Newsletter

Mowa niemal pożegnalna

Kazimierz Bem, 14.01.2016
Podczas dorocznego orędzia na temat stanu państwa Obama przypominał profesora, który przekonuje swych uczniów do większego optymizmu

To było ósme – i już ostatnie przemówienie prezydenta Baracka Obamy na temat stanu państwa (State of the Union). Za rok wygłosi je już nowy prezydent wybrany w listopadowych wyborach.

Blatant World/Flickr. CC BY 2.0

Tak jak poprzednio Obama przemawiał niecałą godzinę. I, podobnie jak w ubiegłych latach, przerywano mu oklaskami – zazwyczaj czynili to demokraci. Republikanie do braw przyłączali się rzadziej, tylko grzecznościowo.

Tym razem widać było, że prezydent jest wyraźnie zmęczony. Raczej przypominał swoje osiągnięcia (powszechne ubezpieczanie zdrowotne, porozumienie klimatyczne w Paryżu, rekordowe tworzenie nowych miejsc pracy i odbudowa amerykańskiego przemysłu samochodowego), niż kreślił plany na przyszłość. Obama dobrze wie, że przy republikańskiej większości w obu izbach Kongresu ma bardzo ograniczone pole legislacyjnego manewru. Stąd był dość oszczędny w planach na nadchodzący rok.

W 2013 roku, świeżo po strzelaninie w Sandy Hook, gdzie zginęło 20 dzieci i 6 dorosłych, przy okrzykach poparcia z galerii i demokratycznych kongresmenów Obama apelował o ustawę kontrolującą dostęp do broni. Kilkakrotnie wołał wówczas „zagłosujcie!”. Tym razem obeszło się bez fajerwerków retorycznych. Obama nie byłby jednak sobą, gdyby dyskretnie, ale celnie, nie wypunktował swoich przeciwników.

Nawiązując do republikańskich prawyborów w stanie Iowa powiedział, że będzie mówił krótko, bo niektórzy muszą uciekać do tego stanu – i zaproponował im udzielenie rad w kampanii. Pił też do republikańskich planów reformy systemu socjalnego. Przypomniał, że to nie ludzie na zasiłkach żywnościowych spowodowali kryzys ekonomiczny, ale zachłanność Wall Street.

Przemówienie Obamy przypominało świetny wykład profesora Harvardu (jego Alma Mater), który chce przypomnieć swoim uczniom, dlaczego ten przedmiot – tzn. Ameryka – jest warty ich entuzjazmu i nadziei. Prezydent wskazywał na wyjątkowość USA i że świat podziwia Amerykę nie za ekskluzywizm, ale za to, że każdy, niezależnie od religii, rasy czy pochodzenia, ma tu szansę na sukces. I jest traktowany na równi z innymi – w tym momencie powściągliwie klaskali nawet republikanie.

Obama tłumaczył, że ani Al-Kaida, ani tzw. państwo islamskie nie stanowi zagrożenia dla istnienia USA – i że opowiadanie takich nonsensów jest powtarzaniem propagandy terrorystów. Cierpliwie wyjaśniał, że Ameryka nie może być policjantem w każdym zakątku świata. Z drwiną zaproponował republikanom, że jeśli chcą wojny z państwem islamskim, to niech Kongres udzieli mu upoważnienia do użycia siły. Wiadomo, że republikanie sparzeni wojną w Iraku na coś takiego się nie odważą, choć lubią stroić się w wojenne piórka jastrzębi.

Obama wskazywał też, że jego wielokrotnie krytykowana polityka zagraniczna doprowadziła do tego, iż Iran ograniczył program nuklearny. Jednocześnie obywatelom USA dał do zrozumienia, że każdy napadnięty meczet i miejsce modlitwy czy prześladowane z powodu religii muzułmańskiej dziecko to nie emanacja ani obrona amerykańskich wartości, ale ich zupełne zaprzeczenie.

W dość osobistym fragmencie prezydent przyznał, że nie udało mu się tego, czego pragnął – pogodzić Amerykanów i wznowić współpracę między demokratami a republikanami. Niestety za czasów jego prezydentury przepaść między obiema partiami się tylko powiększyła – i to niekoniecznie z winy samego Obamy.

Dla polityka, który w 2008 roku startował pod hasłem „Obudzić nadzieję”, nawoływanie Amerykanów do porozumienia i wiary w przyszłość musi być bolesne. Otóż 2/3 Amerykanów, niezależnie od partii, wierzy, że ich ugrupowanie przegrywa. Komentatorzy podkreślali, że choć wszyscy prezydenci od 1980 roku zwyciężali dzięki przesłaniu nadziei i wiary w USA, to Amerykanie u progu 2016 roku pod względem optymizmu (lub raczej jego braku) przypominają rok 1968. Wtedy to w trakcie katastrofalnej wojny w Wietnamie, rozruchów rasowych po zastrzeleniu Dr. Martina Luthera Kinga i Roberta Kennedy’ego, wygrał Richard Nixon. A sam Nixon, jak pamiętamy, skończył w niesławie – aferą Watergate.

Być może chcąc uniknąć powtórki z tamtych wyborów, prezydent Obama starał się ponownie zarazić Amerykanów optymizmem. Jego przemówienie – wezwanie do odrzucenia rasizmu, cynizmu, taniego populizmu i głosowania w oparciu o strach – było subtelną aluzją do wyborczych haseł i programów większości republikanów, w szczególności Donalda Trumpa.

I paradoksalnie tutaj Obama w ostatniej chwili nawiązał nić porozumienia z republikańskim establishmentem. Odpowiedź republikanów nadeszła ze strony gubernator Południowej Karoliny Nikki Haley. Choć niby polemizowała z prezydentem Obamą, to ta córka sikhijskich emigrantów z Indii mówiła o szansach emigrantów (tych przebywających zgodnie z prawem w USA), szacunku dla wszystkich rodzin (chodziło o rodziny jednopłciowe) pod warunkiem, że chroni się swobodę religii. Znów, była to aluzja do wulgarnej, antyislamskiej retoryki Trumpa.

Na sam koniec w dość zabawny i łagodny sposób Haley wspomniała o równych prawach mężczyzn i kobiet. Jak to określił jeden z komentatorów, jej bardzo dobra odpowiedź stanowiła potężne wyzwanie dla republikańskiego establishmentu, Trumpa i innych populistów z tej partii.

W przeciwieństwie do 1968 roku, kiedy to odchodzącemu Lyndonowi Johnsonowi po przemówieniu kongresmeni obu partii odśpiewali „Auld Lang Syne” – pieśń o niezapominaniu przyjaźni – tym razem nie było piosenek czy ponadpartyjnych oklasków. Ale jeśli rzeczywiście Obamie udało się na nowo obudzić w Amerykanach – niezależnie od partyjnych sympatii – nadzieję i pokonać strach, niepewność i defetyzm bijący z mediów, będzie to jedno z jego najlepszych przemówień.

*Kazimierz Bem – doktor prawa, pastor ewangelicko-reformowany w USA i publicysta protestancki