Newsletter

Niższy wiek emerytalny będzie słono kosztować

Jan Gmurczyk, 09.12.2015
Jeśli wiek emerytalny w Polsce zostanie znów obniżony, to prędzej czy później skutki tej zmiany rząd dostrzeże w kasie państwa, a emeryci odkryją w portfelach

Polskie społeczeństwo się starzeje. Pewnie mało kto ma jednak świadomość tempa tego procesu. Gospodarka przecież rośnie, emerytury wypłacane są terminowo, a finanse publiczne wyglądają stabilnie. Stąd łatwo ulec iluzji, że kryzys demograficzny to problem teoretyczny. Taki, który trapi ekspertów, a zwykłego obywatela dotknie dopiero w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tymczasem realia są nieubłagane. Wpływ zmian demograficznych na gospodarkę będzie się wzmagał.

Fot. Jake Stimpson/Flickr. CC BY 2.0

Najłatwiej zrozumieć to na przykładzie. Wyobraźmy sobie, że prowadzimy firmę meblarską. Jeśli zatrudniamy dziesięciu stolarzy, to odejście na emeryturę jednego z nich oznacza spadek zdolności produkcyjnej firmy o 10 proc. (1/10). Ale jeśli mamy pięciu stolarzy, to przejście jednego z nich na emeryturę oznacza spadek zdolności produkcyjnej firmy już o 20 proc. (1/5).

Słowem, gdy mamy dużo pracowników, to ubytek jednego z nich nie rzutuje silnie na produkcję. Ale jeśli mamy mało pracowników, to ubytek jednego zaczyna mieć kluczowe znaczenie dla produkcji. Analogiczna prawidłowość dotyczy całej gospodarki.

Nieubłagane prognozy

Oczywiście dziś polskie społeczeństwo wciąż jest jeszcze dość młode. Dużo osób pracuje, a stosunkowo mało pobiera emerytury. To dlatego wpływ zmian demograficznych na gospodarkę pozostaje niewidoczny. Ale wstrząs nadciąga. Przejście tysiąca pracowników na emeryturę za pięć lub dziesięć lat będzie miało dużo większy wpływ na PKB i finanse państwa, niż przejście tysiąca pracowników na emeryturę dziś. Bo proporcja osób w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym stale się pogarsza. W którymś momencie nastąpi przesilenie i nagle stanie się jasne, że gospodarka zwalnia, w kasie państwa narasta deficyt, a na emerytury czeka coraz więcej seniorów.

Rysunek 1

 

Rysunek 1 informuje, że o ile w 2015 roku na 100 osób w wieku 67 lat i więcej przypada 539 osób w wieku 18-66 lat, o tyle w roku 2040 będzie to już zaledwie 279 osób. Tylko w ciągu najbliższych pięciu lat, tj. do 2020 roku, rozważana proporcja stopnieje z 539 do 434, co oznacza zmianę rzędu 20 proc.

Imigracja nie zatrzyma trendu

Wielu ekspertów i polityków uważa, że dobrą odpowiedzią na zmiany demograficzne może być imigracja. Na pozór oczywiste, takie rozwiązanie ma jednak w warunkach polskich głównie charakter teoretyczny. Jego potencjał jest dużo mniejszy, niż się zwykło sądzić.

Jeśli w 2040 roku między liczbą osób w wieku 18-66 lat a liczbą osób w wieku 67 lat i więcej chcielibyśmy mieć w Polsce dzięki imigracji taką samą proporcję, jaką mamy w 2015 roku, to w roku 2040 ponad 21 mln (!) osób w wieku 18-66 lat musiałoby pochodzić z zagranicy. Trudno uwierzyć, by taki scenariusz był realny.

Po pierwsze skąd tylu imigrantów miałoby do naszego kraju napłynąć? Z Ukrainy, którą zamieszkuje kilka milionów osób więcej niż Polskę i która również przeżywa kryzys demograficzny? A może z Azji? Albo Afryki?

Po drugie, czy polskie społeczeństwo jest gotowe na masowy napływ ludzi z obcych krajów i kultur? Spójrzmy, co się dzieje dziś, gdy mówi się o przyjęciu do Polski kilku czy kilkunastu tysięcy uchodźców. Część mieszkańców naszego kraju prezentuje szlachetną postawę pełną empatii i solidarności. W większości przypadków widzimy jednak falę niechęci, a niekiedy wręcz ksenofobii. Czasem słyszymy też następującą argumentację: uchodźcy – tak, imigranci ekonomiczni – nie.

Po trzecie, ilu imigrantów jest w stanie przyciągnąć Polska? Wszak nie tylko nasze społeczeństwo się starzeje. O imigracji jako drodze do odzyskania równowagi ludnościowej mówi się w całej Unii Europejskiej. Przy czym każdy kraj najchętniej gościłby u siebie wykształconych, zbliżonych kulturowo cudzoziemców. A takich nie ma zbyt wielu. I Polska raczej nie będzie dla nich magnesem. Choćby dlatego, że średnie płace w naszej gospodarce są około 3-5 razy niższe niż w Europie Zachodniej.

Pojawia się wręcz pytanie, czy to właśnie Polska nie będzie w najbliższych latach miejscem, gdzie kolejne firmy zachodnie będą szukać owych wykształconych, zbliżonych kulturowo pracowników. Ten proces już się zaczął. Stąd też w nadchodzących latach sukcesem może okazać się już nie tyle zdolność Polski do przyciągania talentów z zagranicy, ile zdolność zatrzymania talentów w kraju.

Wyższa dzietność nas nie wybawi

Skoro imigracja rokuje tak małe nadzieje, to gdzie upatrywać lepszej odpowiedzi na wyzwanie demograficzne? Ktoś powie, że we wzroście dzietności, ale tu też sytuacja nie jest taka prosta, jak się z pozoru wydaje.

Po pierwsze przyczyny niskiej dzietności w naszym kraju są złożone. W grę wchodzą czynniki ekonomiczne (niepewność jutra, deficyt mieszkań itp.) i kulturowe (np. zmiany stylu życia). Co prawda w sprzyjających warunkach pewien wzrost dzietności wydaje się w Polsce osiągalny, ale na pewno nie do poziomu, który zapewnia prostą zastępowalność pokoleń. I nie zmienią tego nawet tak kosztowne działania, jak wprowadzenie świadczenia w wysokości pięciuset złotych na dziecko. Ba, istnienie takiego świadczenia może dodatkowo utrudnić gospodarce sprostanie zmianom demograficznym. Dlaczego? Istnieje ryzyko, że stałe wsparcie ze strony państwa zachęci niektórych rodziców do całkowitej lub częściowej rezygnacji z pracy zarobkowej.

Po drugie nie zmienimy przeszłości. W strukturze wiekowej ludności przez ostatnie ćwierć wieku narosła wyrwa, której nie da się zasypać wzrostem dzietności. Nie cofniemy zegara. W roku 1992 lub 2004 już nie urodzi się przecież więcej dzieci. Liczebność kolejnych roczników niżu demograficznego można teoretycznie uzupełnić imigracją, ale – jak już wcześniej wyjaśniliśmy – w Polsce nie można na to specjalnie liczyć.

Zastanówmy się zatem, co by się stało, gdyby za rok lub dwa doszło do nagłego wzrostu liczby urodzeń. W długim okresie, czyli za 20-30 lat, moglibyśmy liczyć na pewne (raczej częściowe) przywrócenie równowagi ludnościowej. Jednak w międzyczasie, przez wspomniane 20-30 lat, stosunkowo wąska grupa osób pracujących musiałaby utrzymać nie tylko siebie, ale również dwie duże grupy bierne zawodowo. Już nie tylko przyrastającą liczbę seniorów, ale także rosnącą liczbę dzieci. Czy przez te 20-30 lat państwo byłyby w stanie sfinansować jednocześnie wzrastające nakłady na emerytury, edukację i opiekę zdrowotną?

Oczywiście o pewien wzrost dzietności trzeba w Polsce zabiegać, by w długim okresie starać się równoważyć sytuację ludnościową. Jednak warto mieć na uwadze, że wobec zaistniałych przemian demograficznych zbyt nagły wzrost liczby urodzeń mógłby paradoksalnie okazać się nie do udźwignięcia dla gospodarki i finansów publicznych.

Kto zarobi na nasze emerytury?

Ograniczony potencjał imigracji i wzrostu dzietności jako recept na kryzys demograficzny prowadzi do surowego, ale nieuchronnego wniosku. Osoby, które dziś pracują lub niedługo wejdą na rynek pracy będą musiały wziąć na swoje barki główny ciężar ekonomicznych skutków zmian demograficznych. Nie można liczyć, że w najbliższych dekadach od problemu wybawią nas inni – czy to imigranci, czy to jeszcze nienarodzone dzieci. Te dwie grupy mogą pomóc, ale tylko do pewnego stopnia.

A skoro tak, to nie ma wyjścia: należy dążyć do maksymalnego zwiększenia aktywności zawodowej w społeczeństwie. Czyli, na przykład, promować rozwiązania, które sprzyjają spadkowi bezrobocia, a unikać takich pomysłów jak pięćset złotych na dziecko. Oprócz tego Polki i Polacy powinni wkraczać w życie zawodowe możliwie wcześnie, natomiast w stan spoczynku przechodzić możliwie późno.

Rysunek 2

Niestety, pod tym względem sytuacja w Polsce nie wygląda najlepiej. Rysunek 2 prezentuje szacunki Eurostatu, które dotyczą oczekiwanej liczby lat, jaką przeciętnie przepracuje w swoim życiu piętnastolatek w Polsce, Czechach, Szwecji i Unii Europejskiej. Jak widzimy w 2014 roku szacunkowa przeciętna długość trwania życia zawodowego była w naszym kraju wyraźnie niższa niż średnia unijna, a także odczyty dla Czech i Szwecji.

Tym samym przed nami trudne wyzwanie. Należy dążyć do intensyfikacji aktywności zawodowej społeczeństwa. Bo czas ucieka. Przyjęta w 2012 roku ustawa, na mocy której od 2013 roku zaczęto w Polsce stopniowo podwyższać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn do poziomu 67 lat, była absolutnie konieczna.

Powtórzmy: dziś zmiany demograficzne przebiegają niejako w utajeniu. Może się zatem wydawać, że podwyższanie wieku emerytalnego już teraz do 67 lat jest niepotrzebne lub przedwczesne. Ale prognozy demograficzne czarno na białym wskazują, że decyzja z 2012 roku była słuszna.

Stąd też krytycznie należy ocenić prezydencki projekt ustawy, który wpłynął do Sejmu 30 listopada br. i który zmierza w odwrotnym kierunku, tj. w stronę ponownego obniżenia wieku emerytalnego do co najmniej 60 lat w przypadku kobiet i co najmniej 65 lat w przypadku mężczyzn. Po prostu: jeśli wiek emerytalny w Polsce zostanie znów obniżony, to prędzej czy później skutki tej zmiany rząd dostrzeże w kasie państwa, a emeryci odkryją w portfelach.

Dłuższa praca to wyższa emerytura

Warto podkreślić, że decyzja o podniesieniu wieku emerytalnego jest korzystna przede wszystkim dla przyszłych seniorów. Bo dzięki niej emerytury będą po prostu wyższe. Rysunek 3 ukazuje, jak duże różnice mogą wchodzić w grę w dłuższej perspektywie. W przypadku kobiet urodzonych w 1974 roku podniesienie wieku emerytalnego z 60 do 67 lat stwarza szansę na emeryturę wyższą o blisko 1500 złotych. Z kolei w przypadku mężczyzn urodzonych w 1974 roku podwyższenie wieku emerytalnego z 65 do 67 lat oznacza świadczenie wyższe o prawie 600 złotych.

Rysunek 3
Ale decyzja o podwyższeniu wieku emerytalnego oznacza również bardzo duże korzyści dla stabilności finansowej państwa. To o tyle ważne, że to właśnie państwo pozostaje gwarantem bezpieczeństwa emerytalnego milionów Polek i Polaków.

Szacunki Ministerstwa Finansów zawarte w uzasadnieniu do rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz niektórych innych ustaw (s. 58-59) z roku 2012 wskazują, że podniesienie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn tylko do 2020 roku przyniesie sektorowi finansów publicznych skumulowane korzyści rzędu 48,7 mld złotych. Do roku 2025 będzie to w sumie 140,0 mld złotych, a do roku 2040 – już 570,3 mld złotych.

Dla porównania, w ustawie budżetowej na rok 2014 łączną kwotę dochodów budżetu państwa zapisano na poziomie około 277,8 mld złotych.

Analogicznie odwrócenie reformy z 2012 roku przyniesie utratę związanych z nią zysków. Po pierwsze otworzy przed pracownikami perspektywę znacznie niższych emerytur, co będzie szczególnie wyraźne w przypadku kobiet oraz młodszych roczników. Po drugie stworzy ryzyko dla długofalowej stabilności finansowej państwa. Bo jeśli propozycja ponownej obniżki wieku emerytalnego zostanie przyjęta, to sektor finansów publicznych straci wspomniane korzyści. Podkreślmy, że w długiej perspektywie mowa o setkach miliardów złotych.

Oczywiście można argumentować, że chętnym nikt przecież nie zabrania pracować ponad ustawowe minimum. Spytajmy jednak wprost: ilu seniorów faktycznie zdecyduje się pracować dłużej? To pytanie o tyle ważne, że – jak już wskazywaliśmy – w warunkach kryzysu demograficznego każdy pracownik jest na wagę złota. Maksymalne zwiększenie aktywności zawodowej w społeczeństwie to w obecnych okolicznościach po prostu konieczność.

Rola innowacyjności

Być może jednak jeszcze ważniejszy element odpowiedzi na kryzys demograficzny to w przypadku Polski budowa innowacyjnej gospodarki. Sukces w tym względzie umożliwiłby osiągnięcie takiej wydajności pracy, że spadek liczby pracowników miałby ograniczony wpływ na kondycję państwa.

Znów posłużmy się przykładem. Wyobraźmy sobie, że mamy firmę meblarską, w której zatrudniamy pięciu stolarzy. Każdy z nich pracuje tylko ręcznymi narzędziami. Jeśli trzech stolarzy odejdzie na emeryturę, to możliwości produkcyjne firmy stopnieją o 60 proc. (3/5). Ale jeśli pozostałym dwóm stolarzom kupimy nowoczesne narzędzia, które przyspieszą lub zautomatyzują obróbkę drewna, to może się okazać, że pomimo spadku zatrudnienia moce wytwórcze firmy wzrosną.

Przekładając to na sytuację w Polsce, rozwój nowoczesnych technologii – zwłaszcza będących owocem pracy polskich naukowców – może zapewnić duży wzrost wydajności pracy. Potencjalnie nawet taki, że kraj nie tylko poradzi sobie z kryzysem demograficznym, ale będzie jeszcze w stanie podnosić dobrobyt i nadal skracać dystans rozwojowy do Europy Zachodniej.

Co więcej jeśli innowacyjną gospodarkę faktycznie udałoby się zbudować, płace w wielu sektorach mogłyby być dużo wyższe niż obecnie. To podniosłoby w Polsce standard życia, co z kolei przełożyłoby się zapewne na wzrost imigracji, dzietności i liczby stanowisk, gdzie praca do późnego wieku nie jest uciążliwa. Pytanie, jak rozwinąć innowacyjność, to temat na odrębną dyskusję, ale warto odnotować, że w tym kierunku podejmuje się już w naszym kraju różne wysiłki, które rokują pewną nadzieję na sukces.

Rysunek 4

 

Wreszcie istotnym elementem, który może dopełnić polską odpowiedź na zmiany demograficzne (zob. rys. 4), jest zwiększenie poziomu oszczędności w społeczeństwie. Mowa tu przede wszystkim o zwiększeniu dobrowolnych oszczędności emerytalnych, ale nie tylko. Ogólnie wyższy poziom oszczędności w kraju pomógłby wzmocnić długofalowe możliwości inwestycyjne gospodarki i podtrzymać dotychczasowe tempo rozwoju.

Dane Eurostatu wskazują, że w 2013 roku polskie gospodarstwa domowe oszczędzały niecałe 3 proc. swojego dochodu do dyspozycji brutto. To niewiele zarówno na tle średniej dla UE (nieco ponad 11 proc.), jak i pozostałych państw Grupy Wyszehradzkiej (odczyty dla Czech, Słowacji i Węgier zawarły się w przedziale 8-11 proc.).

Jak wynika z opracowania Komisji Nadzoru Finansowego pt. „Indywidualne konta emerytalne oraz indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego w I półroczu 2015 roku” (s. 26), pod koniec czerwca br. IKE posiadało 5,2 proc. osób pracujących, natomiast IKZE miało 3,5 proc. osób pracujących. Wartość aktywów zgromadzonych w IKE i IKZE wyniosła w sumie około 6 mld złotych (5,5 mld złotych w IKE i 0,4 mld złotych w IKZE).

Z kolei Bank Światowy podaje, że w 2013 roku oszczędności brutto wyniosły w polskiej gospodarce 18 proc. PKB. To mniej niż analogiczne odczyty dla takich państw jak Chiny (50 proc.), Czechy (24 proc.), Indie (32 proc.), Kazachstan (24 proc.), Rumunia (22 proc.) czy Uganda (22 proc.).

Powyższa garść danych ilustruje, jak duże wyzwanie rysuje się przed polską gospodarką. I niestety tu też nie mamy dużo czasu. Zdolność do gromadzenia oszczędności będzie miała szczególne znaczenie już po 2020 roku, gdy napływ funduszy europejskich do Polski zacznie się zmniejszać, a proporcja liczby osób w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym będzie już wyraźnie inna niż dziś.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego