Newsletter

Liberalno-lewicowe minimum dla PO

Bartłomiej Kozek, 10.12.2015
Zniknięcie lewicy z Sejmu może dać Platformie przestrzeń do odbudowy pod znanym z 2011 r. hasłem „nowego centrum”. Taka ucieczka do przodu opłaci się bardziej niż ściganie się na liberalizm z .Nowoczesną i na konserwatyzm z PiS

Jako osoba o poglądach politycznych raczej na lewo niż dzisiejsza Platforma Obywatelska nie oczekuję od niej przesadnie wiele. Nie zakładam, że nagle zacznie oponować przeciwko umowie handlowej UE z USA albo postawi na swoich sztandarach pełną równość małżeńską.
Jednak w sytuacji, gdy Prawo i Sprawiedliwość zdobyło samodzielną władzę i – wespół z buforującym ich pozycję ruchem Kukiz’15 – może dość swobodnie kształtować kraj na swój obraz i podobieństwo, kondycja aktualnie głównej partii opozycyjnej wydaje się sprawą nie tylko jej twardego elektoratu.

Powrót do narracji, w której Platforma zasługuje na władzę wyłącznie dlatego, że jest najsilniejszą oponentką PiS, mija się dziś z celem. Skutki tej strategii widoczne były w tegorocznych wyborach parlamentarnych. Straszenie zagrożoną demokracją nie przekonało wyborców znużonych dotychczasową władzą oraz pałających chęcią zmian. Chwalenie się wydawaniem środków europejskich nie zmobilizowało równie skutecznie, co obietnica 500 złotych na dziecko.

Partia po przejściach

Programowe odpowiedzi PO nie okazały się chwytliwe, a ich grzechem pierworodnym stała się ich ogólność i niejasność. Do rangi symbolu urosły długie dni po konwencji programowej, stracone na tłumaczeniu idei niskiej, realnej stopy podatkowej dla najmniej zarabiających na poziomie 10 proc.

Nie dość dobrze wytłumaczono ideę jednolitego kontraktu, mającego skończyć z dualnym rynkiem pracy w Polsce. Zresztą i w wypadku tego pomysłu pytań i wątpliwości nie brakowało – związanych chociażby z ryzykiem zmniejszenia bezpieczeństwa zatrudnienia osób pracujących do tej pory na umowach o pracę.

W efekcie partia dość szybko z poziomu tłumaczenia propozycji wróciła do starego, dobrego „straszenia PiS-em”. Straszenia, które nieprzesadnie zmobilizowało elektorat, a które zepchnęło PO na pozycje reaktywnego odpowiadania na hojne obietnice socjalne.

A przecież oba wspomniane postulaty mogłyby skutkować z jednej strony większą progresywnością systemu podatkowego, z drugiej zaś – poprawą sytuacji na rynku pracy, który długo za długo nie był rynkiem pracownika.

Linie podziału

W nowej rzeczywistości PO ma pod górkę. Tłok po prawej stronie sceny politycznej widoczny jest gołym okiem. W najbliższych tygodniach PiS, niczym w „Doktrynie szoku” Naomi Klein, zagwarantuje sporo emocji w związku ze stopniowym przejmowaniem instytucji publicznych.

Konkurencja w postaci .Nowoczesnej poważnie utrudnia Platformie prezentowanie się jako formacja liberalna ekonomicznie (przelicytować postulat 3×16 nie będzie łatwo). Jednocześnie sprawia, że obietnice neutralności światopoglądowej państwa czy obrony wolności obywatelskich w wykonaniu PO wyglądają blado.

Skupianie swojego przekazu wyłącznie na kwestiach związanych z zawłaszczaniem państwa przez nową partię rządzącą po raz kolejny niesie za sobą ryzyko reaktywności. Może on od czasu do czasu rozgrzać część elektoratu. Mało prawdopodobne jednak, by kwestie składu Trybunału Konstytucyjnego czy wrocławskiego spektaklu teatralnego zmobilizowały społeczną większość i w efekcie zakończyły rządy Beaty Szydło/Jarosława Kaczyńskiego.

Platforma, jeśli chce pozostać istotną siłą polityczną, powinna zastanowić się, jak odzyskać wiarygodność jako siła modernizacyjna. Siła, która potrafi zaproponować coś więcej niż tylko budowę kolejnych kilometrów dróg.

Nowe centrum

Co można podpowiedzieć? W kontrze do „powrotu do korzeni”, których symbolem było niezrozumiałe przekonanie, jakoby elektorat oczekiwał od PO jednomandatowych okręgów wyborczych, dużo lepszym punktem wyjścia wydaje się koncepcja „nowego centrum”. Koncepcję tę, co warto przypomnieć, prezentowano w okolicach wyborów roku 2011. Była to próba spójnej opowieści o modernizacyjnej „partii wielkiego namiotu”, gromadzącej osoby o dość odległych przekonaniach politycznych.

Warto zwrócić uwagę na to, czym PO w wyborach z 2011 roku się chwaliła. Sporą część listy postulatów stanowią rozwiązania typu: lepsza polityka rodzinna, wyższa płaca minimalna. Również podkreślając przejście przez globalny kryzys gospodarczy, PO między wierszami zdaje się przyznawać, że udało się to dzięki stymulacyjnemu charakterowi funduszy unijnych, a nie polityce cięć i zaciskania pasa.

Oczywiście narracja „nowego centrum” nie nadaje się do tego, by w cztery lata od jej ogłoszenia powracać do niej w skali 1:1. Daje jednak szansę na ponowne wypełnienie treścią formacji, która ma ambicje okupować dość duże pole na polskiej scenie politycznej. Wydaje się również opowieścią bardziej atrakcyjną niż samookreślanie się jako formacja konserwatywno-liberalna, co de facto oznacza oddanie pola na lewej flance już istniejącym bądź zupełnie nowym ugrupowaniom.

Podgrzać ciepłą wodę

Rozmaite postulaty – tak ekonomiczne, jak i światopoglądowe – zbyt często w Polsce mierzy się wyłącznie naszą, swojską miarą tego, co możliwe. Tymczasem rozwiązania znane w państwach mocniej od Polski rozwiniętych, takie jak zdecydowanie progresywne podatki czy hojniejsza siatka zabezpieczeń społecznych powinny być równie istotnym wskaźnikiem rozwoju naszego kraju, co kolejne kilometry oddanych do użytku dróg.

Mało kto oczekuje od PO bycia partią radykalnej zmiany – „ciepła woda w kranie” zostanie zapewne jej znakiem charakterystycznym. Nie znaczy to, że owa ciepła woda nie mogłaby od czasu do czasu stać się odrobinę gorętsza. Czas przestać udawać, że w świecie, w którym w katolickiej Irlandii przegłosowuje się równość małżeńską w referendum, umiarkowany projekt posła Dunina dotyczący jakiejś formy regulacji związków partnerskich jest wielkim „lewackim zamachem na świętość rodziny”. (Prawdopodobnie taki projekt byłby zgodny z polską konstytucją).

Tego typu niejasność i rozchwianie już teraz zdaje się kosztować Platformę odpływem części liberalnego światopoglądowo elektoratu do .Nowoczesnej. W sytuacji, gdy PiS jest w stanie zmieniać prawo z dnia na dzień, ślimacze tempo, w jakim PO przegłosowywała konwencję antyprzemocową czy regulacje dotyczące in vitro, robią wrażenie – tyle że niekoniecznie pozytywne.

PO ma szansę wprowadzić świat do polskiej debaty publicznej, zastępując wizję „polskiej wyjątkowości” i zupełnej nieprzekładalności zagranicznych rozwiązań otwarciem się na czerpanie dobrych wzorców i ich dostosowywaniem do rodzimych realiów. Oznacza to np. przyznanie, że interesujący może być dla nas duński model flexicurity, zarazem nad Wisłą do jego budowy potrzebujemy nie mniej, ale więcej elementów systemu zabezpieczeń społecznych.

Otwarcie na rozwiązania, które sprawdziły się w innych krajach oznacza również wejście w dialog ze środowiskami ekologicznymi na temat polityki energetycznej. Energetyka przestanie opierać się na węglowej monokulturze, ale nie będzie ignorowała punktu startowego polskiej gospodarki. Czyli węgiel (a nie gaz, jak w mniej „uwęglonych” gospodarkach) może zostać uznany za rozwiązanie pomostowe na drodze do zwiększenia udziału energetyki odnawialnej w miksie energetycznym.

Proeuropejskość – nie tylko z nazwy

Do tej pory jedynym miernikiem chęci aktywnego współkształtowania przyszłości Unii Europejskiej w debacie publicznej ze strony PO było pragnienie szybkiego wstąpienia do strefy euro. Gdy ta ostatnia zaczęła mieć problemy i przyjęcie wspólnej waluty się oddaliło, z mitycznej „proeuropejskości” Platformie zostało czerpanie z funduszy unijnych. Ponadto przysłuchując się stanowisku polskiego rządu wobec unijnej polityki energetyczno-klimatycznej czy kryzysu uchodźczego trudno było odnieść wrażenie, że politykom tej partii towarzyszy chęć budowy silniejszej Europy.

To realny problem – tym bardziej, że w obliczu różnego rodzaju wyzwań Europa potrzebuje inspiracji i przywództwa. Zamykanie się w obrębie wąsko pojmowanego „interesu narodowego” coraz bardziej zagraża jej stabilności i przyszłości. Ryzyko Brexitu – wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE – jest tu najlepszym przykładem. Ale nie brak też innych. Jeśli niepokoi nas flirt Viktora Orbána z Rosją, to niechęć wobec przyjmowania uchodźców czy zwiększania znaczenia odnawialnych źródeł energii nie jest żadną odpowiedzią.

Nawet uwzględniając specyfikę polskiego systemu energetycznego nie da się np. zupełnie ignorować rosnących ambicji klimatycznych USA, Chin czy Indii i prezentować politykę unijną jako kompletnie nieracjonalne zagrożenie dla gospodarki kontynentu. Podobnie jest w kwestii uchodźców. Współtworząc strefę Schengen coraz trudniej udawać, że Europa będzie w stanie podtrzymywać kilkadziesiąt zróżnicowanych polityk migracyjnych.

Partie chadeckie Starego Kontynentu potrafią współtworzyć rządy, które domagają się unijnego podatku od transakcji finansowych albo walki z unikaniem płacenia podatków przez wielkie korporacje. Potrafią również brać udział w transformacji swoich systemów energetycznych, wzbogacając je o źródła odnawialne. Nie ma powodu, by PO miała w tych kwestiach się odróżniać. Nie trzeba do tego nawet deklaracji miłości wobec idei federalizacji UE.

Z pokorą wobec problemów

Przyznam szczerze – za każdym razem, gdy śledziłem w internecie wypowiedzi polityków PO o tym, że wystarczy spojrzeć za okno, by zobaczyć, jak Polska jest wielka, piękna i bogata (rzecz jasna dzięki tej partii), miałem ochotę wyrzucić laptopa przez okno. Obrona swojego dziedzictwa przez (byłą) partię rządzącą jest naturalna. Nie oznacza to jednak, że można ot tak lekceważyć sobie realnie istniejącą potrzebę zmiany. Wydawać by się mogło, że po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich Platforma nie pójdzie drogą propagandy sukcesu. A jednak poszła.

W rezultacie oddała pole zarówno PiS-owi, przekonującemu do „dobrej zmiany”, jak i .Nowoczesnej, która odwołując się do zwycięzców transformacji dowodziła, że nadal wiele można zmienić. Przesunięcie kampanijnego środka ciężkości z postulatów programowych na straszenie Kaczyńskim oddaliło możliwość niuansowania swego przekazu.

A przecież ostatnie lata nie były wyłącznie pasmem sukcesów. Dość wspomnieć zamykanie placówek szkolnych. Niż demograficzny miał się stać szansą na ograniczenie liczebności klas. Samorządy, narzekające na niedostateczne wsparcie finansowe, wykorzystały go do zmniejszenia, a nawet wyzbycia się odpowiedzialności za lokalną edukację – często zresztą niezależnie od politycznych barw. PO w tej kwestii nie zajęła mocnego stanowiska. Zamiast tego zaangażowała się w wieloletni bój o sześciolatki w szkołach (bój, który tak rozłożyła w czasie, że w końcu go przegrała) oraz okresowe straszenie nauczycieli zmianami czy wręcz likwidacją Karty Nauczyciela.

Decentralizowanie uprawnień bez przekazywania odpowiednich środków finansowych stało się sposobem na zrzucenie odpowiedzialności przez rząd. Partia modernizacyjna, nawet wspierając przenoszenie uprawnień na niższe szczeble, z odpowiedzialności rezygnować nie powinna.

Fundusze unijne nie zastąpią rządzenia

W tegorocznych wyborach okazało się, że jeśli coś ludzi mobilizuje do zmiany rządu, to są to dziedziny i postulaty, w których nie pieniądze z Brukseli odgrywają zasadniczą rolę. 500 złotych na dziecko czy wyższa kwota wolna od podatku to kwestie jak najbardziej „narodowe”, a nie „wyciskanie brukselki”.

Redukowanie roli partii rządzącej do funkcji kustosza unijnych pieniędzy to recepta na to, by wcześniej czy później utracić zarówno elektorat oczekujący poprawy jakości usług publicznych, jak i ten domagający się liberalnego podejścia w kwestiach światopoglądowych.

Dodatkowo – szczególnie w małych miejscowościach i na obszarach wiejskich – jakiekolwiek zmiany na gorsze w kwestii dostępności usług (np. prywatyzacja stołówek szkolnych czy ograniczenie dostępu do transportu kolejowego) bardzo często odbierane są w kategoriach „zwijania państwa”. Efekty upowszechniania się takiego odczucia widzieliśmy w październikowych wyborach.

Wspomniana przed chwilą edukacja wydaje się jak w soczewce skupiać główne problemy przyjętej przez PO strategii. W świecie, który zastanawia się nad przyszłością edukacji w obliczu zmian na rynkach pracy, i w którym coraz więcej mówi się o roli współpracy czy wręcz o zmianie sensu nauczania, receptą nie jest wyłącznie zwiększanie ilości godzin nauki języków obcych czy – skądinąd godne pochwały – budowanie „orlików”.

To, że PiS ma jeszcze większy problem z udzieleniem odpowiedzi na te wyzwania (a część recept tej partii wydaje się zupełnie nietrafiona, jak w wypadku cofnięcia reformy sześciolatków) nie oznacza jeszcze, że zmobilizuje to do głosowania na Platformę.

Ciąg dalszy nastąpi?

Podsumowując – PO może rzecz jasna eksperymentować z różnymi ścieżkami na odbudowę i rozwój. Może np. celowo oddać liberalne światopoglądowo pole .Nowoczesnej, licząc na „koalicję demokratyczną” z partią Petru i PSL w przyszłej kadencji.

Może też jednak spróbować nadać swojemu istnieniu na przechylonej na prawo scenie politycznej głębszy sens. Osiągnie sukces, jeśli przekona ludzi do swojej ekonomicznej pragmatyki, posiadania planów na lepsze usługi publiczne, wizji silniejszego kraju w obrębie Unii Europejskiej oraz społecznej wrażliwości.

Dla niektórych już i to „nowe centrum” może wydać się mocnym przechyłem partii na lewo. Patrząc na niemiecką CDU, będącą niewątpliwym źródłem inspiracji dla rodzimych chadeków, żaden z wymienionych przed chwilą postulatów nie wydaje się jednak przesadnie radykalny.

*Bartłomiej Kozek – publicysta magazynu „Zielone Wiadomości” i portalu politykawarszawska.pl, polski korespondent „Zielonego Magazynu Europejskiego”