Newsletter

Po co studia?

Rafał Muster, 21.07.2015
Sytuacja, gdy nie wypadało maturzyście nie pójść na studia, ulega zmianie

Początek transformacji gospodarki w naszym kraju przyniósł dynamiczny wzrost liczby studentów. Niepubliczne szkoły wyższe powstawały jak grzyby po deszczu. Uczelnie państwowe znacząco zwiększały limity przyjęć na studia, głównie niestacjonarne. Wszystko przez zwiększający się popyt na studiowanie.

Fot. Sea turtle, flickr.com, CC BY-NC-ND 2.0

Uczelniany boom

Włodarze wielu miast – również niewielkich ośrodków – za punkt honoru stawiali sobie uruchomienie szkoły wyższej. A uczelnie chętnie zakładały filie i punkty zamiejscowego kształcenia.

Upowszechnienie studiów skutkowało także tym, że indeks otrzymywały osoby, dla których wyzwaniem była matura. Niestety można powiedzieć, że wraz z ułatwieniem możliwości studiowania nie wzrastał poziom samych studiów. W związku z dużą liczbą żaków zanikła relacja mistrz-uczeń. Większość egzaminów ma formę pisemną, często testową…

Dziś ukończenie studiów można rozpatrywać w kategoriach awansu na drabinie społecznej. Jednak w większości przypadków nie jest to awans kulturowy.

Trochę statystyk

Konsekwencją edukacyjnego boomu dla rynku pracy jest większa liczba osób legitymujących się dyplomem wyższej uczelni. O ile w roku 1991 mieliśmy w kraju nieco ponad 400 tys. studentów, o tyle 15 lat później liczba ta wzrosła niemal pięciokrotnie, do 2 milionów. Aktualnie w Polsce studiuje ok. 1,5 mln osób.

Współczynnik skolaryzacji brutto (relacja liczby uczących się do liczby ludności) swoje apogeum osiągnął w roku akademickim 2010/2011. Wyniósł wtedy niemal 54 proc. dla osób w wieku 19-24. W następnych latach wskaźnik ten zmalał. W roku akademickim 2013/2014 osiągnął poziom 49,2 proc. Ten niebywały na skalę światową przyrost liczby studentów w krótkim okresie skutkuje m.in. tym, że obecnie niemal co piąty obywatel naszego kraju legitymuje się dyplomem ukończenia wyższej uczelni.

Czy to dużo? Warto porównać Polskę z innymi rozwiniętymi krajami. Korea Południowa, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone, Japonia i Izrael to państwa, gdzie udział osób z wyższym wykształceniem przekracza 40 proc. Z kolei w Kanadzie co druga osoba posiada wyższe wykształcenie. Ktoś mógłby stwierdzić, że mamy co nadrabiać. Tylko czy takie podejście jest racjonalne, biorąc pod uwagę potrzeby krajowej gospodarki?

Po studiach do pracy

Każdego roku mury uczelni wyższych w naszym kraju opuszcza kilkaset tysięcy absolwentów. Trudno wyobrazić sobie, jak wysoki musielibyśmy odnotować wzrost PKB, aby rodzima gospodarka mogła wygenerować dla nich odpowiednią liczbę ofert pracy. Firmy i instytucje funkcjonujące na krajowym rynku nie są w stanie tego uczynić. Duża liczba osób kończących uczelnie przekłada się na wzrost osób bezrobotnych, tyle że z wyższym wykształceniem.

Obecnie większość osób opuszczających mury akademii boryka się z trudną rzeczywistością rynku pracy. Rozczarowanie młodych osób i brak realizacji zawodowych aspiracji rodzą frustrację. Rośnie podatność na hasła ruchów populistycznych.

Jednakże problem długotrwałego bezrobocia praktycznie nie dotyczy osób legitymujących się wykształceniem wyższym. Natomiast współczynnik aktywności zawodowej wśród tych osób – biorąc pod uwagę poziom wykształcenia – jest najwyższy. Stale kształtuje się na poziomie ok. 80 proc.

Osoby z dyplomem wyższej uczelni są najbardziej mobilne na rynku pracy. Chodzi tu zarówno o mobilność przestrzenną, jak i zawodową, związaną z nabywaniem nowych umiejętności. Moje badania wyraźnie wskazują, że im wyższy poziom wykształcenia osób bezrobotnych, tym większa motywacja do podniesienia swoich kwalifikacji zawodowych. Także: większa mobilność przestrzenna, związana z poszukiwaniem i podejmowaniem pracy.

Czy więc absolwenci uczelni wyższych są dobrze przygotowani do podjęcia i świadczenia pracy w wyuczonym zawodzie? Nie można generalizować. Zależy to i od uczelni, i trybu, i kierunku studiowania. Również od poziomu kompetencji, cech osobowościowych absolwentów. Mimo to przedsiębiorcy w naszym kraju powszechnie narzekają na braki u absolwentów ich praktycznego przygotowania zawodowego.

Studia nie wystarczą

Dziś same studia to za mało. Dlaczego zatem część absolwentów – niezależnie od kierunku ukończonych studiów – świetnie odnajduje się na rynku pracy? A inni mają istotny problem z jej podjęciem?

fot. Peter Trimming, CC BY-SA 2.0, wikimedia.org, fragment

fot. Peter Trimming, CC BY-SA 2.0, wikimedia.org, fragment

Pracodawcy coraz częściej zwracają uwagę nie na ukończony kierunek, lecz na cechy osobowościowe. Liczy się dodatkowa aktywność podejmowana podczas studiowania – niekoniecznie związana z profilem studiów. Staże, wolontariat, praktyki, działalność w organizacjach studenckich czy praca wakacyjna, jak i podczas studiów w oczach pracodawcy przemawia na korzyść absolwenta. Każda tego typu aktywność świadczy o samodzielności, motywacji do osiągania celów, umiejętności pracy w grupie czy zarządzania czasem.

Ponadto osoby kształcące się na poziomie wyższym muszą mieć świadomość, że kluczową umiejętnością, jaką powinni nabyć podczas studiowania, jest samodzielne przyswajanie wiedzy. Oraz zdolność do wyłowienia z natłoku informacji tych, które mogą okazać się przydatne.

Jaki model kształcenia?

Od wielu lat mówi się o konieczności dostosowywania kierunków kształcenia do potrzeb rynku pracy. Wyniki badań wyraźnie wskazują, że pracodawcy narzekają na praktyczne umiejętności absolwentów uczelni wyższych. Tu rodzi się pytanie o model kształcenia na poziomie wyższym. Czy ma być bardziej akademicki, czy też bardziej praktyczny? W systemie kształcenia jest miejsce na oba typy. Wybór należy pozostawić młodym osobom podejmującym kluczowe decyzje w swoim życiu.

Tyle w teorii. Jednak dzisiejsi maturzyści zadają sobie proste pytanie – jaki kierunek studiów wybrać, aby nie trafić do rejestrów bezrobotnych? Pomimo licznych badań i analiz rynku pracy trudno na to pytanie odpowiedzieć. Okres studiowania to co najmniej kilka lat, a zmiany zachodzące na rynku pracy charakteryzują się dużą dynamiką.

Można oczywiście przewidzieć pewne trendy na poziomie makrostruktur. Przykładowo jako społeczeństwo się starzejemy, czyli wzrośnie potrzeba opiekunów osób starszych i geriatrów. W coraz większym stopniu korzystamy z komputerów i internetu, a zatem zwiększy się zapotrzebowanie na informatyków itd. Niemniej w zdecydowanej większości zawodów trudno cokolwiek przewidywać. Prowadzone analizy dotyczą zaś jedynie krótkich odcinków czasu. Zatem może okazać się, że nasze prognozy i kalkulacje okażą się błędne.

Sądzę, że warto wybrać kierunek, który da młodemu człowiekowi prawdziwą satysfakcję zdobywania i pogłębiania wiedzy. Konieczna jest umiejętność samodzielnego uczenia się i zdobywania wiedzy oraz krytycznego selekcjonowania informacji. Przy czym student musi zdawać sobie sprawę, że po studiach może mieć problem z podjęciem pracy w wyuczonym zawodzie. Dlatego powinien systematycznie dostosowywać swoje kompetencje do potrzeb zmieniającego się rynku pracy.

Na pewno nie można odbierać młodym marzeń o studiowaniu wymarzonej dziedziny wiedzy. Nie warto tłumić chęci zdobycia wyższego wykształcenia na kierunku dziś uznawanym za „nieprzyszłościowy”. Bo za kilka lat może okazać się, że jest na niego spore zapotrzebowanie.

Warto, aby młodzi mieli możliwość studiowania z pasją. Po to, by mogli w przyszłości z pasją pracować. A ich rodzice powinni pamiętać, że nie mogą na dzieci przenosić swoich niezrealizowanych ambicji edukacyjnych.

Na szczęście sytuacja, gdy nie wypadało maturzyście nie pójść na studia, ulega zmianie. Pozostaje mieć nadzieję, że zamiast pytania: „Co chcesz studiować?” młodzież od rodziców usłyszy wpierw: „Czy będziesz studiować?”.

*dr Rafał Muster – pracownik Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Śląskim

Tytuł i śródtytuły od redakcji IO