Newsletter

Uchodźca M. opuszcza Lozannę

Elżbieta Sawicka, 23.12.2015
Wigilia Bożego Narodzenia w roku 1839 nie była łatwa dla polskiego poety. Za Lozanną nie przepadał ani on, ani jego cierpiąca na nerwy żona

W domu pachniało choinką, szykowano się od rana do wigilijnej wieczerzy, a biedny pan Adam 24 grudnia – tego dnia obchodził także imieniny i urodziny – musiał prowadzić swoje zwykłe zajęcia ze studentami na Akademii Lozańskiej. Był jedynym katolikiem wśród protestanckich profesorów.

Lozanna. Fot. Diapo.ch

Wykłady z literatury łacińskiej kosztowały go wiele wysiłku. Podstawy miał solidne – literaturę klasyczną studiował u świetnych profesorów na Uniwersytecie Wileńskim, ale było to dawno temu. Liczący sobie czterdzieści jeden wiosen profesor nadzwyczajny Académie de Lausanne musiał od nowa przysiąść do ksiąg. „Żrę łacinę, a pluję francuszczyzną” skarżył się pod koniec listopada w liście do Józefa Bohdana Zaleskiego, serdecznego przyjaciela.

Nad wodą wielką i czystą

Wcześniej, w sierpniu 1839 roku, pisał do Ignacego Domeyki o widoku z okna domu przy ulicy Saint Pierre, gdzie mieszkał z rodziną. Jest to widok zachwycający – na Alpy i jezioro Lemańskie, ale Mickiewicz kręcił nosem: „Wolę ja nasze litewskie krajobrazy, na których zaraz można położyć się i przespać się, niż te dalekie bliktry, co oczy łudzą jak kamer-obscura. Miasto Lausanna zresztą dość nudne”.

Porównania z Paryżem Lozanna nie wytrzymuje ani współcześnie, ani tym bardziej nie wytrzymywała w XIX stuleciu. Położona jest pięknie – na trzech wysokich wzgórzach opadających ku jezioru, ale na Mickiewiczu pejzaż ten nie robił większego wrażenia.

Samo miasto w jego czasach było architektonicznie mało ciekawe, o zabudowie głównie średniowiecznej. Renesans i barok zupełnie ominęły Lozannę, a eleganckie budowle, które dziś przydają jej splendoru, powstały dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Poeta widział więc stare średniowieczne domy, ulice słabo oświetlone i niewygodne – tak strome, że powozem jechało się w dół na łeb na szyję.

W tej nudnej Lozannie napisał kilka wierszy, które uchodzą za arcydzieło liryki polskiej. Wśród nich tak sławne i znane powszechnie jak „Polały się łzy me czyste, rzęsiste”, „Nad wodą wielką i czystą” czy „Gdy tu mój trup”. Nie dbał o nie. Zapisywał kolejne wersy jakby przypadkiem w brulionie, w skrócie, z błędami, z literówkami, na kartach pomazanych i pokrytych kleksami atramentu. Nigdy nie wydał ich drukiem. Tytuł „Liryki lozańskie” nadali wierszom wydawcy.

Lozanna. Widok na Alpy i Leman, czyli Jezioro Genewskie Fot. Diapo.ch

Lozanna. Widok na Alpy i Leman, czyli Jezioro Genewskie
Fot. Diapo.ch

W poszukiwaniu lepszego losu

Z Paryża do Lozanny przygnała go bieda. Miał na utrzymaniu chorą żonę i dwójkę dzieci. I żadnego stałego dochodu. Kiedy więc usłyszał, że Akademia Lozańska poszukuje profesora literatury łacińskiej, ruszył do Szwajcarii. Posadę wykładowcy zdobył głównie dzięki protekcji Giovanniego Scovazziego, emigranta z Włoch.

W czerwcu 1839 r. sprowadził do Lozanny rodzinę. Zamieszkali przy ulicy Saint-Pierre numer 16, w dość drogim umeblowanym mieszkaniu. Wkrótce po owej pracowitej Wigilii przeprowadzili się do willi przy ulicy Beau-Séjour 40. W liście do Ignacego Domeyki Mickiewicz pisał: „Mieszkamy tu dosyć dobrze, płacimy fr. 80 na miesiąc. Okna mam z mego pokoju na jezioro Leman i na Alpy”. A córka poety, Maria Gorecka, wspominała po latach: „Mieszkaliśmy w willi Beau-Séjour, jednej z najpiękniejszych nad jeziorem, w której Napoleon stał w czasie swego przejazdu przez Lozannę”. Wspominała też ogród i wspaniały przeszklony salon: „Przeciwległa ściana, cała zwierciadlana, odbijała cudny ten krajobraz:błękitną przestrzeń Lemanu i w oddaleniu śnieżne góry”.

Willa dziś już nie istnieje. Dom przy ulicy Saint-Pierre też się nie zachował. W gmachu Akademii Lozańskiej ulokowano gimnazjum, więc szukanie śladów autora „Liryków lozańskich” wcale nie jest takie łatwe.

Tego lata mieszkałam parę dni w Lozannie, kilka kroków od ulicy Saint Pierre, na rue de la Paix. Poeta musiał często chodzić tymi ulicami. Do Akademii zapewne przez Place St-François, stromą rue de Bourg, gdzie rozsiadły się dziś eleganckie butiki. Nieco nadkładając drogi wspinał się pewnie po krytych drewnianych schodach Escaliers du Marché. Zawsze jednak, żeby dotrzeć na wzgórze Mont Jorat do rue Cité-Devant 7, gdzie czekali na niego studenci, musiał minąć katedrę Notre-Dame.

Nie wątpię, że do niej zaglądał. To najpiękniejsza wczesnogotycka świątynia w całej Szwajcarii, przypominająca zresztą katedry francuskie. Zachwyca już przepiękny portal z rzeźbionymi figurami. Jednak to kopie – podczas reformacji ogarnięci świętym ogniem ikonoklaści tłukli rzeźby figuralne młotkami (obrazy palili). We wnętrzu staje się w lesie kolumn i kolumienek. Nawa jest stumetrowa, sklepienie – wspaniałe. Tym jednak, co przede wszystkim przykuwa wzrok, jest ogromna rozeta wypełniona XIII-wiecznymi witrażami.

Czy Mickiewicz modlił się czasem w tej katedrze, która w XVI wieku przestała być katolicka, nie wiem. Czy rozmyślał o skutkach wojen religijnych? Bardzo możliwe.

W drodze do Akademii Lozańskiej poeta zawsze mijał katedrę Notre-Dame Fot. Elżbieta Sawicka

W drodze do Akademii Lozańskiej poeta zawsze mijał katedrę Notre-Dame.
Fot. Elżbieta Sawicka

Wygnaniec w cylindrze

Na ulicy nie rozpoznawano w nim cudzoziemca. Polak z Litwy – ale też paryżanin – nie chodził w powstańczej czamarze. Czy nosił na głowie konfederatkę, tak jak go przedstawia pośmiertna fotografia? Raczej nie. „Stroił się Adam zwyczajnie – wspominał malarz Alojzy Ligenza Niewiarowicz. – Nieraz widziałem go we fraku, z cylindrem na głowie. Całe życie po prawdzie nie przykrywał głowy inaczej”.

Pisze też Niewiarowicz, że poeta był wzrostu średniego: „Mierzył 1 metr i 64 centymetry. Ręce i nogi miał małe, ciało, choć niewysokie – piękne. Włosy – nadzwyczaj gęste, grube, które miał obyczaj palcami jakoby grzebieniem odrzucać na prawą stronę, a biust ciała przy tym w tył uginać. Z czasem zapuścił faworyty i nosił je aż do śmierci”.

Zatem nasz poeta mógł się podobać. Wiemy też, że przez wielu był zwyczajnie lubiany.

Całe pokolenia tytułują go „wieszczem”, ale przypadają mu też w udziale słowa takie jak wygnaniec, wędrowiec, pielgrzym, emigrant. Uchodźca? Także. „Uchodźcą i emigrantem politycznym był sam Adam Mickiewicz – pisał niedawno w tekście „Gość w dom, Bóg w dom, czyli nie cała Polska hejtuje uchodźców” Adam Szostkiewicz. – Zmarł w Stambule, stolicy islamskiego imperium tureckiego, które pozwoliło Polakom organizować oddziały zbrojne do walki z imperium rosyjskim”.

Warto przypominać ten fakt.

Warto w ogóle pamiętać o panu Adamie.

Geniusz poetycki Mickiewicza objawił się po raz ostatni w Lozannie Fot. Jan Mieczkowski – CBN Polona, Wikipedia

Geniusz poetycki Mickiewicza objawił się po raz ostatni w Lozannie.
Fot. Jan Mieczkowski – CBN Polona, Wikipedia

Poeta i zgiełk

Kiedy miesiąc temu, 26 listopada, przypadała 160. rocznica śmierci Mickiewicza, jeden z moich znajomych napisał na Facebooku: „Wstyd, że zgiełk przykrywa taką rocznicę”. Jaki zgiełk miał na myśli, wiadomo: blitzkrieg partii rządzącej i nocne horrory w Sejmie. Kto tego dnia pamiętał o poecie umierającym w Konstantynopolu? Kto miał głowę, by za Zygmuntem Krasińskim przypominać: „My wszyscy z niego”. Zabrakło Tadeusza Konwickiego, więc nikt też nie porwał się na akt strzelisty, jakim był swego czasu esej „Mickiewiczowie młodsi” napisany w 150-lecie śmierci autora „Dziadów”.

Ale już w grudniu przypomnieliśmy sobie o panu Adamie. Na Facebooku karierę robił cytat z ósmej księgi „Pana Tadeusza” zatytułowanej „Zajazd”:

„Panie Kluczniku, zaczekaj! –
Rzekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy –
Gotów jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy,
Ale ostrzegam, że akt nie będzie miał mocy,
Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy”.

Z naciskiem na dwa ostatnie wersy.

„Trochę niewdzięcznie ich porzucić”

Wróćmy jednak do Lozanny. Studenci szanowali profesora Polaka i cenili jego wykłady. Uchodźca wrastał powoli w pejzaż miasta. Traktowano go życzliwie, zawarł przyjaźnie w środowisku akademickim. Mimo to na Szwajcarów narzekał, że ciężcy i chłodni. Jawili mu się jakby wykuci „z granitu skał alpejskich”.

Władze Akademii Lozańskiej w obawie, że mogą popularnego wykładowcę stracić na rzecz Genewy albo Paryża, starały się, jak mogły. Mianowano Mickiewicza – bez konkursu i dysertacji – profesorem zwyczajnym, „według prawa pozwalającego nominować ludzi zaszczytnie znanych” – jak pisze Marta Zielińska w wielkiej księdze „Mickiewicz. Encyklopedia”. Przyznano mu najwyższą pensję 3 tys. franków. Wszystko na nic.

Rozpoczął starania o powrót do Paryża, by objąć tam katedrę literatury słowiańskiej w Collège de France.

Tu, gdzie Mickiewicz prowadził wykłady z literatury łacińskiej, dziś mieści się gimnazjum.  Fot. Elżbieta Sawicka.

Tu, gdzie Mickiewicz prowadził wykłady z literatury łacińskiej, dziś mieści się gimnazjum.
Fot. Elżbieta Sawicka

W liście do brata Franciszka pisał: „tu tak wszyscy dla mnie przychylni, że trochę niewdzięcznie ich porzucić”. Jednak klamka zapadła. Siódmego października 1840 roku Adam Mickiewicz wraz z rodziną opuścił Lozannę. W Paryżu wkrótce znalazł się w orbicie Andrzeja Towiańskiego i Koła Sprawy Bożej. Poeta już się w nim nie odrodził.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścinskiego.