Newsletter

Łodzie nieszczęścia

Bogdan Góralczyk, 12.06.2015
Szacuje się, że blisko 25 tysięcy Rohingya na tratwach i zdezelowanych łajbach ponownie ruszyło w morze. Nikt ich jednak nie chce

Ta historia nie mieści się w utartych ramach naszego myślenia o muzułmanach. Jest odległa, więc częściowo „nie nasza”. Chodzi jednak o dramat godny głębszego zastanowienia. Jej bohaterem jest naród Rohingya, bengalski z języka, muzułmański z wyznania, rozsypany w diasporze.

AFP/ Christophe Archambault

Najwięcej jego przedstawicieli, około miliona (władze mówią o 800 tys.) zamieszkuje Mjanmę (d. Birmę). Pół miliona jest w sąsiednim Bangladeszu, a reszta w diasporze. Najwięcej, bo ok. 400 tysięcy, w odległej Arabii Saudyjskiej.

Oliwkowe ogry

Prapoczątek tej historii wziął się z brytyjskiej kolonizacji Indii i ich przyległości. Kiedy w latach 1824-26 Brytyjczycy po raz pierwszy uderzyli na Birmę i zajęli część jej terytoriów na wybrzeżu (na kolonizację tego rozległego państwa potrzebowali aż trzech wojen), wkroczyli także na terytorium byłego królestwa Arakan, dzisiaj zwanego Rakhine.

To nie były tereny birmańskie. Jednakże i tu zastosowano pomysł, realizowany potem skutecznie na terenie całej Birmy. Otóż z sąsiedniego Bengalu Wschodniego – przypomnijmy, że stolicą brytyjskich Indii długo była Kalkuta – zaczęto sprowadzać ludzi o bardziej oliwkowej cerze, innym języku i wyznaniu. Po to, by pełnili podległe kolonizatorom role administratorów, policjantów czy zarządców. W ślad za nimi, z nadzieją na lepsze życie, ruszyła fala socjalnych migrantów.

I tak na terenie Arakanu pojawiła się w pełni muzułmańska społeczność Rohingya, której wkrótce było tutaj więcej niż na rodzimych ziemiach Bengalu. Źródła historyczne mówią jednoznacznie: Rohingya nigdy się na nowych ziemiach nie przyjęli. Żyli obok, w coraz większej ilości i biedzie, bo nie wszystkim przecież udało się być na brytyjskiej służbie.
Gdy Birma po 1948 r. odzyskała niepodległość, odziedziczyła też uprzedzenia do tych „oliwkowych ogrów”, jak ich nazwano. Najbardziej dało się to odczuć w stołecznym wówczas Rangunie, gdzie muzułmanów z Bengalu – dobrze uposażonych – było jeszcze więcej niż ich pogrążonych w biedzie i zapomnianych krewniaków w Rakhine.

Przełom przyszedł po wojnie niepodległościowej i po wyłonieniu się w 1971 r. niepodległego państwa Bangladesz. Sekowani od dawna na tych ziemiach, Rohingya w końcu lat 70. ruszyli „w kierunku ojczyzny”. Nie spodziewali się, że nikt ich w biednym kraju nie zechce. Trafili do obozów dla uchodźców położonych tuż przy granicy w mieście portowym Fort Cox. Za to szef ówczesnej junty wojskowej w Birmie, gen. Ne Win (rządził w latach 1962-88) w 1982 r. wykorzystał okazję i „za nielojalność wobec Birmy” pozbawił „niewdzięcznych” Rohingya obywatelstwa.

Ci jednak, po latach obozowej poniewierki i beznadziei, zaczęli wracać do rodzimych wiosek w Rakhine. Nie zrozumieli do końca, że stali się bezpaństwowcami, pozbawionymi wszelkich praw, a na dodatek własności. Okazało się bowiem, że władze wojskowe prowadziły podczas ich nieobecności skuteczną akcję przesiedleńczą, sprowadzając buddystów z głębi kraju. I przy tym prawdziwych Birmańczyków, a nie okolicznych Arakańczyków, którym nie ufali.

Agencje ONZ, w tym przede wszystkim biuro UNCHR w Rangunie, z filiami na terenie Rakhine, przez lata miały zajęcie. Jednak wyjścia z patowej sytuacji nie było. Rohingya masowo wrócili – i klepali biedę. Władze powołały do życia złowrogą Nasaka: połączenie policji, bezpieki i służb granicznych, która nękała bezkarnie i na wszystkie możliwe sposoby pozbawionych praw Rohingya.

Żyjący w nędzy i na pograniczu śmierci głodowej Rohingya w końcu zrozumieli, że podobnie jak wcześniej na terenie Bangladeszu, w Mjanmie też nie mają żadnych szans. Wtedy, w akcie desperacji i z poduszczenia lokalnych gangów działających na pograniczu obu państw, przy aktywnej współpracy Nasaka, ruszyli tratwami i rdzewiejącymi łajbami na otwarte morze w kierunku Tajlandii. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o tym w 2009 r. Tam jednak ich, biedaków, nikt nie chciał przyjąć. Lokalne władze i policja, niechętne islamistom (od stycznia 2004 r. Tajlandia ma do czynienia z muzułamańską rebelią na południu kraju), spychały przybyszy z powrotem do morza, co trafiło nawet do azjatyckiej, choć jeszcze nie światowej, prasy.

Walki religijne

„Kwestia Rohingya” nabrała innych wymiarów w połowie 2012 r., gdy – według wersji władz w Naypyidaw, nowej birmańskiej stolicy – młodzieńcy Rohingya zgwałcili buddystkę. Podsycana od lat nienawiść – kulturowa, językowa i religijna – wybuchła natychmiast. Pobliskie wioski i szałasy Rohingya zapłonęły. Doszło do masowych starć, zginęło ponad 160 osób, a władze objęły Rakhine stanem wyjątkowym. Odtąd nie można tam już jeździć (sam byłem – dwukrotnie i na specjalne pozwolenie – wcześniej).

Sytuacja powtórzyła się rok później i objęła już wszystkie obszary Mjanmy, gdzie zamieszkują muzułmanie. A jest ich sporo. To wtedy rozgłosu nabrała organizacja „969” (zestaw buddyjskich szczęśliwych liczb) i stojący na jej czele mnich-nacjonalista U Wirathu. Zapłonęły meczety w innych częściach kraju, a konsekwentne w swym negatywnym podejściu do Rohingya władze umieściły znaczną część z nich, ponad 140 tys., w specjalnych obozach, przypominających te z naszej niedawnej historii. Z tą różnicą, że budulcem jest tam bambus, a dachy baraków pokryte są liśćmi z bananowca.

Specjalny wysłannik sekretarza generalnego ONZ do Mjanmy Tomás Ojea Quintana określił warunki w nich panujące jako „urągające ludzkiej godności”. Organizacje zajmujące się prawami człowieka otwarcie zarzuciły władzom w Naypyidaw – od końca 2010 r. już cywilnych, ale złożonych z byłych wojskowych – dokonywanie czystek etnicznych.

Sprawa nabrała wielkiego rozgłosu dopiero w tym roku, gdy – jak się szacuje – ok. 25 tys. Rohingya ponownie na tratwach i zdezelowanych łajbach ruszyło w morze. I znów, władze tajskie ich nie chciały. Co gorsza, nie chciały ich też władze muzułmańskiej w gruncie rzeczy Malezji. A na pograniczu obu państw, i po obu stronach, znaleziono masowe groby. Jest już jasne, że to Rohingya, ale dokładnych danych – wbrew zapewnieniom władz – nie ma. Ani na temat jak dużo osób zginęło, ani dlaczego: czy z wycieńczenia, głodu, czy też w wyniku przemocy?
Około 10 tys. Rohingya trafiło do dalekiej, muzułmańskiej Indonezji. Dotarli jednak do wybrzeży wysuniętej najbardziej na północ prowincji Aceh, zdewastowanej tsunami w grudniu 2004 roku, a więc najbliżej miejsc, z których wypłynęli. Tam też jest bieda. Trafili do tymczasowych obozowisk, w których warunki sanitarne, wyżywienie i opieka zdrowotna pozostawiają wiele do życzenia.

Kiedy jednak głos w sprawie Rohingya zabrały władze nieodległej i stąd nieco bardziej zainteresowanej dramatem „ludzi na łodziach” Australii, mającej teraz „na pieńku” z władzami w Dżakarcie za niedawne rozstrzelanie handlarzy narkotyków, w tym jej obywateli, minister spraw wewnętrznych Indonezji znamiennie zagroził: „Jak będziecie dalej krytykowali, to wam ich całe 10 tys. prześlemy…”.

Bezradny świat

Nie ma wątpliwości, że źródłem tego dramatu jest bezkompromisowe stanowisko władz Mjanmy, na dodatek konsekwentnie grających na nacjonalistycznej nucie i podsycających kulturową i religijną nienawiść. Zdumiewa jednak, że nic na ten temat nie mówi noblistka Aung San Suu Kyi, ikona walki o prawa człowieka, która spędziła przecież w walce o te ideały aż 17 lat w odosobnieniu. Nie pomógł nawet dramatyczny apel do niej w tej sprawie ze strony Dalajlamy.

Wyjaśnienie jest jedno: jesienią tego roku w Mjanmie zaplanowano pierwsze od dziesięcioleci demokratyczne wybory. Co prawda aktualna konstytucja uniemożliwia kandydowanie Aung San Suu Kyi na fotel prezydencki (bo też z myślą o niej odpowiednie artykuły zapisano), ale od 2012 r. jest posłanką i aktywnym politykiem. Jako taka nie może zadzierać z nacjonalistycznie nastawionymi władzami, a nawet – co też istotne – buddyjską hierarchią. W maju 2015 roku w Rangunie demonstrowali znowu młodzi mnisi, krzycząc po ulicach: „Rohingya to nie my!”.

Szum medialny, jaki się podniósł w związku ostatnią masową falą uchodźców, wreszcie zwrócił wagę na „problem Rohingya”. Jednakże wyjścia z tego dramatu nie widać. Nadal nikt ich nie chce. Owszem, władze regionu pod naciskiem mediów nieco odpuściły, ale trwałego rozwiązania nie ma – i chyba nie będzie. Co dziwne, bratankowie nieszczęśników z Arabii Saudyjskiej cicho nie siedzą, ale robią stosunkowo niewiele, podobnie jak inni muzułmanie.

Z tego dramatu płynie jeden wniosek, ważny i dla nas w UE, gdzie przecież borykamy się z podobnym zagadnieniem: nie da się uchodźczej fali zatrzymać bez współpracy z władzami państw, z których oni się wywodzą. Albowiem tylko tak, nawet z udziałem tamtejszych służb specjalnych, można powstrzymać haniebny proceder handlowania ludzkim nieszczęściem przez lokalne gangi, które są powiązane z władzami na niższym szczeblu. Każde inne rozwiązanie oznacza półśrodki. Problem w tym, jak dotrzeć do władz, bo te w Naypyidaw za bardzo o uchodźcach rozmawiać nie chcą.

Prof. Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, b. ambasador w Mjanmie, autor książki „Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański” (2010; już w niej pisał o dramacie Rohingya), stały komentator IO.