Newsletter

Siedemdziesiąte urodziny Adama Zagajewskiego. Kilka wierszy w tonacji dur i moll

Elżbieta Sawicka, 19.06.2015
Zastanawialiśmy się ostatnio, który wiersz Zagajewskiego najmocniej zapadł nam pamięć. Mieliśmy na podorędziu kilkanaście, ważnych w różnym czasie i z różnych powodów. Ale ten jeden jedyny?

„I tak wszystkiego nie opowiem”. Pierwsze zdanie eseistyczno-wspomnieniowej książki Adama Zagajewskiego „Lekka przesada” powtarzam nieco zmienione: I tak wszystkiego nie napiszę. Czy można objąć jednym tekstem całą twórczość poety, eseisty i tłumacza, autora wielu tomów wierszy od „Komunikatu” z 1972 roku  po „Symetrię” z 2014? Współautora (z Julianem Kornhauserem) głośnego manifestu „Świat nie przedstawiony”, autora niezapomnianych tomów eseistycznych, takich jak „Solidarność i samotność” czy „W cudzym pięknie”, laureata mnóstwa prestiżowych nagród, twórcy obecnego w literaturze polskiej od ponad czterdziestu lat? Owszem, tak. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Marian Stala udowodnił, że to możliwe, wygłaszając w marcu tego roku „Pochwałę Adama Zagajewskiego” z okazji przyznania poecie Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego. Arcydzieło syntezy! Ja nie potrafię. Spośród kilkuset wierszy autora „Muzyki niższych sfer” wybieram kilka. Ale nie na chybił trafił.

Adam Zagajewski w Łazienkach Królewskich w Warszawie, czerwiec 2015. Fot. Elżbieta Sawicka

Świat jaki jest
Najpierw najsłynniejszy – „Spróbuj opiewać okaleczony świat”, przy którym Ameryka przeżywała żałobę po zamachu 11 września 2001 roku. Redakcja tygodnika „New Yorker” oddała temu wierszowi (w angielskim przekładzie Clare Cavanagh) całą stronę, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Stał się sławny nie tylko wśród nowojorczyków, ale i w całej Ameryce. Ludzie przepisywali go, naklejali na samochodach, rozpowszechniali wśród przyjaciół. Wcale nie był pisany jako reakcja na zamach, powstał wcześniej, więc jak to się stało, że Ameryka przejrzała się w nim w momencie tragedii?
– W Stanach przygotowywano właśnie tom moich wierszy wybranych – wspominał Zagajewski w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi Powszechnemu”. – Jest tam zwyczaj, że wydawnictwo rozsyła do najpoważniejszych pism szczotki książki, proponując do wyboru fragmenty. Redaktorka działu poezji „New Yorkera” dostała je w momencie, gdy szukała wiersza do tego historycznego numeru – bo on stał się już historyczny, jest inny niż pozostałe, ma czarną okładkę, na której ledwie widać zarys dwóch wież. Doszła do wniosku, że to jest wiersz, który wytrzyma napięcie żałoby.

Intuicja nie zawiodła pani redaktor. Polski poeta odwoływał się wprawdzie do innych doświadczeń (jego świat był naznaczony przez komunizm, II wojnę światową, przez zgrzebność i beznadzieję PRL-u), jednak Amerykanie zobaczyli w tych wersach swój własny świat – okaleczony nagle przez terroryzm.  Wiersz Zagajewskiego nie jest ani lamentem, ani pieśnią żałobną, ani konsolacją. Głosi zachwyt. Świat jest skaleczony, zraniony, ale i piękny. Amerykanom zaparło dech.

Spróbuj opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o długich dniach czerwca
i o poziomkach, kroplach wina rosé.
O pokrzywach, które metodycznie zarastały
opuszczone domostwa wygnanych.
Musisz opiewać okaleczony świat.
Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd ,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.
Powinieneś opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem
w białym pokoju i firanka poruszyła się.
Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.
Jesienią zbierałeś żołędzie w parku
a liście wirowały nad bliznami ziemi.
Opiewaj okaleczony świat
i szare piórko, zgubione przez drozda,
i delikatne światło, które błądzi i znika
i powraca.

Jeśli jakiś wiersz współczesnego polskiego poety zrobił światową karierę, to właśnie ten. W Nowym Jorku publiczność wypełniająca po brzegi Great Hall w Cooper Union (mieści tysiąc osób) podczas wieczoru poetyckiego tydzień po zamachu na World Trade Center zgotowała autorowi owację na stojąco, a Salman Rushdi pierwszy pośpieszył z gratulacjami. Wiersz przetłumaczono na wiele języków, został przypominany także w dziesiątą rocznicę zamachu. Niedawno słyszałam śpiewaczkę sopranistkę wykonującą go do muzyki młodej kompozytorki Anny Weber.

Miasto przemienione w mit

Który wiersz Zagajewskiego jest najpopularniejszy i najczęściej cytowany w Polsce, trudno stwierdzić. Nie ma takiego licznika. Sądzę, że „Jechać do Lwowa” z połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wzrusza i porusza z powodu plastyczności przywoływanych obrazów a także dzięki wątkowi autobiograficznemu. Ten ostatni nie jest wcale oczywisty. Adam Zagajewski  urodził się wprawdzie we Lwowie 21 czerwca 1945 roku, ale opuścił miasto razem z rodzicami jako niemowlę. Mały repatriant nie mógł pamiętać katedry, ulicy Piaskowej czy Łyczakowskiej, Wysokiego Zamku, huculskich kilimów, głosu dzwonów ani bujnej zieleni przedmieść. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził na Śląsku, w Gliwicach, żył jednak stale wśród wspomnień – rodziców, ciotek, dziadka i sąsiadów. „Cała ulica była ze Lwowa” usłyszałam od niego niedawno, zaś w jednym z wywiadów powiedział, że Lwów to utopia, którą oddychał w domu od dziecka, a która istnieje tylko w wyobraźni. Miasto przemienione w mit. Poetycką podróż do Lwowa odbył, zanim naprawdę tam pojechał.

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie (…)

Mocno wybrzmiewa zakończenie wiersza:

(…) dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

W wydanym cztery lata temu zbiorze esejów „Lekka przesada” wspomina swojego ojca Tadeusza Zagajewskiego, profesora Politechniki Śląskiej w Gliwicach (zmarł w 2010 roku w wieku 97 lat). Trzeźwego inżyniera, który z pewną nieufnością odnosił się do literackich zajęć syna, szczególnie do pełnego metafor języka poezji: „uważał, że język nieco bogatszy, nasycony porównaniami, był często językiem kłamców, a w każdym razie mógł nim się stać”. Znacznie później dowiedział się, że ojciec w latach 80., w czasach konspiracji i literatury drugiego obiegu, wystukiwał na starej maszynie do pisania „Jechać do Lwowa” dla znajomych i przyjaciół. „Do dzisiaj – wyznaje –  nie wiem, co naprawdę czuł ojciec, człowiek tak rzeczowy, trochę ironiczny, przepisując wiersz, w którym nie brakowało przecież metafor ani metonimii”. Domyślał się jednak. Ojciec nigdy nie wyjechał ze Lwowa.

Zimna wojna, upalne lato

Niedawno z Januszem Drzewuckim, poetą i krytykiem literackim, zastanawialiśmy się, który wiersz Zagajewskiego najmocniej zapadł nam pamięć. Mieliśmy na podorędziu kilkanaście, ważnych w różnym czasie i z różnych powodów. Ale ten jeden jedyny? Drzewucki wybrał ostatecznie „W encyklopedii znowu zabrakło miejsca dla Osipa Mandelsztama” z podziemnego tomu „List” (1978) – to z tego wiersza jako młody człowiek dowiedział się w ogóle o istnieniu wielkiego rosyjskiego poety zniszczonego przez Stalina.
Moim wierszem jest „1969” ze znacznie późniejszego tomu „Pragnienie” (1999). Nie jest sławny, ani głośny. Nie pamiętam, aby był kiedykolwiek cytowany. Mnie się podoba. To cały Zagajewski – z jego zakorzenieniem w świecie kultury, z miłością do muzyki i literatury, a przy tym z wyczuleniem na rzeczywistość, z uważnym śledzeniem przypadków naszego globu. Jest w tym wierszu pamięć osobista i pamięć zbiorowa. Jest miłość i przemijanie.

1969
Umarł Gombrowicz; Amerykanie chodzili po Księżycu,
Skacząc ostrożnie, jakby się bali, że może się rozpaść.
Erbarme mich, mein Gott, śpiewała pewna Murzynka
W pewnym kościele.
Lato było upalne, woda w jeziorach ciepła i słodka.
Trwała zimna wojna, Rosjanie okupowali Pragę.
Spotkaliśmy się po raz pierwszy właśnie w tym roku.
Tylko trawa, żółta i zmęczona, była nieśmiertelna.
Umarł Gombrowicz; Amerykanie chodzili po Księżycu.
Zlituj się, czasie. Zlituj się, zniszczenie.

Niech pan nie czyta Gombrowicza

Któregoś razu w Warszawie poprosiłam Adama Zagajewskiego, żeby mi ten wiersz przeczytał na głos. – Właśnie ten? – trochę się zdziwił. Rozmawialiśmy potem o Gombrowiczu. Spytałam, czy był dla niego ważny i kiedy zetknął się z jego twórczością po raz pierwszy.

Witold Gombrowicz w Vence, 1965. Fot. Bohdan Paczowski

Witold Gombrowicz w Vence, 1965.
Fot. Bohdan Paczowski

– W bibliotece moich rodziców nie było Miłosza, ale był Gombrowicz, „Ferdydurke”
,„Bakakaj”, książki legalnie wydane w Polsce w 1957 roku. Więc poznałem pierwszego Gombrowicza w domu po prostu, trochę się nim zaraziłem i szukałem jego dzienników… Był duży odstęp czasowy, zanim je znalazłem, bo o dzienniki było trudniej. Z Miłoszem było inaczej. Poszedłem – wówczas student Uniwersytetu Jagiellońskiego – do dziekana naszego wydziału filozoficzno-historycznego i skłamałem. Powiedziałem, że muszę napisać pracę o Miłoszu, chociaż studiowałem filozofię i psychologię.  Dziekan był poczciwy, dał mi to specjalne zezwolenie na czytanie Miłosza. Pamiętam też, że chodziłem po antykwariatach krakowskich z listą autorów, których szukałem. W jednym z nich taki stary, godny antykwariusz powiedział mi, że nie ma Gombrowicza i udzielił mi lekcji: – Niech pana nie czyta Gombrowicza, to jest autor szyderczy, ironista. Nam potrzeba innej lektury w obecnych czasach.

– Nie czytam go teraz – mówił dalej poeta. – Czasem tak jest, że się ma wielkie przygody czytelnicze, ale po jakimś czasie pojawiają się nowe. Jest pewna niesprawiedliwość erotyczna wobec autorów, porzuca się jednych na rzecz innych, nowszych. Ale Gombrowicz był dla mnie jednym z pierwszych, kiedy byłem bardzo młody i potem wracałem do niego. Myślę, że on działa trochę jak Piotr Skarga. We Francji jest wielka tradycja pisarzy moralistów krytykujących wspólnotę, z której wyszli. I Gombrowicz był takim wielki moralistą, bardzo ważne rzeczy nam powiedział. Być może sami byśmy je odkryli, ale on to przyśpieszył, pomógł nam w odkrywaniu pewnej bezmyślności narodowej czy automatyzmów narodowych. I to jest przed literaturą: Gombrowicz jako nauczyciel Polaków, ironiczny, szyderczy nauczyciel Polaków. I to jest i dla poetów, i dla prozaików, i dla malarzy, i dla stolarzy. Dla wszystkich.

Powieści Gombrowicza czytał raz i więcej nie zamierza (do „Wojny i pokoju” Tołstoja wraca co dwa-trzy lata,  bo to jest „taka powieść, która mówi o wszystkim”). Należy do obozu wielbicieli dzienników. Tak, do nich wraca często. A to, że Gombrowicz nie lubił poezji i wyśmiewał poetów? Nie, to mu właściwie zupełnie nie przeszkadza.

Wąska ścieżka prawdy
W marcu tego roku Berlińska Akademia Sztuk przyznała poecie Nagrodę imienia Heinricha Manna. W uzasadnieniu napisano między innymi: „Jego wiersze, opowiadania i eseje posiadają niepowtarzalny ton – ton tęsknoty oraz pogłos, w którym długo jeszcze pobrzmiewają postrzeganie i pamięć, świat zewnętrzny i wewnętrzny. Dwie melodie równocześnie – tragiczny dur i radosny moll, dwa światy, które się wzajemnie szukają, aby w kluczowych chwilach się odnaleźć”. Wydaje mi się to niezwykle trafne.

Adam Zagajewski, rękopis wiersza "Zielona wiatrówka" z tomu "Niewidzialna ręka"

Adam Zagajewski, rękopis wiersza „Zielona wiatrówka” z tomu „Niewidzialna ręka”

W laudacji wygłoszonej w PEN Clubie Marian Stala podzielił twórczość Zagajewskiego nie na „tragiczny dur i radosny mol”, ale na wczesną poezję polityczno-etyczną i późniejszą, metafizyczno-estetyczną. – Jego wczesne wiersze – mówił – najpierw buntowały się przeciw ograniczeniom tkwiącym w peerelowskiej rzeczywistości, potem zaś – współbudowały duchowość antytotalitarną. Wspominam o nich nie tylko dlatego, iż są one ważnym fragmentem przemian polskiej poezji w drugiej połowie XX wieku, ale dlatego również, iż sam poeta uznał je w pewnym momencie za zamknięty etap własnej twórczości. Nowy Zagajewski objawił się w drugiej części tomu „List. Oda do wielości”. Zmianę poetyckiej dykcji potwierdziły tomy „Jechać do Lwowa” (Londyn 1985) i „Płótno” (Paryż 1990).
Co jednak, zdaniem krakowskiego literaturoznawcy, pozostaje niezmienne zarówno we wczesnej jak i późniejszej twórczości Zagajewskiego, to zainteresowanie prawdą. Problem prawdy nieustannie go nurtuje, powraca w wielu utworach. Także w wierszu „Autoportret, nie wolny od wątpliwości”  z tomu „Anteny”:

Terytorium prawdy
 jest najwyraźniej małe,
 wąskie jak ścieżka nad urwiskiem.
 Czy potrafisz utrzymać się
 na niej?
 A może już ją porzuciłeś?
Czy słyszysz śmiech
Czy trąbkę Apokalipsy?
A może jedno i drugie,
Dysonans, dziwny zgrzyt –
Nóż, który się ślizga
po szkle i gwiżdże radośnie.

Dobrze, że mamy poetę, który sobie i nam stawia takie pytania.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścinskiego.