Newsletter

Po co nam kultura?

Stefan Chwin, 01.04.2013
Mądre państwo demokratyczne powinno wspierać ze wszystkich sił istnienie Mniejszości Intelektualnej, chociaż podatnicy za nią nie przepadają

Strona 1

Mądre państwo demokratyczne powinno wspierać ze wszystkich sił istnienie Mniejszości Intelektualnej, chociaż podatnicy za nią nie przepadają

Fot. Florian Klauer, Crew Labs Inc. via unsplash.com

Żaden poważniejszy teatr, żadna opera, żadna filharmonia, żadna większa galeria sztuki współczesnej, żadne muzeum, żadna publiczna biblioteka, żadne ambitniejsze wydawnictwo, żadne ambitniejsze kino nie poradzi sobie bez dopływów pieniądza z zewnątrz. Liczyć na to, że kiedyś wszystkie te instytucje kultury będą się skutecznie samofinansować, jest – delikatnie mówiąc – utopią.

Zdaniem niektórych, najwłaściwszą formą finansowania kultury jest mecenat prywatny. Artysta błaga magnata, a ten łaskawie mu daje złoto na farby i pędzle. W Polsce dzisiejszej na prywatny mecenat nie ma jednak co liczyć. Do tego potrzeba dwustu lat rozwiniętego kapitalizmu. W słynnym filmie Antonioniego Pogarda amerykański producent mówi do artysty: „Kiedy słyszę słowo kultura, sięgam po książeczkę czekową”. U nas takie zdanie brzmi raczej egzotycznie.

Jakaś forma mecenatu państwowego wydaje się zatem nieunikniona. Tylko czy rzeczywiście kultura jest nam do życia koniecznie potrzebna, żeby trzeba było ją wspierać, na przykład stałym procentem z budżetu?

Co jakiś czas przekonują mnie ludzie, że kultura jest koniecznie do życia potrzebna, bo pomaga budować „wspólnotę obywatelską”, „wspólną przestrzeń symboliczną”, „przestrzeń dialogu społecznego” i temu podobne. Bardzo chciałbym w to wierzyć, ale jaką wspólnotę obywatelską buduje czytanie Podróży do kresu nocy Celine’a, Uroczystości żałobnych Geneta czy wierszy Rafała Wojaczka? Pisarze i artyści czasem budują wspólnotę, a czasem lubią ją rozbijać, co zresztą wcale nie musi prowadzić do jakiejś katastrofy. Mówi się, że zgoda buduje, ale równie prawdziwe i to w kapitalizmie, czyli demokracji wolnorynkowej, jest zdanie dokładnie przeciwne: że to właśnie społeczna niezgoda buduje. Istotą kapitalizmu jest walka między ludźmi, którą kapitalizm stara się wszelkimi sposobami ukryć za zasłoną pięknych słów o zgodzie, pojednaniu, solidarności, budowaniu i dobru wspólnym. Tymczasem – tak się przedstawia nasz realny ideał wychowawczy, o którym głośno nikt nie mówi, a który jest rdzeniem i podstawą naszej formacji kulturalnej – chodzi o to, by dziecko wychować tak, żeby wiedziało, jak konkurenta na wolnym rynku prześcignąć, a jeśli nie można inaczej, to w cywilizowanej formie doprowadzić do ruiny. Trudno ideał ten uznać za zachwycający, ale warto też pamiętać, że to właśnie dzięki konfliktowej naturze kapitalizmu, czyli twardej zasadzie konkurencji, mamy w sklepach tyle dóbr materialnych i kulturalnych, że z nadmiaru nie możemy tego wszystkiego wchłonąć.

Czasem też jestem przekonywany, że koniecznie potrzebne są pieniądze państwowe na kulturowe działania integracyjne, to znaczy budowanie wspólnoty obywatelskiej na przykład na osiedlach, bo osiedla są zdehumanizowane. Są to stare marzenia inteligencji żoliborskiej, łza się w oku kręci. Społeczność wspólnotowa, na przykład małego miasta, w której wszyscy, zżyci ze sobą, wiedzą wszystko o wszystkich, zawsze mnie z lekka przerażała. Podoba mi się społeczeństwo zatomizowane, w którym nie ma silnych więzi między ludźmi, panuje wspaniała anonimowość, bo dobrze mi się w takim społeczeństwie żyje, gdyż takie społeczeństwo nie zagląda w moje prywatne sprawy. I myśli tak samo, jak sądzę, znaczna część polskich inteligentów. Potrzebę istnienia wspólnotowego odczuwa zdecydowana mniejszość ludzi. Większość lubi wspólnotowość co jakiś czas, na przykład kiedy weekendowo spotyka się z paroma przyjaciółmi, idzie na koncert rockowy, mszę pod gołym niebem albo na duży pogrzeb, resztę zaś czasu spędza z lubością w swojej betonowej komórce w bloku mieszkalnym. Społeczeństwo kapitalistyczne nie jest żadną wspólnotą i nigdy nią nie będzie. Na całe zresztą szczęście.

Jeśli jednak – dodam – są ludzie, którzy odczuwają potrzebę budowania życia wspólnotowego, na przykład na swoim osiedlu, to państwo powinno im w tym budowaniu pomagać. Ponieważ dobre państwo to jest takie państwo, któremu nie są obojętne zróżnicowane potrzeby obywateli.

Znaczna część polskiego społeczeństwa żyje jednak poza kulturą, o ile mamy na myśli kulturę wyższą. Kiedy słyszę słowo kultura, widzę prawie puste muzea, prawie puste galerie sztuki współczesnej, częściowo tylko zapełnione sale w teatrach i prawie puste biblioteki. W sprawozdaniach tych instytucji wygląda to pewnie inaczej. Ale przez wiele lat zdarzało się, że w bibliotecznej czytelni byłem jedynym czytelnikiem. No może było nas paru. Fale przybierały podczas sesji egzaminacyjnej. Ale dobrowolnie?

Może w Seattle bibliotekę miejską odwiedza rocznie dwa miliony czytelników. W Polsce takiej biblioteki nie widziałem. Ponad 60 procent Polaków nie bierze książki do ręki. Sama czynność czytania jest męcząca. Dlatego na całym świecie wielu ludzi unika jej jak może. W bibliotekach jest gęsto przed Internetem. Nie warto jednak mówić o tym, co się tam ogląda, ale są tacy, którzy uważają, że jest to obcowanie z kulturą i cieszą się, że biblioteka przyciąga.

Duża część ludzi unika kultury wysokiej, bo wyczuwa, że kultura ta niesie ze sobą zatruty dar rozmyślania nad trudnymi sprawami, dla których nie do rozwiązań, to znaczy zawiera w sobie treści silnie depresyjne. Nie tylko po przeczytaniu Procesu Kafki, obejrzeniu Persony Bergmana czy Katynia Wajdy można się załamać. Wystarczą poczciwe Noce i dnie i to, co się tam mówi na przykład o małżeństwie. Wielu ludzi błyskawicznie zmienia kanał w telewizorze właśnie dlatego. Instynktownie wyczuwają, że obcowanie z kulturą osłabia, to znaczy zmniejsza psychiczną twardość konieczną do życia, rozmiękcza duszę, nie wzmacnia jej. I pewnie jest w tym, niestety, trochę prawdy. Czy pilot samolotu odrzutowego Tu 134 powinien przed startem swojego samolotu zanurzać się w Końcówce Becketta? Czy kardiochirurg powinien przed przeszczepem serca pogrążać się Personie Bergmana? Czy makler giełdowy powinien kontemplować Czerwoną pustynię Antonioniego?

Im dłużej żyję, tym więcej mam wątpliwości, czy kultura wyższa jest ludziom rzeczywiście do życia potrzebna. Bez Dostojewskiego, Mrożka, Gombrowicza, Witkacego, Felliniego czy Becketta doskonale radzi sobie większość ludzi. Wolą kulturę nieco niższą, a ta jest miła państwu, rządowi i ministrom, bo radzi sobie bez żadnych dopływów pieniądza z zewnątrz.

Ta niższa kultura przybiera czasem formy zatrważające. Kiedy niedawno byłem w Aberdeen, opowiedziano mi, co dzieje się tam w każdy piątek. Tysiące mężczyzn wieczorem upijają się do nieprzytomności najtańszą wódką świata. Leżą potem na ulicy, w parkach i na cmentarzach. Policja traktuje ich łagodnie. Zbiera z ziemi jak pogubione dzieci, wsadza do radiowozu, zawozi do domu i pakuje do łóżka.

Ludzie ci zapijają się do nieprzytomności, żeby zapomnieć, że żyją, zapomnieć o tygodniu pracy w stoczniach, transporcie i budownictwie, by oderwać się od życia i zapomnieć o życiu. To znaczy co piątek popełniają na parę godzin samobójstwo. Pomagają im w tym wódka, mecze oglądane w pubach i tabloidy czytane w autobusie, to znaczy kultura.

Jaką kulturę można dać ludziom, którzy myślą tylko o jednym – jak po dniówce zapomnieć o życiu? Jaką formę i treść zaproponować im w zamian? I czy państwo powinno o takich ludziach myśleć? Państwo – to znaczy właściwie kto? Czy państwo w ogóle powinno odpowiadać za coś tak nieuchwytnego jak jakość życia duchowego swoich obywateli? Czy raczej należy robić wszystko, by państwo trzymało swoje ręce od naszego życia duchowego jak najdalej?