Newsletter

Nowa wędrówka ludów

Bogdan Góralczyk, 26.08.2015
Angela Merkel prawdopodobnie ma rację, przestrzegając, że fala uchodźców może być groźniejszym wyzwaniem dla Unii niż kryzys grecki czy kryzys strefy euro

Problem narasta od miesięcy, o ile nie od lat. Mieliśmy już w tym roku dwa nadzwyczajne szczyty UE poświęcone migracjom, a przez wiele miesięcy naszą uwagę przyciągała włoska wyspa Lampedusa i napływający na nią uchodźcy z pogrążonej w chaosie Libii, a także z Afryki Północnej i Sahelu. Dziennikarze i politycy zaczęli mówić wtedy o „śródziemnomorskim szlaku przerzutowym”.

Billboard węgierskiego rządu o treści: "Nie chcemy nielegalnych imigrantów". Fot. Krystyna Żurek-Góralczyk

Mniej więcej na przełomie maja i czerwca sytuacja stała się jeszcze bardziej dramatyczna. Nie dość, że tamta „furtka” pozostała otwarta, to jeszcze pojawiła się inna, znacznie silniejsza fala. Uchodźcy – tym razem ze stref walk i konfliktów w Syrii i Iraku oraz z miejsc położonych na styku z terytoriami zajmowanymi przez tzw. Państwo Islamskie, ale także uciekinierzy z Afganistanu, Pakistanu, a nawet Sri Lanki i Wietnamu – zaczęli napływać przez Turcję na greckie wyspy, zwłaszcza Kos. Stąd ruszają dalej, na grecki ląd i – poprzez Macedonię, Serbię i Węgry – na północ Europy, głównie do Niemiec, które już w tym roku przyznały ok. 200 tys. azylów. Przed kilkoma dniami niemieckie władze zaalarmowały, iż do końca tego roku spodziewają się aż 800 tys. uchodźców, cztery razy więcej niż w ubiegłym roku!

Powstanie nowego szlaku migracji, nazwanego już „migracją bałkańską”, pokazało, że ani pogrążona w kryzysie Grecja, ani biedna Macedonia (w istocie sama będąca krajem pochodzenia nowych azylantów), ani nawet Serbia czy Węgry nie były i nie są gotowe na przyjęcie aż tak wielkiej fali ludzi. Nawet mimo tego, że każde z tych państw jest tylko strefą przerzutową, a nie krajem docelowym.

Jak w soczewce problemy te skupiły się na Macedonii. Jej władze najpierw przyjęły zasadę, by przetaczające się przez jej niewielkie terytorium tłumy pozostawały na nim nie dłużej niż trzy dni. Jednak gdy fala narosła i straciły nad nimi kontrolę, wprowadziły stan wyjątkowy. Co gorsza – widzieliśmy to na ekranach telewizorów – do tłumu napływającego ze strony Grecji zaczęto po prostu strzelać. Ale i tak kordon pękł, a tłumy ruszyły na północ.

Trzy decyzje Orbána

Masowy napływ uchodźców stał się najbardziej palącym tematem także na Węgrzech. W tym konkretnym przypadku mówimy o państwie Unii Europejskiej, które jest – geograficznie – na pierwszej linii frontu. I jako pierwsze wystąpiło z kontrowersyjną koncepcją budowy muru – fizycznej zapory przed uchodźcami.

Uchodźcy już wiosną tego roku stali się przedmiotem wewnętrznych sporów politycznych. Premier Viktor Orbán, zawsze szybko reagujący na zmieniające się okoliczności, właśnie kwestie uchodźczą uznał za wygodne narzędzie walki politycznej.

W kwietniu w wyborach uzupełniających Orbán stracił kwalifikowaną większość w parlamencie, a na jego głównego rywala wyrósł skrajnie prawicowy i ksenofobiczny Jobbik. Cóż więc zrobił Orbán? Postanowił przejąć elektorat groźnego rywala, przejmując jego hasła i program. To dlatego w początkach maja skierował do wszystkich obywateli 12-punktowy kwestionariusz, przez specjalistów i władze unijne uznany za mocno populistyczny i kontrowersyjny, w którym pytał Węgrów m.in. o to, czy chcą mieć terrorystów na terenie swego kraju i czy zgadzają się na to, by migranci korzystali z dobrodziejstw węgierskiego budżetu.

Węgrzy zrozumieli, że są przedmiotem politycznego zabiegu, i nie zareagowali: z ośmiu milionów uprawnionych odpowiedział tylko milion. Ale i tak posłużyło to premierowi do wyciągania wygodnych dla siebie, a skierowanych przeciwko niechcianym przybyszom, wniosków. Zdecydowano się na akt drugi: rozwieszenie w całym kraju wielkich billboardów z antyimigracyjnymi treściami, opłacanych z centralnego budżetu.

Gdy i to nie pomogło, Orbán ogłosił budowę muru na granicy z Serbią. Zaskoczył nie tylko międzynarodową opinię publiczną, ale także własne urzędy i służby, kompletnie – jak się okazało – nieprzygotowane do wdrożenia tej decyzji.

Gdy ją ogłaszano, koszty budowy wyceniono na około 6,5 mld forintów (jeden złoty to ok. 74 forintów). Szybko okazało się jednak, że to wielkie niedoszacowanie. Dziś oficjalne dane mówią już o 22,5 mld forintów, a opozycja twierdzi, chyba nie bez racji, że to dalece zaniżona suma. Tym bardziej że szybko okazało się, iż na 175-kilometrowej granicy z Serbią w istocie powstaje nie jeden, a dwa biegnące obok siebie mury: betonowy, wysoki na 1,5 m, i wysoki na 3 (nie 4, jak planowano wcześniej) płot z drutu i zasieków.

W zasadzie wszyscy, poza zwolennikami Jobbiku i rządzącym Fideszem, pozostają wobec powyższych pomysłów sceptyczni i krytyczni. Zwykłym Węgrom brak wiary, że mur uchodźców powstrzyma. Już dziś wiadomo, że nie będzie spełniona zapowiedź premiera, że obiekt powstanie do końca sierpnia. Nie ma na to szans, mimo skierowania na miejsce dodatkowych sił.

Nie tylko ta inwestycja przerosła zasoby i potencjały. Poważniejsza od wyobrażeń okazała się także skala zjawiska. Jak podano, do 5 sierpnia na Węgrzech zarejestrowano w tym  roku aż 107 168 wniosków o azyl, podczas gdy w latach poprzednich było ich po kilka tysięcy. W roku ubiegłym pozytywnie zatwierdzono zaledwie 80. Codziennie od strony Serbii napływa na Węgry półtora tysiąca nowych uchodźców, a w jeden z weekendów sierpnia naliczono ich ponad 5 tysięcy.

Na wszystkich dworcach kolejowych Budapesztu powstały specjalne punkty pierwszej pomocy, ale raczej spontanicznie i oddolnie, w ramach inicjatyw obywatelskich, bo władze twardo trzymają się antyimigracyjnego kursu. Głośnym echem odbił się wpis na Facebooku autorstwa Máté Kocisa, mera VIII dzielnicy Budapesztu (oczywiście z Fideszu), który oskarżył migrantów o wszelkie możliwe zło: zaśmiecanie dzielnicy, kradzieże, krzyki i beztroskie zabawy, a nawet ataki z nożami.

Tymczasem jak mówią osoby zaangażowane w pomoc dla uchodźców, które zorganizowały nawet specjalną sieć z lokalami dla nowo przybyłych, tzw. domy ochrony, imigranci nie mają co jeść i pić, i są skrajnie wyczerpani. Symbolicznego wsparcia udzielił im (jak też osobom ich wspierającym) były prezydent, zresztą z nadania Fideszu, a wcześniej prezes Trybunału Konstytucyjnego László Solyom. W upalny dzień osobiście roznosił wodę koczującym.

Jednak ani Viktor Orbán, ani jego Fidesz nie zbaczają z obranego kursu. Nie zważają na rodzący się społeczny i moralny opór wobec twardego traktowania obcych. Już wyznaczono na prowincji dwa miejsca na obozy dla nich, i to mimo protestów, natychmiast podsycanych przez Jobbik. Walka o wizerunek Węgier trwa.

Strefa Schengen zagrożona

Przypadek węgierski wart jest gruntowniejszego poznania, bowiem dotyczy państwa strefy Schengen (Grecja też nim jest, ale nie graniczy z żadnym innym państwem strefy). Widać z tamtejszych doświadczeń, że w zestawieniu z twardymi faktami, a przede wszystkim bezprecedensową skalą zjawiska, wszelkie racje moralne, które podnosiła węgierska opozycja, przegrywają. Kontrowersyjny Orbán skutecznie forsuje swe racje.

Polska niby jest daleko od tych problemów – ale nie do końca. Sondaże wśród migrantów zgromadzonych  na Węgrzech oraz na granicy grecko-macedońskiej wskazują, że ich głównym celem są Austria, Niemcy i kraje skandynawskie. Fala jeszcze nie ruszyła na Słowację, nie słychać też, by uchodźcy masowo szli przez Ukrainę. Jak długo tak będzie? O pojedynczych przypadkach na naszych granicach już słyszymy.

Polska, podobnie jak Węgry, jest państwem granicznym strefy Schengen, a już nie ma chyba żadnej wątpliwości co do tego, że właśnie przyszłość tej strefy staje dziś pod znakiem zapytania. Czy chcemy mieć więcej murów? I co one dadzą? Czy milcząco zgodzimy się na rozwiązania Orbána? Zgadzamy się na specjalne obozy dla uchodźców? A jeśli tak, to na jakie?

Unia jak nigdy do tej pory potrzebuje wypracowania wspólnej polityki wobec migracji na niespotykaną dotychczas skalę. Francuski rząd zaproponował spotkanie ministerialne państw UE na temat migracji – ale dopiero na połowę października. To nie satysfakcjonuje władz Niemiec. Jak ujął to wicekanclerz Sigmar Gabriel, „Unia Europejska zapadła w głęboki sen”.

O tym, jak daleko zaszły sprawy, świadczy szczyt francusko-niemiecki z 24 sierpnia. Przywódcy obu krajów spotkali się z prezydentem Poroszenką i to Ukraina miała być głównym przedmiotem zainteresowania. Jednakże i tu wypłynęła kwestia uchodźców, a Berlin i Paryż już wprost powiedziały, iż stawką jest przyszłość strefy Schengen.
Wydaje sie, że pomysł powrotu do kwot imigrantów dzielonych na poszczególne kraje już nie wystarczy. Skala jest tak duża, że trzeba szukać nowych rozwiązań, i to szybko. Albowiem wszędzie, nie tylko na Węgrzech, ale także w Niemczech i Francji, coraz częściej do głosu dochodzą ugrupowania skrajne i neonazistowskie, bazujące na niechęci do „obcego”.

Nie powinna rządzić nami desperacja, potrzebne są chłodne głowy. Wygląda na to, że bez nowej harmonizacji polityki migracyjnej i azylowej się nie obejdzie. Albowiem alternatywą są nowe, głębokie europejskie podziały – pomiędzy państwami i na ich scenach wewnętrznych.

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO