Newsletter

Miliardy, których nie ma

Konrad Niklewicz, 08.07.2015
Można odnieść wrażenie, że w Prawie i Sprawiedliwości ścierają się dwie filozofie rozmowy z wyborcami. Sądząc po tym, co mówi kandydatka na premiera Beata Szydło, na razie wygrywa filozofia dosadnie sformułowana przez Jacka Kurskiego: „ciemny lud to kupi”

Na swojej konwencji programowej (3–5 lipca w Katowicach) politycy Prawa i Sprawiedliwości przedstawili propozycje programowe, z którymi największa partia opozycyjna pójdzie do wyborów. Jak łatwo zgadnąć, największe zainteresowanie wzbudziły propozycje gospodarcze. Nawet kandydatka na premiera Beata Szydło przyznawała, że ich efektem będzie wzrost wydatków z budżetu państwa. Zapewniała jednak, że PiS znalazł źródła finansowania.

Fot. Narodowy Bank Polski, CC BY-ND 2.0, flickr.com

Warto zweryfikować te słowa, zarówno po stronie wydatków jak i (planowanych) dochodów.

Na pierwszy ogień idzie podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. złotych. PiS twierdzi, że oznacza to ubytek budżetowy rzędu 7 mld złotych w skali roku. To wyliczenie PiS oparł na założeniu, że cały podatek PIT płacony w Polsce wynosi 35 mld złotych, a podwyższenie kwoty zmniejszy wpływy o 20 proc.

Kłopot w tym, że – jak informuje Ministerstwo Finansów – łączne dochody z PIT w 2014 roku wyniosły 78,2 mld złotych, czyli grubo ponad dwa razy więcej, niż twierdzi PIS. Po drugie, partia ta w swoich zapowiedziach najwyraźniej nie uwzględniła faktu, że z PIT są finansowane także samorządy (w 2014 roku 49,38 proc. wszystkich dochodów z PIT przekazano do JST!), tak samo jak nie uwzględniła ubytku w dochodach Narodowego Funduszu Zdrowia, również powiązanego z PIT. Podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. złotych oznaczałoby, że dochody NFZ zmniejszą się o 2,4 mld złotych, a dochody samorządów – o ponad 10 mld złotych.

Jeszcze większą dziurę w budżecie zrobiłaby obietnica 500 złotych na każde dziecko. Sami politycy PiS, z posłanką Beatą Szydło na czele, przyznają, że ta propozycja kosztowałaby około 22 mld złotych. Rocznie!

Prawdziwe finansowe tsunami spowodowałaby jednak kolejna obietnica PiS: powrót do poprzedniego wieku emerytalnego. PiS twierdzi, że będzie to kosztowało „tylko” 10 mld złotych rocznie. W rzeczywistości ze względu na zmiany demograficzne (starzenie się społeczeństwa), jeśli wrócimy do starego wieku emerytalnego, dziura w funduszu wypłacającym emerytury będzie się powiększać z każdym rokiem, w postępie bardziej geometrycznym niż arytmetycznym. Do 2020 roku ubytek wyniesie 50 mld złotych, do 2030 roku około 250 mld złotych, a do 2040 roku – ponad 500 mld złotych! Nie wspominając już o tym, że powrót do poprzedniego wieku emerytalnego oznacza niższe emerytury zarówno mężczyzn (o 20 proc.), jak i kobiet (o 70 proc.).

Bilans się nie spina

PiS przekonuje, że potrafi wskazać źródła finansowania swoich gigantycznych obietnic. Na tym opiera się jego narracja polityczna. Ta partia stara się wmówić wyborcom: „Tak, wiemy, że nasze obietnice to dziesiątki miliardów złotych. Ale wiemy też, skąd te pieniądze wziąć”.

Czy rzeczywiście? W programie PiS wskazane są cztery główne, nowe źródła finansowania wydatków publicznych. Po pierwsze, „uszczelnienie systemu podatkowego”, które ma przynieść 52 mld złotych. Po drugie, podatek od instytucji finansowych, zwłaszcza banków (na te ostatnie nałożono by podatek roczny w wysokości 0,39 proc. aktywów), w sumie około 5 mld złotych przychodu. Trzecie źródło dochodów to nowy podatek nałożony na sklepy wielkopowierzchniowe; przychód: około 3 mld złotych. Czwartym źródłem nowych dochodów miałyby być… dodatkowe wpływy z VAT, które budżet osiągnie, zostawiając w kieszeniach podatników więcej pieniędzy (bo kwota wolna od podatku byłaby wyższa). Ekspertom PiS udało się doliczyć z tego tytułu 9 mld złotych.

Wszystkie cztery źródła są, mówiąc delikatnie, wątpliwe.

Zacznijmy od mitycznego „uszczelnienia systemu podatkowego”. Ma to dać 52 mld złotych. Taka sztuka nie udała się w żadnym państwie świata, nawet dalece większym i bogatszym od Polski. Wszystkie demokracje Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, walczą z oszustwami podatkowymi. Niektóre robią to naprawdę agresywnie – i jeszcze żadnemu nie udało się uzyskać z „uszczelnienia” takich sum. W ostatnich latach przekonały się o tym między innymi Włochy.

Fot. Richard Grandmorin, CC BY 2.0, flickr.com

Fot. Richard Grandmorin, CC BY 2.0, flickr.com

Kolejne polskie rządy (także przed 2007 rokiem) starały się uszczelnić system podatkowy. To zabiera dużo czasu, a efekty są rozpisane na wiele lat. Nie ma spektakularnych zysków już w pierwszym roku. Tym bardziej że politycy PiS nie są w stanie wyjaśnić, jakich dokładnie narzędzi użyją, by system uszczelnić. Mało konkretna wypowiedź rzecznika PiS Marcina Mastalerka w tej sprawie jest już legendarna i krąży po internecie jako przedmiot kpin.

A co z dodatkowymi wpływami z VAT? Tu jako żywo przypomina się baron Munchausen, który sam wydobył się z bagna, ciągnąc ręką za włosy. PiS uznał bowiem, że w kieszeniach podatników zostanie dodatkowo 39 mld złotych (22 mld złotych z tytułu wsparcia na dzieci, 10 mld złotych z tytułu wcześniej wypłaconych emerytur i 7 mld złotych dzięki wyższej kwocie wolnej od podatku). Następnie założono prawdopodobnie, że wszystkie pieniądze zostaną wydane na konsumpcję – opodatkowaną stawką 23 proc. (sic!). Tak przeprowadzony „rachunek” daje 9 mld złotych dodatkowych wpływów do budżetu.

Tyle że to kolejne ekonomiczne szalbierstwo. Po pierwsze, nie cała konsumpcja jest opodatkowana podstawową stawką 23 proc. (wkrótce zostanie ona zresztą obniżona do 22 proc.); pieczywo, nabiał, przetwory mięsne, mąka, kasze, makarony są opodatkowane preferencyjnymi stawkami podatku (5 i 8 proc.). A po drugie, wyliczenia PiS nie uwzględniają scenariusza, w którym części pieniędzy podatnicy nie wydadzą, ale na przykład odłożą do skarpety. Albo wpłacą na konto w banku.

Dochody z podatku bankowego (od instytucji finansowych) i podatku ściąganego od supermarketów są możliwe do zrealizowania. W gospodarce nie ma jednak nic za darmo. Ani banki, ani supermarkety nie są instytucjami charytatywnymi. Nałożony na nie nowy podatek przerzucą albo na klientów, albo na kooperantów. Tych ostatnich wybiorą prawdopodobnie sieci handlowe: ponieważ nie będą chciały podnosić cen, jeszcze bardziej przycisną małych, polskich dostawców. Ucierpią małe, polskie firmy, często rodzinne – dokładnie te, które PiS ponoć chce chronić.

Jeszcze większym skandalem jest to, że podatku mają nie płacić SKOK-i. Nie dość, że klienci banków już zrzucili się na ich ratowanie w kwocie 3 mld złotych, to teraz jeszcze mieliby ponosić koszt sztucznego podnoszenia ich konkurencyjności. Ciekawe, czemu PiS chce takiego łagodnego traktowania dla SKOK-ów?

Na to pytanie PiS w swoim programie nie odpowiedział. Podobnie jak nie przedstawił źródeł finansowania swoich innych obietnic: zwiększenia wydatków na służbę zdrowia do 6 proc. PKB rocznie, zwiększenia wydatków na obronę o pół punktu procentowego PKB (to około 10 mld złotych!), utrzymania wszystkich nierentownych kopalń, programu reindustrializacji, podwojenia wydatków na naukę, obniżenia CIT… Lista prezentów jest znacznie dłuższa.

I tylko tych miliardów nie widać.

*dr Konrad Niklewicz – dyrektor zarządzający Instytutu Obywatelskiego