Newsletter

Uberpułapka

Konrad Niklewicz, 27.06.2015
Uber to symbol gospodarczego trendu, który podmywa wspólne bezpieczeństwo. W zamian za poczucie nowoczesności i iluzję lepszej usługi, osoby korzystające z Ubera nieświadomie sprzyjają rujnowaniu własnego państwa

Uber to symbol gospodarczego trendu, który podmywa wspólne bezpieczeństwo. W zamian za poczucie nowoczesności i iluzję lepszej usługi, osoby korzystające z Ubera nieświadomie sprzyjają rujnowaniu własnego państwa. Państwa, które oparte jest na współodpowiedzialności i solidarności społecznej. Filarów jakże wątłych w Polsce.

źródło: pixabay.com

Uber to usługa oferowana od kilku lat w Stanach Zjednoczonych (z USA pochodzi firma, która model wymyśliła i wdrożyła w 2009 r.), w Europie Zachodniej i – od niedawna – także w Polsce. W największym skrócie, jedna z odmian tej usługi (UberPop) polega na tym, że łączy ona kierowców (właścicieli samochodów) z osobami, które chcą przejechać z punktu A do punktu B. Zarówno kierowca jak i potencjalny klient ma zainstalowaną na telefonie odpowiednią aplikację.

Korzystanie z Ubera jest bajecznie proste. Jako klienci zainteresowani przejazdem uruchamiamy aplikację. Ona wskazuje nam znajdujących się w pobliżu kierowców, którzy są gotowi nas przewieźć (i też mają odpowiednią wersję oprogramowania). Klikamy, wybieramy kierowcę i czekamy. Po zakończeniu przejazdu nie płacimy gotówką. Aplikacja ściągnie należność z naszej karty kredytowej.

Prawie jak w zwyczajnej korporacji taxi. Z kilkoma bardzo, ale to bardzo, istotnymi wyjątkami.

Po pierwsze, osoby świadczące usługę przewozu nie płacą podatku, który zgodnie z prawem (obowiązującym prawem!) jest należny. Inaczej niż taksówkarze, kierowcy Ubera nie mają w swoim samochodzie kasy fiskalnej.

Po drugie, usługę świadczą przypadkowe osoby. Zazwyczaj nie posiadają zawodowego prawa jazdy (takiego, które w cywilizowanych krajach jest wymagane wobec osób zawodowo przewożących pasażerów). Dalej, nie przechodzą rygorystycznych badań psychofizycznych. Ich samochody też nie podlegają kontrolom, jakie są konieczne wobec samochodów taksówkarzy i zawodowych przewoźników.

Po trzecie, osoby świadczące usługę w ramach modelu Uber nie ponoszą żadnej zawodowej odpowiedzialności za ewentualne szkody, wywołane złym wykonaniem usługi. Ponoszą wyłącznie odpowiedzialność cywilną, taką jak np. osoba, która spowodowała wypadek. Jakoś nie czytamy o wysokich, zasądzonych od nich odszkodowaniach. Za to przewoźnicy tradycyjni takie odszkodowania muszą wypłacać.

Czyli: będziesz miał wypadek, jadąc samochodem w ramach systemu Uber? Procesuj się z kierowcą, system umywa ręce. Przecież firma, która stworzyła aplikację Uber i pobiera prowizję za każdy kurs, jest tylko „pośrednikiem”… Na kierowcę taksówki można złożyć skargę do urzędu miejskiego, który wydał mu licencję. A co z kierowcą Ubera, który zachował się nieuprzejmie? Piszcie na Berdyczów.

Zapewne każdy, kto więcej niż raz korzystał z usług tradycyjnych przewoźników, zwłaszcza taxi, mógłby wymienić wiele ich wad i grzechów. Zdarzają się chamscy i nieuczciwi taksówkarze, grubiańscy kierowcy autobusów transportu publicznego. Ale oni wszyscy płacą podatki. I ponoszą zawodową odpowiedzialność. Są kontrolowani przez właściwe organy, często w sposób niezapowiedziany, co ma służyć bezpieczeństwu ich klientów. Taksówkarz złapany na oszustwie, drogo za nie płaci.

Pierwszy argument, czyli podatki, wydaje się być kluczowy. Świadczenie usług Ubera to – mówiąc wprost – uber-nieuczciwość. Zarabianie bez ponoszenia wszystkich kosztów. Kierowcy jeżdżący w ramach tej usługi nie zrzucają się na utrzymanie infrastruktury, z której korzystają (ulice i drogi) w takim samym stopniu, jak tradycyjni przewoźnicy (taksówkarze i transport publiczny).

I tak zamiast dzielić się zyskiem ze społeczeństwem, dzięki któremu mogą świadczyć usługę – bo to społeczeństwo zapłaciło za wybudowanie dróg! – odprowadzają dolę amerykańskiej korporacji, która NIGDY nie przetransferuje nawet jednego centa do naszego budżetu, miejskiego lub krajowego. Amerykańska firma Uber nie dołożyła się do remontów ulic Warszawy, Gdańska czy Krakowa. Natomiast taksówkarze pracujący w tych miastach – i owszem.

źródło: pixabay.com

źródło: pixabay.com

Tę sytuację trafnie zdiagnozował Bartosz Piłat, jeden z nielicznych publicystów ostrzegających przed uber-nieuczciwością: gdyby Uber miał wykazać swoją atrakcyjność jedynie jako elektroniczna platforma zamawiania przejazdów komercyjnych, miałby ogromny kłopot. Podstawową przewagą konkurencyjną Ubera jest omijanie podatku. Jeździmy z uber, bo jest taniej. O podatek. Jeżdżąc uberem, kasujemy miejsca pracy taksówkarzom, którzy nie mają w tej konkurencji szans, bo pracują wedle innych reguł.
Korzystający z Ubera mogą dorabiać do tego ideologię. Wskazywać, że są nowocześni  niby wystarczy kilka kliknięć na smartfonie i oto podjeżdża samochód.

Za tą fasadą nowoczesności kryje się jednak niszczenie własnego państwa. I podkopywanie bezpieczeństwa obywateli. Przecież czekają nas kolejne uber-wynalazki. Już wkrótce będą się reklamować uber-lekarze (zainstalowana na telefonie aplikacja wskaże ci osobę, która jest w pobliżu i ma do dyspozycji skalpel, którym może wyciąć wyrostek), uber-adwokaci (aplikacja wskaże osobę, która jest w pobliżu i ma przy sobie egzemplarz kodeksu karnego lub cywilnego) oraz uber-piloci… oh wait!, to ostatnie się nie sprawdzi. Przecież nikt normalny nie odda swojego samolotu, kosztującego miliony, w ręce osoby, która pilotażu nauczyła się, grając w komputerową grę „Flight Simulator” i nie zdawała certyfikowanego przez państwo egzaminu na pilota.

Jakimś przypadkiem, gdy w grę wchodzi nasza prywatna własność, żarty się kończą. Gdy chodzi o res publica, rzecz wspólną, wciąż żyjemy złudzeniem, że można oszukiwać ile wlezie.

W kolejnych państwach zachodnioeuropejskich ekspansja Ubera spotyka się z coraz ostrzejszą reakcją demokratycznych władz, które zorientowały się w uber-nieuczciwości. W Niemczech, we Francji i w Belgii osoby próbujące świadczyć usługę Ubera muszą liczyć się z tym, że państwo z całą surowością wyegzekwuje obowiązujące przepisy o świadczeniu usług transportowych i ich opodatkowaniu. Ba, nawet w kolebce Ubera, Stanach Zjednoczonych, kończy się pobłażanie. Kalifornijski sąd orzekł niedawno, że osoby świadczące usługi w ramach modelu Uber powinny być traktowane jak jego pracownicy. A to już wiąże się z dużą odpowiedzialnością. I bardzo wymiernymi obowiązkami.

*dr Konrad Niklewicz – dyrektor zarządzający Instytutu Obywatelskiego