Newsletter

Czego Rosja szuka w Syrii?

Łukasz Jasina, 30.09.2015
Putin chce skorzystać z kłopotów innych, aby wzmocnić pozycję Rosji na świecie

Władimir Putin i Rosja jak zwykle zachowują się egoistycznie. W Syrii rozgrywają swoją partię na zimno i bez oglądania się na kogokolwiek. Cel jest jeden – skorzystać z kłopotów innych, aby wzmocnić pozycję Rosji na świecie. Przy okazji można komuś zaszkodzić. Nie jest to trudne, skoro rosyjski prezydent napotyka brak sprzeciwu.

Freedom House, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

O tym, że sytuacja w Syrii może pomóc Putinowi, pisałem już przed rokiem. Niemniej już wtedy nie było to odkrywcze. Tego, że rosyjski przywódca skorzysta na nieumiejętnym rozgrywaniu sprawy syryjskiej przez mocarstwa zachodnie, można się było domyślać już latem 2013 r. Wówczas Barack Obama i Stany Zjednoczone z jednej strony deklarowali twardą politykę wobec Asada i gotowość do interwencji. Z drugiej, nie robili nic, by deklaracje te zrealizować.

Od dwóch lat, również w sprawie Syrii, Putin punktuje Zachód. Przede wszystkim Rosja wygrywała już na starcie. Rosja, a wcześniej Związek Radziecki, utrzymywały bardzo bliskie relacje z państwem rządzonym przez Asadów. Zresztą – z obopólną korzyścią. Takie tradycje współpracy nie są czymś, co można szybko zaprzepaścić. Poza tym Syria współpracowała z Francją, Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią. Pojęcie „reżim Asada” zadomowiło się na dobre w języku zachodniej polityki dopiero w roku 2011. Wcześniej nawet jeżeli nie był to sojusznik, to w najgorszym razie – neutralny sąsiad (warto przypomnieć sobie choćby postawę Syrii w czasie wojny w Iraku w 2003 roku).

Mleko się wylało, gdy w 2011 roku wybuchła wojna domowa w Syrii. Zachód nie chcąc, by krytykowano go za kunktatorstwo, tak jak to miało miejsce w Libii, przyjął wobec Asada postawę werbalnie ostrą. Tymczasem rozwój wypadków przebiegł zupełnie inaczej. Asad nie upadł. Wojna się przedłużała, a Zachód nie zrobił nic poza słowami i falą ograniczonych w czasie i przestrzeni nalotów. Putin wiernie trwał po stronie Asada i bronił go na forum międzynarodowym.

Potem pojawiło się tzw. Państwo Islamskie. Z nim również Zachód sobie nie poradził. W dodatku na Bliskim Wschodzie świadomość zagrożenia doprowadziła do prymatu egoizmu nad dobrem wspólnym. Przykładem jest tu zwłaszcza postawa Turcji wobec Kurdów. Druga armia NATO masakruje siły potencjalnie walczące z ISIS.

Ze strony Obamy, Hollande’a czy Camerona słyszymy tylko ciągle o tym, że z konfliktem w Syrii coś trzeba zrobić. Ale ta robota im się nie udaje. Putin może słusznie ironizować na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdyż obecność Zachodu to kilkudziesięciu ochotników wyszkolonych za ciężkie amerykańskie miliony, o których sukcesach w walce z ISIS nic nie słychać. Tymczasem jego ludzie już tam są.

Zachód wpadł we własną pułapkę. Nie udało mu się powstrzymać rozlewu krwi w Syrii. Teraz szuka wszelkich możliwych sojuszników. Nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że prezydenci Putin i Asad stanowią mniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa światowego niż obłąkani fundamentaliści z ISIS.

Brandon, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

Brandon, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

 

Putin szuka w Syrii „nowego otwarcia”. Co tu dużo mówić – jego sytuacja na arenie międzynarodowej jest w tej chwili nie najgorsza. Uspokoił się konflikt na Ukrainie. Ochłodzeniu uległy relacje chińsko-amerykańskie. Stany Zjednoczone oficjalnie pozostają wobec Rosji krytyczne, ale jednocześnie praktyka mówi zupełnie co innego. Przy rozwiązaniu konfliktu w Iranie, wspólnie działali Kerry i Ławrow. Prezydenci Rosji i USA konsultują się regularnie w ważnych zagadnieniach geopolitycznych. Współpraca z Niemcami czy Francją jest znacznie szersza.

Władzy Putina nie zmiotła również pierwsza faza kryzysu gospodarczego. Społeczeństwo rosyjskie okazało się twardsze niż zakładali zachodni analitycy. Nie wiadomo, co stanie się w roku 2016. Pamiętajmy, że jeśli w misternym planie Putina nic się nie zepsuje, może on w roku następnym wytargować zniesienie lub poważne ograniczenie sankcji. A to da jego gospodarce potrzebny zastrzyk kapitału i wsparcia.

Rosyjskiemu prezydentowi udaje się też wzmacniać pozycję na świecie w mniej namacalny sposób. Jego wczorajsze przemówienie pełne było akcentów postkolonialnych. Dokładniej pisząc – wtrętów obrońcy narodów prześladowanych. Tak, tak – ten Putin który dla nas jest synonimem siepacza, na świecie często jawi się jako przeciwnik globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych. Powyższy wizerunek kupuje wielu przedstawicieli prawicy i lewicy w społeczeństwach zachodnioeuropejskich czy w Stanach Zjednoczonych – i nie są to tylko odrealnieni idealiści. Przypomnijmy sobie tych, którzy w sprawie Snowdena widzieli większe zagrożenie dla świata niż w agresji Putina. Poza skrwawioną w wojnie Syrią jest wiele miejsc, gdzie Rosja może działać za pomocą „soft power” – choćby w Ameryce Południowej.

Putin jak na razie wygrywa. To on w Syrii ma bazę. To jego w walce z dżihadystami wesprze Irak (którego rząd osadziła amerykańska interwencja). To on jest Zachodowi potrzebny. Putin nie ma zamiaru oddawać Krymu. I choć tego faktu Obama nie uzna, to kopii o jego odzyskanie kruszyć nie będzie. Podobnie z Donbasem.

Putin nie jest już petentem. Jest za to koniecznym partnerem Zachodu. I jak na razie nic tego nie zmienia.

*dr Łukasz Jasina – historyk i publicysta, ekspert ds. wschodnich, szef działu wschodniego tygodnika internetowego „Kultura Liberalna”

 

prof. Bogdan Góralczyk „Gambit Putina”