Newsletter

Co nam da „500 złotych na dziecko”

Jan Gmurczyk, 25.11.2015
Wypłaty pięciuset złotych na dziecko mogą okazać się nie tylko słabym lekarstwem na kryzys demograficzny, ale wręcz krokiem w tył

Nowy rząd konsekwentnie zapowiada wprowadzenie świadczenia w wysokości pięciuset złotych miesięcznie na drugie i kolejne dziecko, a w przypadku uboższych rodzin – również na pierwsze. Choć minął już miesiąc od wyborów, nadal nie wiemy, jaki kształt przyjmą szczegółowe rozwiązania, w ramach których ta zapowiedź będzie realizowana. Można oczywiście argumentować, że rząd Zjednoczonej Prawicy dopiero wdraża się w obowiązki, ale przypomnijmy, że jeszcze w trakcie kampanii wyborczej Beata Szydło – dziś premier – głośno mówiła o gotowym projekcie ustawy związanej z nowym świadczeniem.

Fot. e-gabi/pixabay.com. CC0 Public Domain

Być może zatem zorganizowanie wypłat na dzieci okazuje się trudniejszym wyzwaniem, niż wcześniej sądzono. Na przykład z uwagi na zderzenie z twardymi realiami budżetowymi. Być może też nowe świadczenie nie będzie przysługiwać najzamożniejszym rodzinom – 24 listopada szefowa rządu dała do zrozumienia , że jest to temat do dyskusji. Czas płynie, a polskie rodziny czekają na konkrety i realizację przedwyborczych obietnic.

Choć na razie w kwestii pięciuset złotych na dziecko szereg pytań pozostaje bez odpowiedzi, już dziś z całą pewnością można powiedzieć jedno: sam pomysł nowego świadczenia nie idzie w najlepszym kierunku.

Spadek dzietności

Sytuacja wygląda dziś tak, że Polska przeżywa kryzys demograficzny. Dzieci w kraju rodzi się mało, a społeczeństwo się starzeje. Warto jednak zaznaczyć, że niska dzietność nie jest tylko polską bolączką.

 

25.11_1
Rysunek 1 ilustruje, że współczynnik dzietności w latach 1970-2013 podlegał w Polsce zbliżonym wahaniom, co w pozostałych krajach Grupy Wyszehradzkiej i państwach bałtyckich. Wyraźny, wręcz skokowy spadek współczynnika nastąpił w regionie w latach 90. Później nastąpiło odbicie, lecz aż do 2013 roku dzietność nie powróciła do poziomu sprzed roku 1990. To o tyle ważne, że w 1989 roku współczynnik w regionie wynosił około 1,8-2,2, tj. był zbliżony do poziomu, który w długim okresie zapewnia równowagę ludnościową.

25.11_2

Dla porównania, rysunek 2 ukazuje sytuację w kilku krajach rozwiniętych. W tej grupie współczynnik dzietności podlegał przez ostatnie 30 lat pewnym wahaniom, lecz nie były one zbyt duże (w zależności od kraju można mówić o delikatnym trendzie rosnącym lub malejącym).

Cena nowych możliwości

Przedstawione dane wskazują, że ostry spadek dzietności w Polsce na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza nie jest ewenementem, lecz przejawem tendencji widocznej w całym regionie. Zważywszy kontekst historyczny, rzeczone zmiany musiały mieć związek z transformacją systemową po roku 1989. Wydaje się przy tym, że na dzietności piętno odcisnęły głównie dwa zjawiska.

Po pierwsze kapitalizm i demokracja przyniosły nowe możliwości. Wolność gospodarcza, otwarte granice i zachodnie wzorce wpłynęły na postawy i wartości młodych. Obok tradycyjnego przepisu na szczęśliwe życie w postaci rodziny z gromadką dzieci wyrosła do pewnego stopnia konkurencyjna alternatywa. Na przykład samorealizacja poprzez budowę statusu, spełnianie marzeń (kariera w korporacji, dom na przedmieściach, podróże itp.).

Po drugie w latach 90. w krajach postkomunistycznych pojawiły się nowe wyzwania i troski. Dość przypomnieć, że początek transformacji był okresem wstrząsów na rynku pracy. Później sytuacja się poprawiła, lecz niepokój o jutro często pozostał elementem codzienności.

Jak wynika z danych OECD, w 2007 roku średnia długość okresu bezrobocia w grupie państw wyszehradzkich kształtowała się od 17,2 miesiąca na Węgrzech do 33,4 miesiąca na Słowacji. W roku 2014 analogiczny wskaźnik wynosił od 11,9 miesiąca w Polsce do 29,6 miesiąca na Słowacji, czyli był mniejszy niż w roku 2007, ale wciąż wyższy niż średnia dla OECD (10,7 miesiąca). Te dane zachęcają, by spytać: jeśli utrata pracy oznacza szukanie zatrudnienia średnio przez rok lub dłużej, to ile osób będzie skłonnych założyć lub powiększyć swoją rodzinę?

Dodajmy, że po 1989 roku długa edukacja stała się nieodzowna w wyścigu po status, a stabilizacja finansowa przed trzydziestką dla części młodego pokolenia okazała się tylko marzeniem. Na bazie szacunków Eurostatu można policzyć, że w 2014 roku przeciętny wiek opuszczenia przez dzieci rodzinnego domu wynosił średnio 28,4 lat w państwach wyszehradzkich i 26,1 lat w państwach bałtyckich. Dla porównania, odczyty dla Danii, Finlandii i Szwecji to około 21-22 lat. W 2007 roku, czyli przed światowym kryzysem, sytuacja w naszym regionie wyglądała podobnie.

W polskich warunkach późny start w dorosłość to z pewnością skutek różnych czynników, przy czym trzy z nich wydają się kluczowe: deficyt tanich mieszkań, częste trudności z pracą i ogólnie niskie płace na tle Zachodu. Jeśli do tego dodamy rozbudzone aspiracje młodzieży, które trudno spełnić w kraju na dorobku, to nie dziwmy się, że dzietność pozostaje niska.

Bez złudzeń

Z powyższych ustaleń płyną dwa wnioski.

Po pierwsze nie łudźmy się, że w Polsce można dziś podnieść współczynnik dzietności do poziomu sprzed 1989 roku. To nie pesymizm, lecz realizm. Być może przy dobrej koniunkturze i sprzyjających działaniach państwa osiągalny jest w horyzoncie 10-15 lat wzrost tego współczynnika z aktualnego poziomu 1,3 do 1,6 lub 1,7, ale na pewno nie 2,1. Polska rzeczywistość – począwszy od rynku pracy, po wartości i styl życia – przez ostatnie ćwierć wieku zmieniła się bezpowrotnie.

Po drugie jeśli państwo chce pobudzać dzietność, to musi prowadzić szerokie i spójne działania, które nieraz mogą zdawać się w ogóle niezwiązane z polityką prorodzinną. Wśród tych aktywności można wskazać nie tylko pracę nad państwem dobrobytu, ale też wysiłki na rzecz (a) podniesienia kultury pracy, (b) rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności, (c) poszerzania dostępu do tanich mieszkań, czy (d) szybszego wzrostu płac.

Oczywiście państwo już prowadzi różne działania na rzecz rodzin. Tylko w ostatnich latach podniesiono ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych, wydłużono urlop rodzicielski, zbudowano tysiące nowych przedszkoli, uruchomiono programy „Rodzina na swoim” i „Mieszkanie dla młodych”, poprawiono warunki dla biznesu, zintensyfikowano inwestycje w innowacje, podnoszono płacę minimalną w średnim tempie około stu złotych rocznie itd. Te działania sprzyjały dobrobytowi, lecz dzietność nadal pozostaje niska. To sugeruje, że na poczucie ugruntowanej stabilizacji, które byłoby szeroko obecne w społeczeństwie, przyjdzie nam jeszcze w Polsce zapracować.

Pytania i wątpliwości

Jak na tym tle ocenić pomysł wprowadzenia świadczenia pięciuset złotych na dziecko? Otóż nowe świadczenie niewątpliwie podbudowałoby budżety wielu rodzin, wzmacniając tym samym poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony poważnych wątpliwości związanych z tym pomysłem nie brakuje.

Przede wszystkim pojawia się pytanie, czy część rodzin, które otrzymałyby pięćset złotych na dziecko, nie straciłaby prawa do innych form wsparcia ze strony państwa. Przykładowo po wprowadzeniu nowych rozwiązań sytuacja niektórych gospodarstw domowych mogłaby poprawić się na tyle, że przestałyby one spełniać kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń w ramach pomocy społecznej. A skoro tak, to w przypadku części rodzin wypłaty pięciuset złotych na dziecko mogą przynieść mniejsze korzyści netto. Czy tak faktycznie będzie, na razie nie wiadomo. Wszystko zależy od tego, jak będzie wyglądała ustawa wprowadzająca nowe rozwiązania.

Warto zwrócić uwagę na to, że koszt budżetowy nowego świadczenia wiązałby się głównie z wypłatą pieniędzy na już urodzone dzieci. A jak duży może być wpływ tego świadczenia na wzrost dzietności? Innymi słowy, o ile więcej dzieci zacznie się w Polsce rodzić po uruchomieniu wypłat? To pytanie o tyle zasadne, że na dzietność wpływ mają w naszym kraju nie tylko czynniki ekonomiczne, ale też pozaekonomiczne.

Dr Małgorzata Sikorska w tekście dla Instytutu Obywatelskiego („Gra o rodzinę i gra w rodziny”, „Instytut Idei” nr 5) pisała: „Kobieta posiadająca większą liczbę dzieci (co w społecznym postrzeganiu oznacza: więcej niż dwójkę) jest w Polsce dość powszechnie traktowana raczej jako ktoś – najdelikatniej mówiąc – nierozsądny; ktoś, kto nie panuje nad swoją płodnością […]. »Pełnoetatowe« zajmowanie się dziećmi i obowiązkami domowymi nie jest społecznie doceniane, a co szczególnie ciekawe – mniej doceniają je kobiety niż mężczyźni”.

Koniec końców można sobie wyobrazić scenariusz, w którym nowe świadczenie na dzieci będzie kosztować budżet państwa co roku minimum kilkanaście miliardów złotych, podczas gdy współczynnik dzietności wzrośnie o – powiedzmy – 0,1. Bo ci młodzi, którzy nie zakładają dziś rodzin lub decydują się tylko na jedno dziecko, nadal będą zapracowani, zabiegani, niepewni jutra, sfrustrowani stosunkami pracy, głodni spełnienia swych aspiracji, pozbawieni dostępu do własnego „M” albo zgoła niezainteresowani rodzicielstwem z uwagi na styl życia. Być może wspomniane miliardy dałyby większy efekt, gdyby przeznaczyć je na kontynuację realizowanych w ostatnich latach działań, tj. inwestycje w żłobki, przedszkola, opiekę pediatryczną, mieszkania na wynajem itd.?

Inna sprawa, że w przypadku pomysłu pięciuset złotych na dziecko istnieje ryzyko marnotrawstwa części świadczeń. Jak bowiem dopilnować, by w każdym przypadku pieniądze szły na dzieci, a nie na przykład na alkohol i inne używki? Można sobie wyobrazić system kontroli w postaci rozliczania paragonów, ale takie wyjście byłoby uciążliwe dla rodziców i wielce kosztowne dla państwa (ilu nowych urzędników trzeba byłoby zatrudnić?). Podobne wątpliwości układają się w kolejny argument, że zamiast pompować ogromne środki w nowe świadczenie, lepiej zainwestować je we wspomniane żłobki czy mieszkania. Tu ryzyko marnotrawstwa funduszy publicznych jest dużo mniejsze.

Krok w tył?

Wreszcie wprowadzenie nowego świadczenia może sprawić, że część osób – zapewne głównie kobiet – zarzuci pracę i w całości poświęci się rodzicielstwu. Wszak w uboższych rodzinach dwójka dzieci zapewni stały dochód 1 tys. złotych miesięcznie, a trójka – już 1,5 tys. złotych. Wprawdzie pielęgnacja ogniska domowego zasługuje na szacunek, ale nowe świadczenie rodzi ryzyko dezaktywizacji znacznej części pracowników. W młodym wieku znikną oni z rynku pracy, po czym po dwudziestu latach, gdy świadczenie przestanie przysługiwać, odkryją, że po tak długiej przerwie znalezienie zatrudnienia graniczy z cudem. Z czego wtedy będą żyć? Jaką emeryturę dostaną na starość?

Nawiasem mówiąc, już dziś Polska wyróżnia się na tle Unii Europejskiej niewielką aktywnością zawodową kobiet. Jak podaje Eurostat, w 2014 r. wskaźnik zatrudnienia Polek w wieku od 20 do 64 lat wyniósł 59,4 proc. To ósmy najniższy odczyt wśród 28 państw unijnych.

Stąd też zamiast uruchamiać wypłaty pięciuset złotych na dziecko, może lepiej rozwinąć obecne rozwiązanie w postaci ulg podatkowych na dzieci? Bo ulga nie tylko wspiera rodziny, ale utrzymuje też bodziec do pracy – pomoc przysługuje w chwili uzyskiwania legalnych dochodów.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że dodatki na dzieci istnieją już w innych krajach. Choćby w Szwecji, gdzie wskaźnik zatrudnienia kobiet pozostaje najwyższy w UE. Tak, ale w szwedzkiej gospodarce etos pracy jest wysoki, a większości społeczeństwa nie mieści się w głowie życie na garnuszku państwa. Mało tego, to właśnie w Szwecji nie tak dawno miały miejsce protesty przeciwko… cięciu podatków. Jak tłumaczył prof. Olof Åslund w wywiadzie dla Instytutu Obywatelskiego: „Szwedzi są gotowi płacić podatki, ponieważ istnieje silne przekonanie, że sektor publiczny potrafi dostarczać wartościowe usługi”.

Zestawmy to z polską rzeczywistością i zastanówmy się, czy szwedzkie rozwiązania socjalne w Polsce działałyby tak samo. Można przypuszczać, że raczej nie. Tymczasem w warunkach starzejącej się populacji naszej gospodarki nie stać na dezaktywizację żadnej grupy społecznej. Jednym z warunków sprostania zmianom ludnościowym jest polityka państwa, która do pracy zachęca, a nie zniechęca. Z tego punktu widzenia wypłaty pięciuset złotych na dziecko mogą okazać się nie tylko słabym lekarstwem na kryzys demograficzny, ale wręcz krokiem w tył.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego