Newsletter

Mundial w Rosji. Nic tego raczej nie powstrzyma

Łukasz Jasina, 17.07.2015
Wbrew naszemu przekonaniu media w Rosji nie żyją tylko Krymem, Donbasem i zachodnimi sankcjami. Potrzebny jest im także mit wydarzenia pozytywnego, a przygotowania do mundialu w 2018 roku nadają się do tego znakomicie

Znany radziecki reżyser i propagandzista Jurij Ozierow nakręcił kiedyś nowelkę filmowo-dokumentalną „O sporcie, tyś pokojem!” (1980). Opowiadała ona o letnich igrzyskach olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, które – ostatecznie – nie stały się symbolem międzynarodowej zgody. W zamyśle breżniewowskiej ekipy wydarzenie to miało być jednym wielkim sukcesem. Okazało się początkiem jej klęski.

Fot. Владислав Фальшивомонетчик

Kolejnych, rosyjskich igrzysk w Soczi trzydzieści cztery lata później nikt wprawdzie nie bojkotował, ale nikt ich chyba w Rosji za udane nie uznał (choć Polacy z uwagi na rekordowy wysyp złotych medali mają inne zdanie). Propagandowo Rosja przegrała, nie sprzedając obrazu swojej potęgi. Do tego igrzyska przyćmił potęgujący się właśnie kryzys polityczno-militarny na Ukrainie.

Nic nie zapowiada zresztą, by kolejna wielka impreza sportowa w Rosji, miała złą passę przełamać.

Świat się zmienia

Gdy jesienią 2010 roku zapadła decyzja o przyznaniu Rosji prawa do organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej sytuacja była zupełnie inna. Mocna była pozycja szefa FIFA Seppa Blattera, a Władimir Putin pewnie trzymał się w siodle jako jeden z przywódców grupy G-8. Niemniej już wtedy pojawiały oskarżenia FIFA o korupcję. Większość pogłosek dotyczyła Kataru – potencjalnego gospodarza mundialu w 2022 r. To towarzystwo przytrafiło się Rosji niejako w pakiecie, bo decyzje wyboru gospodarzy największego piłkarskiego święta w roku 2018 i 2022 podejmowano w tym samym czasie.

Nominalnie kwestię oskarżeń zakończyły decyzje odpowiednich organów statutowych, podjęte jesienią ubiegłego roku. Odium pozostało.

Do lutego 2014 roku – czyli do momentu zakończenia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi – mundial nie odgrywał w oficjalnej propagandzie wielkiej roli. Później jednak zaczęło się to zmieniać. Wbrew naszemu przekonaniu media w Rosji nie żyją tylko Krymem, Donbasem i zachodnimi sankcjami. Potrzebny jest także mit wydarzenia pozytywnego, a przygotowania do mundialu nadają się do tego znakomicie. Do tego wszystkiego obiekcje zgłaszane wobec mistrzostw na Zachodzie mogą tylko cementować powodowane przez sankcje przekonanie o blokowaniu rosyjskiej drogi do wielkości.

Dylematy liberalnego Zachodu

Po katastrofie malezyjskiego samolotu pasażerskiego latem 2014 roku pojawiły się głosy o bojkocie rosyjskiej imprezy. Nie zdobyły one szerokiego poparcia, wszak „show must go on”. A i piłkarskie mecze są jednym z najbardziej nośnych elementów generowanego przez sport przemysłu rozrywkowego. Właściwie tylko niektórym ukraińskim komentatorom wydawało się niemożliwe, że Holendrzy, pamiętający ofiary znad Thoreza, pojadą do Moskwy czy Petersburga, grać przed Putinem. Jak na razie nic na to nie wskazuje. Choć przez trzy lata wiele może się jeszcze zdarzyć.

Jak się okazuje największym zagrożeniem dla mistrzostw nie są błędy polityczne Putina, możliwy brak środków, łamanie praw człowieka nad Wołgą czy bojkot ze strony poszkodowanych przez Rosję, ale wpadki głównego organizatora. Sepp Blatter i kierowane przez niego FIFA zainwestowali w Rosję i wspierali Władimira Putina nawet gdy zaczęto nakładać na niego sankcje. Teraz kolejna odsłona źle zamiatanych pod dywan skandali korupcyjnych doprowadziła do sporów w łonie samej federacji z groźbą bojkotu włącznie.

Widmo bojkotu pojawia się regularnie. Paradoksalnie Władimira Putina może uratować dymisja Seppa Blattera i władz światowej federacji na najbliższym kongresie. Dlaczego? Na nowych wodzach piłkarskiego molocha nie zaciąży brzemię korupcyjnego skandalu, które zostanie zrzucone na ich poprzedników. A show i tak będzie trwać. To że Putin jest dyktatorem nie ma naprawdę żadnego znaczenia. Dyktatorzy regularnie organizowali wielkie rozgrywki sportowe. Współpraca sportowych bossów z rządzącymi, którzy prześladowali własny naród i wywoływali agresywne wojny, ma długotrwałą tradycję. Niedemokratyczni liderzy lubią igrzyska i dają stabilizację gwarantującą dobry biznes.

Marnowania pieniędzy ciąg dalszy

Truizmem jest opisywanie Rosji jako kraju wielkiego. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z najrozleglejszymi terytorialnie mistrzostwami świata, odbywającymi się na dwóch kontynentach. Mecze rozgrywane będą i w położonym kilkanaście kilometrów od polskiej granicy Kaliningradzie, i w uralskim Jekaterynburgu. Pewnym problemem jest rywalizacja regionów, w których buduje się stadiony. Wiadomo – każdy chce wypaść jak najlepiej.

Sytuacja pod względem infrastruktury stadionowej była lepsza niż w wypadku Polski przed trzema laty. W Rosji stało już kilka stadionów – choćby wielki, stale unowocześniany na Łużnikach w Moskwie (znany choćby z ceremonii otwarcia wspomnianych już igrzysk z 1980 roku) czy podstarzały stadion w Jekaterynburgu. Niemniej większość infrastruktury trzeba było zbudować od nowa – czego przykładem są pozbawiony udogodnień Kaliningrad, prowincjonalny Sarańsk czy podobne budowle w Kazaniu i Niżnym Nowogrodzie.

Latem 2015 r. sytuacja infrastrukturalna wygląda na opanowaną – stadion Открытие Арена w Moskwie jest już gotowy. Najwcześniej z wyzwaniem uporały się władze autonomicznego Tatarstanu – stadion w Kazaniu ukończono przed dwoma laty. W pozostałych miejscach wciąż trwają prace. Znamienne milczenie zapanowało tylko wokół remontu połączeń drogowych i kolejowych oraz większej ilości połączeń lotniczych. I nie ma co spodziewać się rewolucji.

Inwestycje budowlane na czas mistrzostw, podobnie jak w wypadku Soczi, to worek bez dna. W marcu 2013 roku wicepremier Federacji Rosyjskiej Igor Szuwałow stwierdził, że żądania regionów domagających się łącznych dotacji na budowę obiektów związanych z MŚ 2018 są zawyżone. A było to około pięćset czterdzieści milionów dolarów, na długo przed obecnym kryzysem. Jednak już wtedy rozpoczęły się cięcia. Z projektów usuwano wszystko, co nie miało bezpośredniego związku z mistrzostwami, a co było tam wrzucane przez przedsiębiorczych lokalnych oficjeli. Ci ostatni chcieli załatać budżetowe dziury i poprawić standard życia mieszkańców (całkiem jak my dzięki pieniądzom unijnym).

Ale nawet stadionów, baz treningowych i noclegowych, dróg prowadzących do obiektów i lotnisk nie ominęły cięcia w styczniu 2015 roku. Wówczas zdecydowano o obniżeniu wydatków na mistrzostwa o kolejne dziesięć procent – co bez wątpienia jest rezultatem zachodnich sankcji i zachwiania się rosyjskiego systemu gospodarczego.

Nie udało się również Rosjanom ochronić przed wpadkami podobnymi do tych, które znamy sprzed olimpiady w Soczi. Przy okazji większości przedsięwzięć, dzięki względnemu liberalizmowi rosyjskich nowych mediów, ujawniono informacje o łapówkach i marnowaniu strumienia federalnych pieniędzy. Z kolei budowany w Samarze stadion wraz z centrum sportowym przypomina Soczi pod względem braku szacunku dla środowiska naturalnego. By go stworzyć zniszczono miejscowe tereny zielone.

Władze pogodziły się też chyba z brakiem najazdu turystów. Czy fani nie są tam mile widziani? Przede wszystkim nie są koniecznością. Gigantomania mistrzostw nie powstała z powodu biznesowej kalkulacji, ale by pokazać putinowską siłę. Nakłady nie muszą się zwrócić (FIFA akurat sobie poradzi). Turyści pojawią się pewnie tylko w Moskwie, Petersburgu, Soczi czy Kazaniu (a gdzie indziej wpadnie tylko niewielka ich grupa). A przez to zabraknie zbliżenia prostych Rosjan i zwykłych mieszkańców Zachodu.

*dr Łukasz Jasina – historyk i publicysta, ekspert ds. wschodnich, szef działu wschodniego tygodnika internetowego „Kultura Liberalna”