Newsletter

Polska pod lupą młodzieży

Krystyna Szafraniec, 20.07.2015
Odpowiedź na pytanie, jaka jest Polska dla ludzi młodych, nie jest szczególnie trudna do przewidzenia. Gdyby ich samych zapytać, najczęstsza odpowiedź brzmiałaby: raczej nieciekawa

Najnowszy Instytut Idei, nr 8, lato 2015 r.

Fot. PolandMFA, flickr.com, CC BY-ND 2.0

Przeczytałam kiedyś, że pisać należy tylko o tym, w czym ma się doskonałe rozeznanie, albo o tym, o czym nikt nie ma pojęcia. Nie jestem pewna, czy mieszczę się w którejś z tych kategorii. Prośbę Instytutu Obywatelskiego, aby napisać coś o Polsce z perspektywy młodzieży, powinnam więc (być może) odrzucić. Bo chociaż lubię to, co robię, a nawet czasami wydaje mi się, że to, co robię, jest odkrywcze i porywające, wcale nie ogarnia mnie poczucie szczególnych kompetencji. Nie jest też tak, że swoją wiedzą na zadany temat mogę tu kogoś zaskoczyć. Odpowiedź na pytanie, jaka jest Polska dla ludzi młodych, nie jest bowiem szczególnie trudna do przewidzenia. Gdyby ich samych zapytać, najczęstsza (i najbardziej subtelna) odpowiedź brzmiałaby: raczej nieciekawa.

Zdecydowanie bardziej wymowne są statystyki dotyczące liczby osób wyjeżdżających z kraju. Pokazują one nie tylko to, że liczby te zbliżają się do rekordowego poziomu z 2007 roku (znacznie przekraczając dwa miliony), lecz również to, że wśród wyjeżdżających znów – tak jak wtedy – przeważają ludzie młodzi. I choć możemy założyć, że wyjeżdżają nie tylko ci, którzy muszą, lecz również ci, którzy chcą, którymi powoduje ciekawość świata i chęć zmierzenia się z nowym rodzajem wyzwań, to i tak dominuje poczucie, że z perspektywy życiowych zadań i celów wyjazd za granicę jest najbardziej rozsądnym rozwiązaniem.

Można oczywiście przyjąć, że w epoce masowych migracji, gdy w skali globu ponad 190 milionów ludzi mieszka poza krajem urodzenia, a imigranci ratują niedobory siły roboczej i podtrzymują profil demograficzny większości krajów rozwiniętych, przypadek Polski nie jest w zasadzie niczym szczególnym. Moglibyśmy zadowolić się taką konstatacją, gdyby nie to, że dziś Polska w oczach rozwiniętego świata uchodzi za kraj, który odniósł sukces, któremu się udało, który powinien zatem dysponować siłą przyciągającą cudzoziemców, a nie wypychającą własnych obywateli. Tak jednak nie jest.

Co się więc stało? Takie pytanie zadał mi niedawno jeden z brytyjskich socjologów. To bardzo dobre pytanie, nad którym warto się pochylić. Problem polega na tym, że chyba właśnie nic się nie stało – nic takiego, co zmieniałoby sytuację i możliwości życiowe młodych ludzi, ich szanse na dorośnięcie i włączenie się w proces społecznej zmiany. Wystarczy spojrzeć na rynek pracy, na słynne umowy śmieciowe, wskaźniki bezrobocia (ponad dwukrotnie wyższe niż wśród osób reprezentujących starsze pokolenia), liczby „gniazdowników” (bardzo dorosłych dzieci z konieczności, nie z wyboru, mieszkających z rodzicami), a z drugiej strony – na nieustające (mimo kryzysu) nawoływanie do konsumpcji i konsumpcyjnego stylu życia, lansowanych przez kulturę masową jako powinność moralna.

Polacy opuszczają ojczyznę i wyjeżdżają za granicę przede wszystkim „za chlebem” i lepszym życiem. Według danych GUS-u zdecydowana większość (80–90 procent) polskich emigrantów, którzy wyjechali po 2004 roku, przebywa za granicą w związku z pracą. Nie jest to jedyny powód. Wśród czynników wypychających są jeszcze niskie płace, duże koszty pracy, formalne przeszkody w zakładaniu firm, przerzucanie kosztów emerytur na młode pokolenie czy – wreszcie – osobliwa (dla młodych nieznośna) „estetyka” życia publicznego, której ton nadają parlamentarzyści, wyznawcy „cudu ujemnego” nad Smoleńskiem czy roszczeniowo nastawieni górnicy.

Dobrze wykształceni, nieźle znający języki, bez pracy, bez perspektyw na rozwój zawodowy, bez wiary, że w Polsce może być normalnie – wyjeżdżają, bo nie chcą tracić szansy i popadać w apatię. Wyjeżdżają, bo w Polsce ekonomicznie najgorzej mają ludzie młodzi – nie tylko z powodu braku pracy czy niskich zarobków, ale również ze względu na narastające zjawisko niesprawiedliwości pokoleniowej, wynikającej z obowiązującego prawa. W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, system świadczeń socjalnych i emerytalnych oparty jest na transferze środków wypracowanych przez młodsze pokolenia do sektora ludzi starych. Zasada ta gwarantuje bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt seniorom, lecz ludziom młodym funduje nieuczciwe piramidy finansowe, nakładające coraz wyższe podatki w zamian za coraz niższe świadczenia.

W Europie jesteśmy (jeszcze) w grupie relatywnie młodych społeczeństw i jednocześnie w czołówce państw wydających największy procent dochodu narodowego na renty i emerytury. Mamy w związku z tym jedną z najwyższych stóp opodatkowania pracy osób niezamożnych, co jest szczególnie dotkliwe dla rozpoczynających pracę. Dla dużej części tych ludzi wartość ich pracy, pomniejszona o podatki i składki, jest mniejsza niż płaca minimalna lub koszt samodzielnego przeżycia. W rezultacie młodzi są wypychani z rynku pracy lub mają oferowane zatrudnienie śmieciowe. I jedno, i drugie powoduje, że wielu spośród nich w Polsce nie opłaca się pracować. Wyjazd za granicę staje się jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Nadzieje, że powrócą i zasilą innowacyjnie gospodarkę, już okazały się płonne. Nadzieje, że nie wyjadą, bo skutki niżu demograficznego na rynku pracy będą działały na ich korzyść, są równie kruche. Już dziś wielu młodych twierdzi, że jeśli system podatkowy za bardzo ich przyciśnie z myślą o seniorach, wyjadą za granicę, skąd będą wspierać rodziców własnymi transferami. Jak twierdzą, będą przynajmniej mieli pewność, że ich pieniądze trafią pod właściwy adres.

Fot. Rafal Zych, flickr.com, CC BY-NC 2.0

Fot. Rafal Zych, flickr.com, CC BY-NC 2.0

Nie tylko statystyki dotyczące migracji czy choćby planów wyjazdowych młodzieży wystawiają Polsce nie najlepsze świadectwo. Wystawiają je również negatywne oceny życia społecznego – odnoszone do tak ważnych dla normalnego funkcjonowania kwestii, jak jakość relacji interpersonalnych, poczucie bezpieczeństwa i perspektywy, możliwość wpływania na własne życie i bieg społecznych zdarzeń, styl lansowanej socjalizacji (mniej lub bardziej otwartej, tolerancyjnej lub podporządkowanej ideologicznym interesom). Znani jesteśmy ze złego stanu kapitału społecznego. Młodzi Polacy – wydawałoby się indywidualiści, dla których inni nie istnieją – są szczególnie surowymi sędziami. W kolejnych realizowanych przeze mnie badaniach bardzo źle oceniają stan więzi społecznych i relacji interpersonalnych – dostrzegają rzadkość występowania wokół siebie takich zjawisk, jak gotowość do niesienia pomocy innym ludziom. Zdecydowanie częściej widzą w naszym życiu społecznym nastawienie na realizację własnego interesu. W ich widzeniu życia społecznego w Polsce nie wybija się – jako zjawisko typowe – gotowość do współpracy, lecz tendencja do rywalizacji; nieufność zdecydowanie wypiera zaufanie, a antypatia sympatię do ludzi. W mniemaniu młodzieży zjawiskiem typowym jest instrumentalne traktowanie innych osób, nie zaś traktowanie ich jako wartości. Obserwując życie społeczne, odczuwają głównie obawy o przyszłość, a poczucie niepewności jutra, wrażenie żywiołowości, bezplanowości i chaosu przeważają nad nadziejami, poczuciem bezpieczeństwa i stabilności w naszym kraju.

Nieco lepiej w ocenie młodzieży wypadają zjawiska dotyczące poczucia kontroli (choć zdecydowanie częściej odnoszą się one do własnego życia niż do życia społecznego). Nie najgorzej wypadają też praktyki społeczne związane z formatowaniem (wychowaniem) młodzieży. Młodzi Polacy nie czują się dziś ograniczeni w możliwościach wyboru poglądów, wzorów i postaw, z którymi by się osobiście identyfikowali, choć jednocześnie nie uważają naszego społeczeństwa za zbyt tolerancyjne.

W zestawieniu z podobnymi badaniami realizowanymi wcześniej (w latach osiemdziesiątych)  odczucia współczesnej młodzieży wskazują na zdecydowane powiększenie sfery podmiotowości i większe możliwości kreowania siebie, jakkolwiek nie jest to ten stan, który cechował Polskę w czasach „Solidarności”. Jednocześnie oceny wystawione relacjom międzyludzkim i więziom społecznym oraz percepcja zjawisk mających znaczenie dla poczucia bezpieczeństwa i perspektywy ukazują stan zbliżony do tego, jaki odnotowywały badania… z okresu stanu wojennego. To dość szokująca konstatacja, podobnie jak przywołanie porównań do krajów zachodnioeuropejskich, gdzie obraz życia społecznego w ocenie młodych imigrantów z Polski wypada – na każdym możliwym polu – znacznie korzystniej. Jako bardziej przyjazne odbierane są relacje międzyludzkie, pewniejsza i bardziej bezpieczna wydaje się przyszłość, w większym stopniu można mieć wpływ na własne życie i z większą swobodą wyrażać (ale i wybierać) własne „ja”. Podczas gdy potoczne obserwacje przekonują nas, że żyjemy w nieustannie zmieniającej się Polsce i że dzień dzisiejszy praktycznie pod żadnym względem nie przypomina sytuacji sprzed lat, obraz życia społecznego ze względu na kryteria jakościowe wykazuje nie tylko cechy zadziwiającej stabilności, ale i dystansu do innych krajów.

Co to oznacza? Z jednej strony utrzymywanie się wielu negatywnych społecznie zjawisk. Jeżeli ktoś na przykład sądzi, że zjawiskiem typowym dla życia społecznego jest wzajemna nieufność, należy oczekiwać tendencji do szczególnie wysokich ocen tych, którzy dotychczas dali się poznać jako budzący zaufanie, ale też programowej nieufności wobec innych, skłonności do nadużywania zaufania, ograniczania sfery kontaktów międzyludzkich do kręgu najbardziej zaufanych osób (w praktyce oznacza to redukcję sfery publicznej do życia prywatnego) czy powiększania dystansów społecznych. Z drugiej strony konsekwencją takiego stanu rzeczy może być dalsze nasilanie się gotowości wyjazdowej młodych Polaków za granicę, gdyż tam zechcą oni szukać bardziej korzystnych warunków rozwojowych i bardziej przyjaznych rozwiązań do realizacji życiowych planów.

Dlaczego łatwiej przychodzi im wyjazd z Polski lub emigracja wewnętrzna (jakie to stare …) niż działania na rzecz zmiany ojczyzny? To kolejne dobre pytanie. Można tu wskazać na różne czynniki. Pierwszym jest poczucie politycznej bezsilności wynikające z określonego postrzegania polityków i sceny politycznej, na której od lat nic się nie zmienia, gdzie w żelaznym uścisku tkwią ugrupowania walczące o własne polityczne interesy i władzę. Po politycznym przebudzeniu w 2007 roku – w związku z groźbą powrotu IV RP – i wielkim politycznym rozczarowaniu rządami PO młodzi Polacy szerokim łukiem obchodzą dominujący dyskurs i istniejące podziały. W wyborach 2011 roku głosowali na złość głównym ugrupowaniom politycznym, stawiając na partię spoza solidarnościowego układu, czyli „znikąd”. W krótkim czasie sami się przekonali, że była to wydmuszka. Dziś myślenie racjonalno-dialogowe jest w odwrocie, lewica, jakiej szukali, praktycznie nie istnieje, radykalizuje się za to prawa, konserwatywna strona.

Fot. Arek Olek, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

Fot. Arek Olek, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

Jakkolwiek podziały polityczne przenoszą się również na młode pokolenie, jest ono – w swej zasadniczej masie – politycznie niezdeklarowane i wycofane. Swoje emocje polityczne młodzi przenoszą do internetu i tam je mniej lub bardziej niecenzuralnie demonstrują, odwracając się od demokracji przedstawicielskiej. Według danych zgromadzonych w 2011 roku w ogólnopolskim badaniu „Polacy” typ obywatelstwa oparty na zaangażowaniu i zaufaniu do instytucji publicznych ma wśród młodych do 30 roku życia najsłabszą reprezentację (niespełna 10 procent). Razem z tymi, którzy spełniają minimalne standardy politycznego uczestnictwa (udział w wyborach), jest to 45 procent. To znacznie, znacznie mniej niż w 1995 roku, kiedy to względnie zaangażowany typ obywatelstwa reprezentowało 20 procent młodych, zaś typ minimalistycznej partycypacji – kolejne 40 procent. To również znacznie mniej niż wśród średniego i starszego pokolenia.

Po drugie, za polityczny dystans młodzieży odpowiadają również sytuacja globalna i współczesny (ponowoczesny) kapitalizm – z jednej strony przeżywający coraz głębszy kryzys, z drugiej jednak wypracowujący coraz sprytniejsze mechanizmy obronne i śluzy. Wiodącym mechanizmem jest ideologia konsumpcjonizmu, która skutecznie zawładnęła młodzieżą i angażuje jej energię wokół możliwie niekonwencjonalnego stylu życia. Częste są też procesy indywidualizacji, za których pośrednictwem dokonuje się przeniesienie zewnętrznych (społecznych) przyczyn życiowego niepowodzenia na własne (osobiste) winy, a problemów systemu na własne (osobiste) nieudacznictwo. Bezrobocie, choć masowe, przeżywane jest jako indywidualny los, z którym trzeba sobie indywidualnie poradzić. Wszystko to działa jak polityczny piorunochron i skutecznie kieruje zaangażowanie młodzieży ku innym niż polityka sprawom. Skutecznie też ogranicza jej wyobraźnię do tego, co zastane, zniechęcając do myślenia alternatywnego i alternatywnych poszukiwań.

Poważne oskarżenie należałoby skierować pod adresem rodziców, nauczycieli i innych edukatorów. Ich podejście do młodzieży, choć podszyte poczuciem, że sami się gubią, opiera się na przekonaniu, że to oni rządzą i oni lepiej wiedzą. W rezultacie w pierwszym rzędzie to starsi – w trosce o dzieci – podcinają młodym skrzydła wyobraźni i nakazują im koncentrować się na własnych karierach. Świat zewnętrzny, ze swoimi coraz bardziej zawiłymi problemami i coraz nowymi wyzwaniami, raczej nie jest wyjaśniany. Młodzież z jednej strony rekompensuje sobie te ograniczenia światopoglądowe własnymi poszukiwaniami (jeśli w ogóle; najczęściej poprzez surfowanie po internecie), z drugiej zaś potulnie podąża śladami wytyczanymi przez dorosłych, którzy chcą dobrze, ale wychodzi im źle. Jest w pewnym sensie „porzuconą”, ale i mentalnie uwięzioną generacją, nad którą dorośli rozkładają parasol wybiórczej nadopiekuńczości.

W rezultacie mamy to, co mamy: młodzież, która mniej więcej wie, w jakim kraju chciałaby żyć, lecz nie wie, jak zabrać się do jego zbudowania, oraz Polskę, która potrzebuje zmiany, lecz marnuje swoje (być może jedyne dostępne) naturalne zasoby (czyli kapitał tkwiący w młodzieży). Mimo to młodzi (właśnie dlatego, że są młodzi, ale i dlatego, że reprezentują inne pokolenie) są ciągle (mimo tendencji spadkowych w stosunku do lat dziewięćdziesiątych) relatywnie najbardziej żarliwymi orędownikami rozwiązań efektywnościowych w gospodarce (opowiada się za nimi ponad 60 procent młodych do 30 roku życia). Częściej niż inni opowiadają się za demokratycznym porządkiem politycznym; rozwiązania takie – mimo krytycznego stosunku do polskiej sceny politycznej – preferuje ponad 70 procent młodzieży. Częściej również niż starsi i częściej niż w minionych latach młodzi Polacy wykazują zainteresowanie państwem świeckim, tolerancyjnym, otwartym na świat, stwarzającym warunki do budowania wspólnoty o inkluzywnym charakterze, traktując przy tym religię jako ważną, acz prywatną sprawę (ponad 80 procent młodych wskazuje na preferencje tego rodzaju ).

Będę pewnie staroświecka i naiwna, ale powiem, że tu naprawdę otwiera się rozległa przestrzeń do rzetelnej, nowoczesnej edukacji obywatelskiej, od lat w naszym kraju lekceważonej i kopanej. Wydaje się, że Instytut Obywatelski może mieć na tym polu sporo do zainicjowania i zrobienia. I nie powinien mieć w młodzieży przeciwników, albowiem coraz częściej ona sama domaga się rzetelnego wprowadzania w problemy społeczeństwa, kraju, oczekuje wyjaśnień, uzasadnień i wiedzy, która pozwoliłaby bardziej dojrzale uczestniczyć w sferze publicznej. Polityków taka edukacja, niestety, nie zmieni, ale pomoże ukształtować lepszy, mądrzejszy elektorat.

Tekst ukazał się w 8. wydaniu kwartalnika Instytutu Obywatelskiego „Instytut Idei” – cały magazyn do pobrania tutaj.

*Krystyna Szafraniec – profesor socjologii, kierownik Zakładu Socjologii Edukacji i Młodzieży na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 2007 r. z mandatu wyborców członek Komitetu Socjologii PAN. Autorka rządowego raportu „Młodzi 2011″.