Newsletter

Obojętność – trend nadchodzącego sezonu

Arkadiusz Szczepański, 29.05.2015
Rozmach, z jakim inwigilowano Niemcy, okazał się imponujący

W 2006 roku niemiecki film Floriana Henckla von Donnersmarcka „Życie na podsłuchu” cieszył się wielką popularnością, zdobywał entuzjastyczne recenzje krytyków, a ukoronowaniem sukcesu było nagrodzenie filmu Oscarem za najlepszy film nieanglojęzyczny. Perfidny podsłuch wobec nieposłusznego obywatela przez NRD-owską bezpiekę i złamanie ludzkiego życia były wątkami, które wywołały u widzów naturalny odruch obrzydzenia co do stosowania takich metod – podobnie zresztą, jak to w końcu miało miejsce u głównego bohatera – funkcjonariusza Stasi Gerda Wieslera, który zaczyna wątpić w słuszność swojej pracy i dokonuje rewizji swego światopoglądu. Film z pewnością przypomniał wielu Niemcom z byłych NRD o ich niegdysiejszej rzeczywistości i o tym, że warto było ją zmienić i wkroczyć do lepszego, wolnego i bezpiecznego świata Zachodu.

Fot. Arkadiusz Szczepański

Inwigilacja w założeniu zawsze ma służyć bezpieczeństwu: ochronie przed przeciwnikami politycznymi bądź ideologicznymi w państwach totalitarnych, w demokratycznych zaś, gdzie takie metody stosuje się raczej w sytuacjach wyjątkowych, przed ciężką przestępczością. Kiedy po 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone postanowiły wypowiedzieć wojnę terroryzmowi, ich służby specjalne uzyskały szerokie kompetencje by móc zdobywać informacje o potencjalnych zagrożeniach. Na celowniku służb, przede wszystkim NSA, znaleźli się nie tylko obywatele USA i państwa „osi zła”, ale także przyjaciele, w tym Niemcy, jeden z najważniejszych sojuszników.

Rozmach, z jakim NSA inwigilowało Niemcy, okazał się imponujący. W 2013 roku, kiedy Edward Snowden opublikował tajne dokumenty NSA, w niemieckiej opinii publicznej zawrzało. Snowden, będący współpracownikiem NSA, podobnie jak wspomniany bohater filmu Gerd Wiesler, zdobył się na refleksję nad słusznością sprawy, której służył i postanowił zmienić stronę. NSA węszyło wszędzie tam, gdzie było to tylko możliwe, uzyskało wiele osobistych danych niemieckich obywateli. W Niemczech od lat toczy się poważna debata wokół usprawnienia ochrony danych. Jest to temat, zdawałoby się, na który społeczeństwo reaguje szczególnie wrażliwie i każdy niemiecki rząd podchodzi roztropnie do tej sprawy. Trzeba było więc na szpiegostwo NSA stanowczo zareagować, takie było jednogłośne przesłanie protestu społeczno-medialnego.

Reakcja ówczesnego rządu z kanclerz Angelą Merkel na czele nabrała jednak dopiero wtedy stanowczości (wezwanie ambasadora USA, skarga u Obamy), kiedy wyszło na jaw, że nawet telefon komórkowy pani kanclerz był pożądanym obiektem inwigilacji amerykańskich sojuszników. Kanclerz Merkel powiedziała wówczas, że podsłuchiwanie przyjaciół jest rzeczą nie do zaakceptowania, że na niemieckiej ziemi obowiązuje niemieckie prawo, które musi być przestrzegane. Próbowała uspokoić, zdusić histerię zanim wybuchnie ona na dobre, uratować zarówno stosunki z USA, jak i własny wizerunek, tym bardziej, że zbliżały się akurat wybory parlamentarne. I kiedy tuż przed wyborami rzecznik kancelarii Merkel oznajmił, że USA zaproponowało zawarcie z Niemcami tzw. umowy „no-spy”, czyli obustronnej gwarancji nieszpiegowania się nawzajem, nastroje społeczne nieco się uspokoiły. Po raz kolejny kanclerz Merkel udało się wyjść z opresji, uniknąć niebezpiecznej konfrontacji, utrzymać poparcie społeczne i największe notowania w sondażach dla chadecji. I ostatecznie wygrać wybory w 2013 roku.

Czas oburzenia!(?)

Sprawa NSA, badana od ponad roku przez specjalnie powołaną komisję śledczą, jednak nie ucichła. Pod koniec kwietnia powróciła z jeszcze większym impetem. Jak donoszą niemieckie media, NSA nie tylko współpracowało z Federalną Służbą Wywiadowczą (BND), która pomagała w inwigilowaniu niemieckich przedsiębiorstw, ale okazało się także, że rzekoma propozycja o zawarciu umowy „no-spy” ze strony Ameryki nigdy nie padła. To poważna sprawa. Niemiecka gospodarka to nie tylko czynnik dobrobytu, ale także miernik niemieckiej dumy, patriotyzmu. Jednym słowem jest to sacrum. Szpiegostwo gospodarcze, dotychczas kojarzone z Chinami, odbierane jest jako poważny atak na fundament niemieckiego dobrobytu, na jego silną pozycję konkurencyjną na świecie. Z drugiej strony mydlenie społeczeństwu oczu przed wyborami, jakoby panowało się nad sytuacją i porządkowało sprawy, podczas gdy rzeczywistość jest zgoła inna, zasługuje na miano taktycznego kłamstwa. Rozpoczęło się więc rozliczanie Merkel i być może tym razem kanclerz nie zdoła ani uniknąć, ani odpowiednio przyjąć tego ciosu. Ale czy na pewno?

Przypomnę, że niejeden rząd lub głowa państwa musiała oddać władzę za, wydawałoby się, bardziej banalne „przewinienia”. W 1974 roku kanclerz Willy Brandt poddał się do dymisji po tym, jak wyszło na jaw, że jeden z jego najbliższych współpracowników był agentem NRD. Prezydent Horst Köhler w 2010 roku ustąpił ze stanowiska po tym, jak skala medialnego oburzenia za wypowiedziane przez niego słowa (nie wykluczał misji wojskowych, w razie pilnej potrzeby ochrony interesów państwowych) nabrała groteskowych wymiarów. Jego następca, Christian Wulff, po krótkim czasie urzędowania również ustąpił ze stanowiska po zarzutach korupcji (w 2014 został uniewinniony przez sąd). Każdy z tych przykładów świadczy zarówno o demokratycznej dojrzałości społeczeństwa, uważnie śledzącego poczynania władzy, jak i o wysokim poczuciu odpowiedzialności elit politycznych, dobrowolnie gotowych ponieść surowe konsekwencje.

Mam wrażenie, że oba te przejawy prawdziwej kultury demokratycznej w sprawie inwigilacji NSA, pomocniczej roli BND i nieszczerości pani kanclerz, nie pojawiły się z taką siłą, jakiej można byłoby oczekiwać. Być może jeszcze to nastąpi. Obecnie jednak kanclerz stawia na sprawdzoną już przez nią taktykę milczenia, spychania uwagi na osoby drugie i trzecie, a w efekcie całej odpowiedzialności za zdarzenie na kogoś innego, przeczekania burzy, być może sprawa znów ucichnie. Już dziś się spekuluje, że to właśnie minister spraw wewnętrznych i szef BND będą kozłami ofiarnymi. Zdumiewająca jest także reakcja społeczna. Podczas gdy media, nawet te z reguły przychylne pani kanclerz, coraz silniej naciskają na wyjaśnienie zakresu współpracy niemieckich służb z amerykańskimi oraz przedstawienie skali potencjalnych szkód dla niemieckiej gospodarki i społeczeństwa, to samo społeczeństwo wydaje się jednak stosunkowo biernie podchodzić do całej sprawy. Co prawda zmalała wiara w kompetencje i szczere intencje państwa, ale nie przekłada się to na spadek poparcia dla pani kanclerz. Według sondaży poparcie dla chadecji w zaledwie niewielkim stopniu zmalało. Zdumiewający jest także fakt, że zarówno opozycja, jak i koalicyjna SPD, na razie nie zdołała uzyskać lepszych notowań, choć już teraz jesteśmy świadkami wspólnej linii ofensywy przeciw pani kanclerz.

Czy utrzymanie się poparcia w sondażach dla kanclerz Angeli Merkel świadczy o braku wrażliwości społecznej na zasady demokracji, państwa prawa? Czy może jednak przeciwnie, społeczeństwo okazuje się na tyle pragmatyczne, że nie wpada w histerię? W końcu służby specjalne muszą działać w dużej mierze tajnie, ich praca z natury skupia się wokół delikatnych informacji, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Gdyby działały jawnie, nieustannie musiałyby tłumaczyć się przed opinią publiczną, w związku z czym nie byliby skuteczni. A może jest tak, że sprzeciw wobec inwigilacji wydaje się z góry skazany na porażkę, niczym walka z wiatrakami, a całą „aferę” kwituje się słowami „po co tyle szumu, przecież to jasne, że służby wszystko o nas wiedzą”, to stwierdzenie nierzadko można dziś usłyszeć na ulicach Berlina. Smutna lekcja obojętności. Jeżeli państwo nie tylko nie jest zdolne do ochrony obywateli i przedsiębiorstw przed szpiegostwem innych państw, ale wręcz im w tym pomaga, to należy się oburzyć.

W najbliższych tygodniach okaże się również, czy oburzyć się zechce partner koalicyjny. Pierwsze kroki ku temu już poczyniono. Wydawałoby się, że moment na zerwanie koalicji i przejęcie inicjatywy przez SPD jest idealny. Wielka koalicja od początku nie była wymarzonym celem partii, jednak, jak się zdaje, przed ostatecznym krokiem hamuje ją brak wzrostu poparcia w sondażach. W najbliższych tygodniach okaże się, czy gra jest warta świeczki. Jeżeli SPD nie zdecyduje się jednak na bezpośrednią konfrontację, to szanse na przeczekanie burzy przez panią kanclerz po raz kolejny będą niemałe.

*Arkadiusz Szczepańskiurodzony w 1984, studiował slawistykę i kulturoznawstwo. Tłumacz, wolny współpracownik polsko-niemieckiego kwartalnika DIALOG, współpracownik naukowy posła do Bundestagu Dietmara Nietana