Newsletter

Innowacja czy podróbka?

Jakub Dymek, 11.06.2015
Dziś innowacje to wizja bez treści, toteż świetnie się o niej rozmawia. Dlatego powinniśmy wreszcie głośno zapytać, jakich innowacji chcemy i na jakie realnie możemy sobie pozwolić

W ubiegłym roku aplikacja „YO”, która pozwala użytkownikom wysyłać jedno słowo, yo, do swoich „yo-znajomych”, święciła triumfy. Inwestorzy nowy pomysł wsparli milionem dolarów. Alternatywa dla Twittera, o której mało kto jeszcze słyszał, App.net – przed startem mogła liczyć na połowę tej kwoty. Z nieco mniejszym entuzjazmem spotkały się aplikacje pozwalające na monitoring stanu zdrowia poprzez regularne opisywanie stanu stolca (naprawdę!) lub usługa umożliwiająca rzut monetą na ekranie telefonu. Ktoś je jednak sfinansował i nabył. Tak jak setki innych pomysłów, które zrobiły dwudziestolatków milionerami z dnia na dzień, a innowacyjny boom Doliny Krzemowej rozdmuchały do rozmiarów gospodarki niemałego państwa.

JD Hancock, cc, flickr.com

Dziś do innowacyjnej gospodarki załapać się wyjątkowo łatwo. Wystarczy, że zaproponujemy produkt, który do działania potrzebuje dotykowego telefonu i garści danych, aby zarobić na tytuł innowatora na wizytówce. Nawet jeśli innowacyjne są i odbieranie koszul z pralni (przez smartfon), i krzyżówki (na tablet). Projekty z branży aplikacji z łatwością przyciągają inwestorów, przychylność państwa i kilka minut życzliwej uwagi ze strony mediów. I to niezależnie od tego, jaki mają skutek społeczny, szanse rynkowego przetrwania i jak rozwojowy jest ich model biznesowy. Nikt nie pyta się też, czy w dobie, w której kolejne usługi internetowe i technologiczne się dublują („nowy” Facebook, „nowy” Twitter, „nowy” Uber), należy jeszcze traktować ich kolejny wariant lub, często, podróbkę jako innowację.

Podobnie: czy każda usługa – gdy ją „wyoutsourcować” (outsourcing) lub przepisać na kod komputerowy – przynależy do nowej gospodarki? Gros najbogatszych platform internetowych zajmuje się księgowością, reklamą, podnajmem przestrzeni serwerowych czy organizacją danych. To potężne branże, które towarzyszyły biznesowi w jakiejś formie od zawsze. Dziś korzystają po prostu z innej infrastruktury. Nic jednak nie produkują, a ewentualne nowe miejsca pracy powstają dzięki redukcjom gdzie indziej.

I tak zamiast innowacji dostajemy przeważnie zglobalizowane nihil novi przepływów między regionami i firmami – coś we współczesnym kapitalizmie raczej stałego. Taksówkarzy zastępują więc kierowcy Ubera, a księgowe – aplikacje obsługiwane przez podwykonawców, siedzących 5 tys. kilometrów dalej. Biznes się, owszem, kręci, ale gdzie nowość, gdzie innowacyjność i gdzie olbrzymi ludzki potencjał, które pompowane w nowe przemysły miliony dolarów powinny uruchomić?

Ktoś zapyta, dlaczego powinno nas to w ogóle interesować? Fanaberie Krzemowej Doliny pozostają fanaberiami Krzemowej Doliny, a nam w Polsce nie grozi jeszcze nadmiar kapitału, którego nie ma gdzie i jak zainwestować. Nic bardziej błędnego.

Po kampanii prezydenckiej (gdzie wszyscy uczestnicy wyścigu obiecywali bardziej innowacyjną gospodarkę), a przed kampanią parlamentarną (gdzie, niewątpliwie, innowacyjna gospodarka będzie jednym z najczęściej używanych sloganów) – powinniśmy wreszcie głośno zapytać, jakich innowacji chcemy. I na jakie realnie możemy sobie pozwolić. Czyli, mówiąc wprost, o co naprawdę chodzi politykom i polityczkom po głowie, gdy mówią o innowacyjnej gospodarce.

Wiemy, że nie zanosi się w Polsce na inwestycyjny deszcz hojnych amerykańskich venture capitalist. Polska Dolina Krzemowa – jeśli kiedykolwiek powstanie – nie będzie dzieckiem prywatnych inwestorów. Nie mamy bowiem wystarczającego kapitału, a jeśli ktoś rzeczywiście inwestuje w nowe branże, może z równą łatwością zrobić to gdziekolwiek na świecie. Gwarantem dobrego startu dla bardziej innowacyjnej gospodarki wydaje się być państwo. Jeśli tak, to jakie projekty ma wspierać i czym kierować się w swoich wyborach? Bo o ile fantazja o „polskim Google” jest dziś mrzonką, to idea cyfrowo zintegrowanego transportu publicznego, wzrastającego rynku gier lub dającego się opatentować i stosować na masową skalę oprogramowania naukowego już nie. Każde wymaga jednak osobnej uwagi, innego rodzaju zachęt, innej perspektywy czasowej w myśleniu o „zwrocie inwestycji” i koordynacji; innych impulsów, płynących ze strony rynku, państwa i społeczeństwa.

Czy w mierzeniu innowacyjności polskiej gospodarki przyszłości będziemy chcieli skupić się jedynie na – stosunkowo łatwo mierzalnych i dostępnych – ilości nowych firm, wkładu w PKB i stopniu wykorzystania grantów? Czy może powinniśmy na potrzeby bardziej długofalowego rozwoju odpuścić fetysz liczb i dokonać ewaluacji różnych konkurencyjnych propozycji oraz projektów (for- i non-profit) ze względu na ich długotrwałe skutki dla lokalnej społeczności, masowość wykorzystania, a także zdolność do tworzenia miejsc pracy i trwałego wpływu gospodarczego w miejscach, gdzie są realizowane?

Czy zatrzymamy się na kulcie smartfona, czy zgodzimy się, że rozwiązania, które w ogóle (lub prawie w ogóle) nie potrzebują technologii – od dziennych punktów opieki dla przedszkolaków, przez społecznie tworzone systemy identyfikacji wizualnej, aż po nowe wykorzystanie publicznej infrastruktury, z Orlikami włącznie – są jedną z nóg innowacyjnego rozwoju? Czy będziemy w stanie odmówić sobie perspektywy oparcia się na zagranicznym „know-how”, patentach i inwestycjach – niegdysiejsza obietnica Specjalnych Stref Ekonomicznych – a zgodzimy się na bardziej kosztowne i czasochłonne rozwijanie kolejnych ośrodków innowacji za polskie pieniądze? I przy świadomości polskich, innych niż powiedzmy amerykańskie, potrzeb obywateli i konsumentów – przy innej zasobności portfela, innych kompetencjach, innym profilu edukacyjnym?

To wszystko na razie pytania bez odpowiedzi, ale dobrze, by te odpowiedzi pojawiły się jak najszybciej. Dziś innowacje to wizja bez treści, toteż świetnie się o niej rozmawia. Póki co więc rwiemy się z bloków startowych, wszyscy wykazując podobny entuzjazm, ale bez konkretnej rozmowy o priorytetach. Na mecie czeka nas pusty kosz sloganów.

*Jakub Dymek – redaktor „Dziennika Opinii” Krytyki Politycznej, publicysta, w ramach programu Instytutu Studiów Zaawansowanych prowadzi seminarium „Polityka Sieci”