Newsletter

Młodzi powinni dziś usłyszeć przeprosiny

Stanisław Skarżyński, 13.07.2015
Dziś to młodzi, a nie rolnicy, górnicy czy pielęgniarki, są najsłabszą społecznie grupą, która była przez całe lata pozbawiona prawa do decydowania o sobie

Należy poważnie wziąć pod uwagę możliwość, że Polska, której elity od ćwierćwiecza zajęte są różnymi „bardzo ważnymi” sprawami, dopuściła do tego, by pod jej skrzydłami wyrosła olbrzymia liczba radykalnych ignorantów. Ignorantów, którzy uważają swoje państwo za coś obcego i nienależącego do nich.

Fot. Giuseppe Milo, flickr.com, CC BY 2.0

Ujmijmy to inaczej. Co jeśli – gdy „starzy” poświęcali ostatnie 25 lat takim zagadnieniom jak wprowadzenie Polski do NATO i Unii Europejskiej, komisja majątkowa, lustracje kolejnych grup zawodowych, wojny o służby specjalne, wykreślanie i wpisywanie Gombrowicza do listy lektur, samoloty, pociągi, autostrady – młodzież, puszczona samopas, zdziczała?

Zresztą, „puszczona samopas” to by było jeszcze pół biedy. Ta młodzież – do której się zaliczam – została bez żadnego przygotowania i osłony wystawiona na pastwę oszustw i pokus kiełkującego kapitalizmu końca XX i początku XXI wieku. „Starzy” siedzieli w robocie, a dzieci przed ekranami telewizorów i komputerów „łoiły browary” i „smażyły gibony”, czyli piły alkohol i paliły trawę. I jeśli wasze, dziś już dorosłe, dzieci twierdzą, że w liceum nie piły i nie paliły, to albo były „lamusami”, albo kłamią.

„Klubowe kastingi suczek z rodowodem.
Do klubu podjeżdżają Neoplanem.
Zgodnie z planem potem gdzieś nad ranem z mokrym spodem
odjeżdżają samochodem.
Idealne do poduszki, yo, grzeczne córki i wnuczki”
(Ascetoholix, „Suczki”, 2003).

Obrzydliwe? Ten tekst wyły z pamięci tłumy na niemal każdej młodzieżowej imprezie początku XXI wieku. Poza imprezami „kujonów”, oczywiście. Uwięzione w trójkącie bermudzkim szalejących hormonów, zerowego związku edukacji z przeżywanymi problemami oraz wylewających się z telewizji sprzecznych norm wielkiej, romantycznej miłości i skomercjalizowanej, pornograficznej seksualności, właściwie całe pokolenie popadało w obłęd.

Dziś widać, że „dorosła” Polska potraktowała to pokolenie bezwzględnie i okrutnie. Zajęła się sobą, własnymi problemami i potrzebami – czasem prawdziwymi, a często kompletnie urojonymi. A dzieci dorosły, stając się „młodymi”, którzy dorośli są jednak tylko w sensie metryki. W sensie społecznym bowiem czy ekonomicznym lub politycznym i tożsamościowym są często zdumiewająco kalecy. Są słabi, uprzedzeni, pozbawieni pewności siebie.

Komu się udało jakoś urządzić, żyje całkiem nieźle. Większości jednak się nie udało. Nadal mieszkają u rodziców, lub rodzice pomagają im – bywa, że niemal czterdziestoletnim ludziom! – finansowo. Olbrzymia grupa uciekła na Zachód. Pozostali „trwają”. Codziennym doświadczeniem młodych Polaków jest żenujące, kompletnie nieadekwatne do potrzeb, wynagrodzenie, praca na czarno, śmieciowe formy zatrudnienia, powszechne łamanie prawa pracy, bo „dwadzieścia osób czeka na twoje miejsce”.

Trzeba powiedzieć jasno: bycie młodym człowiekiem w Polsce w 2015 roku to doświadczenie upokarzające. I to powinno się zmienić. Tymczasem, co gorsza, to upokorzenie pozostaje niewypowiedziane, bo „starzy” uparcie pozbawiają młodych prawa do niezadowolenia. „Wy nie wiecie, czym była komuna”. „Nie zdajecie sobie sprawy, czym była okupacja”. Więc: „siedźcie cicho!”.

Ten brak prawa do głosu owocuje dziwnymi marzeniami. Idiotyczne pytanie o to, jak zarabiający 2 tys. złotych ma kupić mieszkanie, które zostało zadane Bronisławowi Komorowskiemu – oraz odpowiedź prezydenta – ujawnia pustkę naszej wyobraźni społecznej. Nie dysponujemy solidnymi danymi na ten temat, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że „młodzi” jako całość to pokolenie ludzi smutnych i zmęczonych. Ludzi, którzy wciąż czekają, aż ich życie naprawdę się zacznie. Aż – w jakiś magiczny sposób – przeskoczą z tych „2 tysięcy” do „własnego mieszkania”.

Ten brak szczebli pośrednich, jakiejś wizji ścieżki rozwoju społecznego, wyobrażalnej biografii, wydaje się cechą wspólną tego pokolenia.

Tacy są młodzi: głodni, ambitni i dzicy. Bardzo im daleko do pewnych siebie, spokojnych, dobrze liczących, racjonalnie podchodzących do polityki obywateli, których potrzebuje państwo demokratyczne. I zupełnie poważnie można obawiać się, że jest za późno, by się nimi stali.

Fot. Arek Olek, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

Fot. Arek Olek, flickr.com, CC BY 2.0, fragment

Innymi słowy, musimy zadać sobie pytanie: a co, jeśli ci obywatele, którzy huśtają obecnie polską demokracją, wcale nie są młodzi, tylko najzwyczajniej w świecie głupi? Głupi w tym sensie, że nie zorientują się, kiedy sprawnym w gębie populistom uda się zaprząc ich słabości do swojego wozu? Nieumiejącym liczyć obiecają złote góry. Chcącym siły przyrzekną prawo do broni. Niepewnym seksualności zaproponują niższość kobiet. A poszukującym przynależności powiedzą, że są częścią armii, która wyzwala kraj z rąk okupanta.

To właśnie się dzieje i temu też trzeba się przeciwstawić. Ale przeciwstawić trzeba się w sposób mądry. Nic nie da licytowanie się na hasła z populistami. Oni zawsze obiecają więcej i powiedzą mocniej.

Można spróbować inaczej. Ale aby to zrobić, trzeba przede wszystkim dostrzec, że młodzi nie są beneficjentami 25-lecia transformacji. Za to w dużym stopniu to na nich oddziałują negatywne efekty tego, co działo się w Polsce po 1989 roku.

Trzeba przyjąć do wiadomości, że dziś to młodzi, a nie rolnicy, górnicy czy pielęgniarki, są najsłabszą społecznie grupą, która była przez całe lata pozbawiona prawa do decydowania o sobie. Co więcej, pozbawiono ją właściwej i skutecznej reprezentacji.

Ci ludzie skazani byli na beznadziejnie głupie szkoły, w których o ich potrzeby nikt się nie troszczył. Uczniowie wszak byli surowcem w rozgrywce między politykami, rodzicami, nauczycielami i największym Kościołem. Podobnie później, jako studenci, ciężko pracujący na bezwartościowe wyższe wykształcenie, nie wiedzieli, że w ten sposób jeszcze przez chwilę ukryto czekające ich bezrobocie.

W ich domach zresztą nie było lepiej. Rodzice, po latach życia w komunie, sami byli zbyt wygłodniali. Za bardzo chcieli pożyć w dobrobycie, żeby móc wsłuchać się w głos dzieci. Rodzice – nieobecni, przepracowani, sfrustrowani i często zwyczajnie biedni – nie mieli jak pomóc wchodzącym w dorosłość pokoleniom.

Te zaległości trzeba nadrobić tak samo, jak nadrobić trzeba było braki infrastrukturalne. Młodym nie potrzeba kolejnych ulg, kolejnego „upupienia”. W młodych trzeba po prostu zainwestować – czas, uwagę i pieniądze.

Inwestycję tę poprzedzić należy poważną, socjologiczną analizą ich biografii, sytuacji życiowej, potrzeb i perspektyw. Naprawdę zdumiewająco niewiele na ten temat wiemy. Czas uzupełnić ich rozwój społeczny, aby mogli dorosnąć do roli poważnych, samodzielnych obywateli. Takich, którzy nie muszą prosić rodziców o pieniądze, szefa o litość, a swojego państwa o elementarne gwarancje bezpieczeństwa.

Wtedy i tylko wtedy ci młodzi ludzie będą chcieli bronić państwa i mogą rozważyć powrót z emigracji. Zdecydują się na założenie rodziny, gdy państwo zagwarantuje, że ich dzieci nie będą wychowywać się w podobnym domu wariatów, jakim była Polska ich młodości.

W końcu – tym młodym należą się za ostatnie dwadzieścia pięć lat zwykłe przeprosiny. Ktoś powinien stanąć przed nimi i powiedzieć: „Przepraszam was, w imieniu Polski, za te dwadzieścia pięć lat obłędu. Za głupią szkołę, pusty dom, za te wszystkie idiotyzmy i niebezpieczeństwa, z którymi musieliście sobie dać radę sami, choć byliście dziećmi. Przepraszamy za samotność w zmaganiu się z dojrzewaniem i za brak asekuracji, którą starsi są winni młodszym. I który uniemożliwił wam osiągnięcie życiowej samodzielności. Zawiedliśmy, ale teraz to nadrobimy”.

*Stanisław Skarżyński – dziennikarz Radia ZET i „Res Publiki Nowej”. Doktorant w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW.

Autor wynagrodzenie za tekst przekaże Fundacji AST.