych mówi się tyle samo, o ile nie więcej, co o utracie etatów nauczycielskich. Pedagodzy gimnazjalistów przeżyli okres ząbkowania i teraz nie chcą się rozstać z grupą wiekową, z którą po trudnych pierwszych doświadczeniach tak doskonale im się pracuje. Co ciekawsze – w protestach biorą udział również sami uczniowie, którzy się w tych placówkach edukacyjnych doskonale odnaleźli i pozytywnie reagują na metody wychowawcze!

Być może wszyscy potrzebowaliśmy poczucia zagrożenia, żeby zdać sobie sprawę, co się w ciągu kilkunastu lat wydarzyło. Otóż gimnazja stały się dla nastolatków miejscami, z którymi mogą się utożsamić – niczym z „nowym domem”, gdy przejściowo odrzucają dom rodzinny. Uczniowie gimnazjów szczególnie silnie identyfikują się ze swoją szkolną wspólnotą. W podstawówkach dzieci czują się przede wszystkim związane z rodziną. W szkołach średnich młodzi ludzie są już bardziej skoncentrowani na własnych celach, na formowaniu przyszłości. Ale dla gimnazjalisty szkoła to rozszerzona grupa rówieśnicza. Nauczyciele zaś stają się, o dziwo, sprzymierzeńcami uczniów.

Do tego wniosku upoważnia mnie nie tylko wiedza psychologiczna, ale i mini-sonda, jaką przeprowadziłam wśród ludzi w wieku 18-25 (nie twierdzę, że w pełni reprezentatywna). Celowo zwróciłam się do osób nieco starszych, które nabrały już pewnego dystansu do gimnazjalnego okresu życia i potrafią lepiej dostrzec i określić procesy, które się wówczas działy. Są też na tyle dojrzałe intelektualnie, że potrafią sformułować osobiste refleksje.

Ponad stu młodym zadałam pytanie o to, który okres życia szkolnego był dla nich najważniejszy (i dlaczego). Na 78 odpowiedzi 57 respondentów (73 proc.) wybrało gimnazja. Wśród uzasadnień znalazło się i takie: „to był dla mnie czas, żeby się ogarnąć, bo w liceum to już trzeba było realizować cele”. Te same treści wyrażali pozostali, tyle że innymi słowami. Co ciekawe, zauważali jednocześnie, że kontakty towarzyskie podtrzymują najczęściej nie z kolegami z podstawówki czy szkoły średniej, ale właśnie z osobami poznanymi w gimnazjum.

Współcześnie szkoła to nie tylko miejsce nauki, ale i przestrzeń rozwoju osobistego. Dla nastolatków gimnazja okazały się środowiskiem najbardziej odpowiednim do realizacji zadań charakterystycznych dla okresu dojrzewania. Jeśli więc chcemy, by z młodych ludzi wyrośli Polacy o zintegrowanej, stabilnej tożsamości, nie likwidujmy miejsc, które sprzyjają jej formowaniu. Pozostawmy gimnazja w spokoju – nie dla etatów nauczycielskich czy dla wygody samorządów. Ostatecznie edukacja nie jest dla dorosłych, tylko właśnie dla młodych.

*Zofia Grudzińska – nauczycielka gimnazjalna i psycholog