Newsletter

Referendum a umywanie rąk

Konrad Niklewicz, 29.06.2015
Rząd premiera Aleksisa Tsiprasa, nie chcąc wziąć odpowiedzialności za kluczowe decyzje, ucieka się do referendum, choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej wygrał wybory, obiecując Grekom, że zna sposób na wyciągnięcie kraju z zapaści

Kolejny raz Europa wpływa na nieznane wody. Nowa odsłona kryzysu greckiego może – choć nie musi! – zakończyć się formalnym bankructwem i wyjściem Grecji ze strefy euro. Czyli zdarzeniem, którego nikt jeszcze w Unii Europejskiej nie przećwiczył. Konsekwencje takiego wydarzenia mogą być kolosalne, zarówno w sferze gospodarki, jak i polityki. Pierwsze efekty widać już teraz – pisze o nich więcej Jan Gmurczyk w swoim tekście.

Fot. Christos Tsoumplekas, cc, flickr.com

Nie sposób przewidzieć, jak Unia Europejska przejdzie ten test. Jedno jest pewne: żaden z poważnych europejskich polityków nie chce, żeby najgorszy scenariusz się zrealizował. Nikt nie zyska na bankructwie Grecji, tak samo jak nikt nie zyska na zmniejszeniu się strefy euro.

Europa ma dziś wielki dylemat. Z jednej strony europejscy partnerzy muszą naciskać grecki rząd, by podjął bolesne, ale konieczne reformy. To jest warunek przekazania Grecji kolejnego pakietu ratunkowego, który instytucje europejskie i Międzynarodowy Fundusz Walutowy położyły na stole. Nikomu nie uśmiecha się podpisywać kolejny czek dla Grecji bez gwarancji, że ten kraj wreszcie naprawi – na trwałe – swój model gospodarczy.

Z drugiej strony 27 państw nie może nie doceniać publicznego gniewu Greków. Wielu z nich nie rozumie, dlaczego wciąż muszą zaciskać i pasa i obniżać poziom życia (a taka byłaby pierwsza konsekwencja reform). Część Greków jest przekonana, że padła ofiarą złej konstrukcji strefy euro albo nawet złej woli polityków w innych krajach  – i dziś nie zgadza się na drastyczne zmiany w świadczeniach społecznych, redukcje emerytur itp. Ten społeczny gniew jest zbyt duży, by móc go lekceważyć. Nikt nie dał Europejczykom prawa wzniosłego pouczania Greków.

W piątek, kierując się zasadą odpowiedzialności, Eurogrupa odrzuciła prośbę Grecji o bezwarunkowe przedłużenie pakietu pomocowego o miesiąc i przekazanie zadłużonej Grecji ponad 7 miliardów euro pożyczki.

Odpowiedzią rządu greckiego było zwołanie referendum.

Trudno taką decyzję zinterpretować inaczej, niż jako próbę zdjęcia z siebie politycznej odpowiedzialności. Rząd premiera Aleksisa Tsiprasa, (lidera lewicowej, populistycznej Syrizy) nie chcąc wziąć odpowiedzialności za kluczowe decyzje, ucieka się do referendum, choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej wygrał wybory, obiecując Grekom, że zna sposób na wyciągnięcie kraju z zapaści.

Referendum to na wskroś demokratyczna i ważna instytucja polityczna – i jako takiej nie trzeba się jej bać. Ale referendum nie powinno służyć do unikania odpowiedzialności. Czym innym jest referendum, w którym obywatele decydują o przyszłym kształcie ordynacji wyborczej, a czym innym plebiscyt, w którym obywatelom każe się rozstrzygać wątpliwości w sprawach bieżącego zarządzania makroekonomicznego, które wymagają głębokiej, eksperckiej wiedzy.

Może się okazać, że Grecy wykażą się w tym referendum znacznie większą dozą uczciwości, politycznej odpowiedzialności i ekonomicznej przenikliwości niż rząd, który głosowanie zarządził. I że wbrew sugestii rządu Syrizy zagłosują za przyjęciem porozumienia z Europą. Na to liczą teraz Komisja i Rada Europejska oraz rządy pozostałych 27 państw.

Kłopoty Grecji są dobrą lekcją dla Polski. Wykorzystajmy okazję, nauczmy się na błędach partnerów. Grecja weszła do strefy euro całkowicie nieprzygotowana i przez lata próbowała ten fakt ukryć (trochę sama przed sobą). Dziś jest o krok od katastrofy. Holandia (ale też Słowacja lub Estonia) były do przyjęcia wspólnej waluty przygotowane – i dziś ich gospodarki rozwijają się. Polska jeszcze swoich przygotowań nie skończyła – i nie musi się spieszyć.

Najważniejsza lekcją, jaką Polska, ale też cała Europa, powinny wyciągnąć z obecnego kryzysu, jest jednak dużo bardziej uniwersalna: Grecja pokazała nam, czym się kończy dopuszczenie populistów do władzy. Obiecywali proste rozwiązania, a dziś nawet nie potrafią wziąć odpowiedzialności w trudnej chwili.

*dr Konrad Niklewicz – dyrektor zarządzający Instytutu Obywatelskiego