Newsletter

Nowy, kosztowny podatek

Jan Gmurczyk, 29.01.2016
Prędzej czy później na podatek nałożony na sektor finansowy zrzuci się całe społeczeństwo

Ustawa z dnia 15 stycznia 2016 r. o podatku od niektórych instytucji finansowych wchodzi w życie już 1 lutego, czyli w niespełna dwa miesiące po tym, jak do Sejmu wpłynął jej projekt (3 grudnia 2015 roku).

Fot. e-gabi/pixabay.com. CC0 Public Domain

Nowy podatek będzie naliczany od nadwyżki odpowiednio liczonej sumy wartości aktywów ponad określony w ustawie próg. Ten próg wynosi: 4 mld zł – w przypadku (1) banków krajowych, (2) oddziałów banków zagranicznych, (3) oddziałów instytucji kredytowych i (4) SKOK-ów; 2 mld zł – w przypadku (1) krajowych zakładów ubezpieczeń, (2) krajowych zakładów reasekuracji, (3) oddziałów zagranicznych zakładów ubezpieczeń i zagranicznych zakładów reasekuracji oraz (4) głównych oddziałów zagranicznych zakładów ubezpieczeń i zagranicznych zakładów reasekuracji. I wreszcie 0,2 mld zł – w przypadku instytucji pożyczkowych.

Stawkę podatku ustalono na poziomie 0,0366 proc. miesięcznie, czyli ok. 0,44 proc. rocznie.

 

Zgodnie z projektem ustawy budżetowej, który trafił do Sejmu w grudniu 2015 roku, oczekuje się, że w 2016 roku nowy podatek zasili kasę państwa na kwotę 5,5 mld zł. Te pieniądze mają ułatwić realizację jednego z priorytetów rządu Beaty Szydło, czyli wypłat „pięciuset złotych na dziecko”.

Ciężkie czasy dla banków

Ktoś powie, że „państwo w końcu dokręci śrubę finansjerze”, a większą troską otoczy rodziny. Znajdą się pewnie i tacy, którzy wskażą, że ostatnimi laty podobne podatki ustanawiano w kolejnych krajach Europy, więc w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale sprawa nie jest wcale taka prosta.

Przede wszystkim ustawa wchodzi w życie w trudnym momencie dla sektora bankowego. Zważywszy m.in. historycznie niskie stopy procentowe NBP, obniżki opłat za transakcje z wykorzystaniem kart w latach 2014-2015, wyższe wymogi kapitałowe od 2016 roku, dodatkowe wpłaty do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego na wypłatę depozytów w związku z niedawną upadłością Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie (w sumie ponad 2 mld złotych), a także wpłaty na nowo powstający Fundusz Wsparcia Kredytobiorców (fundusz ten w momencie uruchomienia ma dysponować środkami w wysokości 0,6 mld złotych) – widać, że już dziś nie brakuje czynników, które obciążają wyniki banków. Z danych NBP wynika, że w okresie styczeń-listopad 2015 roku zysk netto sektora bankowego był niższy niż w analogicznym okresie roku 2014 o blisko 30 proc.

Wspomniana stawka podatku od aktywów rzędu 0,44 proc. rocznie wygląda z pozoru niewinnie, ale na tle innych państw europejskich jest wysoka. W przypadku niektórych instytucji może oznaczać ścięcie zysków nawet o ponad 30 proc. Na horyzoncie zaś wyłania się jeszcze perspektywa wprowadzenia tzw. ustawy frankowej, która w założeniu ma ulżyć osobom z kredytem walutowym, natomiast sektor bankowy może kosztować krocie. Nie wiadomo jeszcze, ile dokładnie, ale szacunki wahają się od 10 mld do nawet 60 mld zł.

Podatek zachwieje gospodarką?

Oczywiście nie ulega wątpliwości, że sektor finansowy powinien wnosić sprawiedliwy udział do kasy państwa, by dzielić się zyskiem ze społeczeństwem. Zbyt wysokie obciążenia nakładane na banki grożą jednak zachwianiem stabilności sektora, wyhamowaniem akcji kredytowej i spowolnieniem całej gospodarki. Czyli: mniejszymi inwestycjami, mniejszą liczbą miejsc pracy, mniejszymi wpływami do budżetu państwa z tytułu takich podatków jak PIT, CIT i VAT itd. Na końcu całego tego łańcucha konsekwencji i współzależności znajduje się standard życia milionów rodzin.

e2

Węgry, które dla obecnego rządu zdają się być w wielu względach inspiracją, po kilku latach doświadczeń już się zorientowały, że obciążenia nakładane na sektor finansowy nie powinny być zbyt duże. Z początkiem 2016 roku stawka węgierskiego podatku od instytucji finansowych nakładana na banki – dotychczas najwyższa w UE – zmalała z 0,53 proc. do 0,31 proc. W 2017 roku spadnie do 0,21 proc.

Inna sprawa, że w takich krajach jak Niemcy podatek bankowy wprowadzono w ostatnich latach z myślą o stabilności gospodarki. U naszych zachodnich sąsiadów podatek naliczany jest od sumy wartości pasywów, pomniejszonej o depozyty klientów i kapitał własny, która wykracza ponad 300 mln euro (ok. 1,4 mld zł), przy czym wysokość podatku może wynieść maksymalnie 20 proc. zysków. Taka konstrukcja z jednej strony jest w miarę przyjazna dla banków, a z drugiej zniechęca instytucje finansowe do podejmowania nadmiernego ryzyka w ramach prowadzonej działalności. Warto też dodać, że środki z podatku zasilają specjalny fundusz, który w razie kryzysu w którymś z banków może stabilizować sytuację w sektorze.

W Polsce motywacją, która przyświeca wprowadzeniu nowego podatku, jest wyłącznie zwiększenie wpływów do budżetu państwa. W uzasadnieniu do projektu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych autorzy napisali wprost: „Celem ustawy jest pozyskanie dodatkowego źródła finansowania wydatków budżetowych, w szczególności wydatków społecznych (…). Ponadto ustawa ma na celu zwiększenie udziału sektora finansowego w finansowaniu wydatków budżetowych”.

Europejski Bank Centralny ostrzega

Warto odnotować, że 12 stycznia 2016 roku w sprawie polskiego podatku od niektórych instytucji finansowych swoją opinię przedstawił Europejski Bank Centralny. Czytamy w niej między innymi (s. 2-3), że – po pierwsze – „w przeciwieństwie do regulacji wprowadzonych w większości państw członkowskich, które wprowadziły podatek bankowy, proponowany podatek nie ma związku z konkretnymi ryzykami dotyczącymi systemu finansowego, ani nie dotyczy uprzedniej pomocy publicznej udzielonej sektorowi finansowemu”.

Po drugie „nakładanie ad hoc podatków na banki z powodów ogólnych potrzeb budżetowych powinno być poprzedzone dogłębną analizą potencjalnych niekorzystnych skutków dla sektora bankowego celem zapewnienia, aby takie podatki nie kreowały ryzyka dla stabilności finansowej i dynamiki akcji kredytowej, które mogłoby ostatecznie negatywnie wpłynąć na wzrost gospodarki realnej. Taki efekt mógłby doprowadzić do oferowania przez banki swoim klientom kredytów lub innych usług na mniej korzystnych warunkach”.

I wreszcie, po trzecie, „proponowana struktura podatku może zachęcić instytucje finansowe do zmiany profilu ryzyka poprzez restrukturyzację portfeli ukierunkowaną na bardziej ryzykowne produkty, wykorzystanie operacji pozabilansowych lub transferowanie aktywów za granicę”.

Przekładając powyższe uwagi na bardziej przystępny język, EBC zdaje się nam mówić, że podatek zmontowano na szybko, z myślą o budżecie. Zabrakło głębszej analizy, czy nowe obciążenia nie uderzą przypadkiem rykoszetem w gospodarkę i klientów. A do tego część instytucji finansowych może stosować uniki, by nie płacić nowego podatku lub zmniejszyć jego wymiar.

Kto zapłaci podatek?

Teoria ekonomii, logika biznesowa, badania empiryczne i zdrowy rozsądek nie pozostawiają złudzeń. W krótkim lub długim terminie, pośrednio lub bezpośrednio, skutki wprowadzenia nowego podatku odbiją na kieszeni przedsiębiorstw i zwykłych ludzi.

Dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek pisała niedawno na stronach Instytutu Obywatelskiego: „Podatek od instytucji finansowych zapłacą klienci banków i zakładów ubezpieczeniowych oraz reasekuracyjnych. Wzrosną bowiem koszty kredytów, usług finansowych i ubezpieczeniowych. Ograniczony zostanie także dostęp do kredytów ze względu na zmniejszenie się zdolności instytucji finansowych do ich udzielania”.

Szykując nowy podatek, Prawo i Sprawiedliwość chyba zdawało sobie sprawę z podobnych zagrożeń. W art. 14 ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych czytamy: „Wprowadzenie podatku nie może stanowić podstawy do zmiany warunków świadczenia usług finansowych i ubezpieczeniowych wykonywanych na podstawie umów zawartych przed dniem wejścia w życie ustawy”.

Sens powyższego zapisu wydaje się jasny. Przykładowo, jeśli ktoś w zeszłym roku założył konto, to bank nie może podwyższyć opłaty za prowadzenie tego konta, tłumacząc się nowym podatkiem.

Kłopot w tym, że podwyżkę opłat za usługi bankowe można łatwo uzasadnić na mnóstwo sposobów. Na przykład „trudną sytuacją na rynku” lub „decyzją biznesową”. W dodatku wspomniany zapis nie rozciąga się już na umowy zawarte od lutego 2016 roku. Czyli tak naprawdę tworzy mizerną zaporę przed podwyżkami.

Oczywiście nie da się wskazać, które konkretnie produkty czy usługi finansowe podrożały lub podrożeją w związku z nowym podatkiem. Trudno przecież oczekiwać, że idąc dziś do banku, usłyszymy wyznanie: „Szanowny Kliencie, państwo nałożyło na nasze aktywa podatek, więc od lutego nie możemy już zaoferować konta za zero złotych”.

Poza tym wyniki sektora bankowego od pewnego czasu ciągnie w dół cała lista czynników, a koszty różnych usług finansowych rosną od miesięcy. W tych warunkach po prostu nie da się określić, co jest akurat skutkiem wprowadzenia podatku, a co wynika z innych okoliczności. Warto zwrócić uwagę, że skoro na rynku obserwujemy trend wzrostowy cen usług finansowych, to nowy podatek wchodzi w życie w bardzo złym dla klientów okresie.

Usługi bankowe drożeją

W opracowaniu NBP pt. „Porównanie wysokości prowizji i opłat związanych z rozliczeniami pieniężnymi w złotych w polskim sektorze bankowym w okresie grudzień 2014 r. – czerwiec 2015 r.”, które prezentuje analizę obejmującą osiemnaście banków, czytamy (s. 27): „I półrocze 2015 r. w odniesieniu do II półrocza 2014 r. było okresem dość istotnych zmian cenowych, widocznych w taryfach banków i odczuwalnych przez klientów. (…) Analiza opłat za prowadzenie konta i opłat za użytkowanie karty debetowej w I półroczu 2015 r. pokazuje, że wzrosły one w stosunku do II półrocza 2014 r. prawie o jedną czwartą w przypadku konta (23,94 proc.) i ponad jedną trzecią w przypadku opłaty za użytkowanie karty debetowej (38,43 proc.)”.

Trend zwyżkowy cen usług finansowych zdaje się trwać dalej. W ostatnich tygodniach część banków zmieniła koszt wybranych produktów czy usług. Poniżej kilka konkretnych przykładów.

W banku Citi Handlowy według aktualnej tabeli opłat i prowizji klienci indywidualni, którzy posiadają CitiKonto i notują w danym miesiącu wpływy w wysokości przynajmniej 3,5 tys. zł, cieszą się zerową opłatą miesięczną za prowadzenie rachunku. Gdy wpływy sięgają co najmniej 2 tys. zł, opłata wynosi 6 zł, a w pozostałych przypadkach – 12 zł. Z dniem 1 marca 2016 roku zacznie obowiązywać jednak nowa tabela, która w każdym z tych trzech przypadków przewiduje wzrost miesięcznej opłaty za prowadzenie konta, tj. z 0 zł do 3 zł w przypadku miesięcznych wpływów na konto w wysokości przynajmniej 3,5 tys. zł, z 6 zł do 8 zł w przypadku miesięcznych wpływów na konto w wysokości minimum 2 tys. zł oraz z 12 zł do 15 zł w pozostałych przypadkach.

W ING Banku Śląskim posiadacze Konta Direct mogli do 28 stycznia 2016 roku bezpłatnie wypłacać pieniądze kartą lub BLIKIEM z bankomatów w całym kraju. Od 29 stycznia 2016 roku takie wypłaty będą darmowe już tylko w bankomatach ING Banku i Planet Cash, natomiast w przypadku innych bankomatów bezpłatna pozostanie wyłącznie pierwsza wypłata w danym miesiącu; za kolejne trzeba będzie płacić 2,5 zł.

W mBanku osoby fizyczne, które od 21 stycznia 2016 roku składają wniosek o kredyt hipoteczny lub pożyczkę hipoteczną, muszą liczyć się z nową opłatą „za ocenę wartości nieruchomości, która ma stanowić zabezpieczenie kredytu/pożyczki”. W zależności od rodzaju nieruchomości ta opłata wynosi 300 zł (działka budowlana, lokal mieszkalny), 500 zł (lokal użytkowy, dom jednorodzinny) lub 800 zł (nietypowa nieruchomość).

W PKO BP od 1 maja 2016 roku zacznie obowiązywać zmieniona taryfa prowizji i opłat bankowych, w ramach której posiadacze kont AURUM i Platinium II przy spełnieniu dotychczasowych warunków nadal mogą cieszyć się zerową opłatą miesięczną za prowadzenie rachunku, ale w przypadku niespełnienia tych warunków muszą się liczyć z wyższą opłatą niż do tej pory: w przypadku Konta AURUM wzrośnie ona z 25 do 30 zł, natomiast w przypadku Konta Platinium II – z 60 do 80 zł.

Z kolei portal Onet.pl (Aleksander Fedoruk, „Marże kredytów hipotecznych w górę. Rata wyższa nawet o kilkadziesiąt złotych” , 13.01.2016 r.) donosi, że w ostatnim czasie przynajmniej w jedenastu bankach wzrosły marże na nowo udzielanych kredytach hipotecznych (Alior Bank, Bank Pekao, BGŻ BNP Paribas, Bank BPH, Citi Handlowy, Credit Agricole, Deutsche Bank, Eurobank, Getin Bank, mBank i Raiffeisen Polbank). Podwyżki mieszczą się w granicach 0,3-0,65 pkt. proc.

Ile kosztuje pół punktu procentowego

Aby lepiej zrozumieć, co oznacza nawet z pozoru drobna różnica w marży na kredycie hipotecznym, rozważmy prosty przykład. Załóżmy, że chcemy kupić mieszkanie o wartości 250 tys. zł. W gotówce mamy zgromadzone oszczędności w wysokości 50 tys. zł, dzięki czemu przy staraniu o kredyt nasz wkład własny może wynieść 20 proc. wartości nieruchomości. Brakujące 200 tys. zł pożyczamy w banku, a następnie spłacamy tę kwotę w miesięcznych ratach przez kolejne 30 lat.

Dla uproszczenia przyjmijmy, że bank nie pobiera żadnych prowizji w związku z udzieleniem kredytu, a stawka WIBOR 3M, która wraz z marżą kształtuje oprocentowanie kredytu, w horyzoncie następnych 30 lat utrzymuje się na stałym poziomie 1,7 proc.

Rysunek 3. ilustruje, ile będzie kosztować spłata tego kredytu w przypadku marży w wysokości 2,0 proc. oraz marży na poziomie 2,5 proc. Wyliczenia zostały zaprezentowane w dwóch wariantach. Pierwszy zakłada spłatę kredytu w ratach równych, drugi – w ratach malejących.

 

e3

W przypadku rat równych różnica w koszcie kredytu dla klienta sięga w perspektywie trzydziestu lat blisko 20,7 tys. zł. Różnica w racie miesięcznej to niemal 57,5 zł, czyli średnio blisko 2 zł dziennie.

W przypadku rat malejących różnica w koszcie kredytu dla klienta jest mniejsza, ale nadal znacząca: po trzydziestu latach przekracza w sumie 15 tys. zł. Raty malejące są zmienne, lecz można policzyć, że średnio przez trzydzieści lat zarysowana różnica oznacza miesięczną ratę wyższą o prawie 42 zł, tj. o około 1,4 zł dziennie.

Na marginesie dodajmy, że wielu klientów banków wybiera kredyt w schemacie rat równych. W skali całego okresu kredytowania taki kredyt jest co prawda droższy niż w schemacie rat malejących, lecz w początkowym okresie spłaty miesięczne płatności na rzecz banku są niższe. W naszym przykładzie, przy założeniu marży na poziomie 2,5 proc., pierwsza rata w schemacie rat malejących wynosi 1255,56 zł, natomiast rata równa to 978,03 zł. Dopiero po dwunastu latach rata malejąca staje się niższa niż rata równa (ostatnia z rat malejących to 557,50 zł).

Trudniej o kredyt

Podwyżka marż w przypadku nowych umów kredytowych oznacza, że uzyskanie kredytu będzie wymagało teraz od klientów wyższej zdolności kredytowej. Tymczasem od stycznia 2016 roku o kupno nieruchomości z pomocą kredytu i tak jest już trudniej niż jeszcze w 2015 roku. Zgodnie z „Rekomendacją S” Komisji Nadzoru Finansowego w 2015 roku można było otrzymać kredyt hipoteczny na maksimum 90 proc. wartości nieruchomości, natomiast w 2016 roku jest to już tylko 85 proc. lub ewentualnie 90 proc. przy spełnieniu dodatkowych warunków. Brakującą kwotę klienci muszą wyłożyć z własnej kieszeni. W przypadku nieruchomości, która kosztuje – powiedzmy – 250 tys. zł, ubieganie się o kredyt na 85 proc. jej wartości wymaga wkładu własnego na poziomie minimum 37,5 tys. zł.

Ciężko powiedzieć, ilu klientów odczuje skutki podwyższenia marż na nowych kredytach hipotecznych. Wiadomo jednak, że liczba Polek i Polaków, którzy zaciągają kredyt na mieszkanie, jest co roku dość znaczna. Dostępny na stronach Związku Banku Polskich „Raport AMRON-SARFiN” za III kwartał 2015 roku prowadzi do wniosku (s. 14), że w ostatnich kilku latach w Polsce udzielanych było mniej więcej 160-200 tys. kredytów mieszkaniowych rocznie.

Niestety, wprowadzenie podatku od niektórych instytucji finansowych dodatkowo skomplikuje sytuację na rynku kredytów. Kredyty i pożyczki mają bardzo duży udział w aktywach banków. Jak wskazują dane KNF, w skali sektora mowa aktualnie o udziale rzędu prawie 70 proc. A podatek od niektórych instytucji finansowych dotyczy właśnie aktywów. Można przypuszczać, że teraz część banków nie będzie chciała tej strony bilansu nadmiernie rozbudowywać, czyli może zacząć ograniczać akcję kredytową.

A skoro tak, to pojawia się pytanie, czy sięganie do kieszeni sektora finansowego, aby uzbierać pieniądze na uruchomienie wypłat „pięciuset złotych na dziecko”, nie zakończy się przypadkiem zmniejszeniem dostępu rodzin do mieszkań. To pytanie o tyle ważne, że znaczna część młodych Polek i Polaków nie wyobraża sobie mieć dzieci bez własnego „M”.

Trzeba podkreślić, że podatek od niektórych instytucji finansowych nie dotyczy wyłącznie banków. Dlatego nie należy się zdziwić, jeśli w najbliższym czasie nieco droższa stanie się na rynku finansowym oferta dotycząca na przykład niektórych polis OC lub pożyczek gotówkowych, tzw. chwilówek. Dwa złote tu, pięć złotych tam… W skali roku może uzbierać się na przykład kilkadziesiąt złotych.

Jeśli dodamy do tego jeszcze potencjalne negatywne skutki dla akcji kredytowej czy inwestycji w gospodarce, to możemy stwierdzić jedno. Prędzej czy później, w ten czy inny sposób, na podatek nakładany właśnie na sektor finansowy złoży się całe społeczeństwo.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego