Newsletter

Chińczycy nad Bugiem

Bogdan Góralczyk, 18.05.2015
Chiny mają już strategię wobec naszego kontynentu. Podróż Xi Jinpinga do Astany, Moskwy i Mińska dowodzi, że zaczynają wprowadzać ją w życie

Chiny mają już strategię wobec naszego kontynentu. Podróż Xi Jinpinga do Astany, Moskwy i Mińska dowodzi, że zaczynają wprowadzać ją w życie

CC-BY-SA-2.0. Autor: APEC 2013

Chiny diametralnie zmieniły strategię. Jeszcze do niedawna obowiązywał polityczny testament wizjonera reform, Deng Xiaopinga. Ten radził swoim następcom: ukrywajcie własne możliwości i zamiary, zachowujcie się powściągliwie. Nie starajcie się być przywódcami na arenie międzynarodowej.

Obecny przywódca, Xi Jinping, najwyraźniej odszedł od dyrektyw Xiaopinga. I wprowadza w życie wizję Chin aktywnych i asertywnych, pewnych swego, a nade wszystko zasobnych. Gdy pojechał do Indii, zostawił tam umowy na 20 mld dolarów. A gdy niedawno był w Pakistanie, podpisał porozumienia na sumę 28 mld dolarów. Ostatnio sytuacja powtórzyła się podczas tournée po trzech krajach: Kazachstanie, Rosji i Białorusi.

Mińsk zamiast Kijowa

W Rosji, gdzie przebywał z okazji uroczystości rocznicowych zakończenia II wojny światowej, podpisano niemal 40 kolejnych porozumień dwustronnych. Łącznie opiewają one na sumę 20 mld dolarów. Powtarzano przy tym znany mechanizm: to chińskie banki – najbogatsze instytucje na świecie według ostatniego rankingu magazynu „Forbes” – udzielają rosyjskim kontrahentom kolejnych pożyczek.

Jak długo to jeszcze potrwa? Kiedy rosyjscy politycy zrozumieją to, co już doskonale pojmują tamtejsi eksperci? Mianowicie, że Rosja powoli zamienia się w zaplecze surowcowe Chin. I staje się młodszym bratem uzależnionym od chińskich zasobów i rezerw.

Formalnie wszystko jest w najlepszym porządku. Obie strony głoszą, co jest zresztą zgodne ze stanem faktycznym, że ich relacje nigdy nie były tak dobre. Pod nieobecność przywódców Zachodu Xi Jinping był głównym gościem na paradzie zwycięstwa w Moskwie. Prezydent Putin potwierdził z kolei swój udział na chińskiej wrześniowej paradzie z tej samej okazji. Wzajemne stosunki kwitną, ale coraz bardziej przypominają sytuację z chińskiego porzekadła: „śpią w jednym łóżku, ale mają różne sny”.

Najlepszym dowodem na to jest pierwsza od 14 lat wizyta chińskiego przywódcy na Białorusi. W Moskwie Xi Jinping był półtora dnia, w Mińsku spędził aż trzy i pół doby. Podpisano traktat o wzajemnej przyjaźni. Pekin i Mińsk zamieniono w miasta „braterskie”, położono kamień węgielny pod nowy park przemysłowy, jaki ma być budowany z chińskich środków. I zawarto kolejne umowy na ponad 7 mld dolarów. W sumie chińscy specjaliści szacują inwestycyjny udział na Białorusi na sumę ponad 15 mld dolarów.

Podsumowujący tournée najwyższego przywódcy szef dyplomacji ChRL Wang Yi nie pozostawiał wątpliwości, że strona chińska nie oglądała się na innych, w tym na Moskwę. I zrobiła to, co chciała. Ukłon wobec Rosjan i Putina był tylko taki, że chiński lider nie udał się do Kijowa, lecz – po długiej przerwie – do Mińska. Ukraina, na której też mocno inwestowano (pamiętajmy, że w ostatnią podróż zagraniczną obalony prezydent Janukowycz udał się do Pekinu) jest teraz dla Chińczyków partnerem niepewnym i drażliwym. A to ze względu na Rosję, jedno z głównych źródeł dostaw surowcowych. Tym samym postawiono na Łukaszenkę, który co najmniej od zajęcia Krymu stara się dać do zrozumienia, że nie we wszystkim chciałby podporządkować się Moskwie. Teraz, po porozumieniach mińskich z jednej strony, a z chińskimi pieniędzmi z drugiej, poczuje się jeszcze pewniej.

Cel: Europa

Niech się jednak zanadto nie łudzi. Co prawda strona chińska bezustannie podkreśla, iż wciela w życie zasadę obopólnych korzyści (win-win), ale w istocie to ona rozdaje karty. A chodzi jej teraz o nic innego, jak pójście w kierunku Europy. Temu tak naprawdę służą dwa wielkie projekty „nowych jedwabnych szlaków”, lądowego i morskiego, które prowadzą na Zachód.

Skończyła się poprzednia epoka ekspansji afrykańskiej i w kierunku słabiej rozwiniętych regionów w poszukiwaniu surowców. Te już sobie zabezpieczono. Obecnie, zgodnie z nowym strategicznym azymutem, chodzi Chinom już nie o surowce, a o nowe technologie i innowacyjne rozwiązania. Ponieważ trudno liczyć na to, że dadzą je Amerykanie czy Japończycy (co potwierdziła wizyta japońskiego premiera Shinzō Abe w Waszyngtonie, gdzie odnowiono dwustronny sojusz polityczno-wojskowy), toteż Państwo Środka stawia na chwiejną i podzieloną Europę.

Chiny już mają strategię wobec naszego kontynentu, a podróż Xi Jinpinga do Astany, Moskwy i Mińska dowodzi, że zaczynają wprowadzać ją w życie. My natomiast – w Warszawie czy w Brukseli – takiej strategii nie mamy, stając się tym bardziej przedmiotem geostrategicznej rozgrywki.

Tak, geostrategicznej, bo czas uświadomić sobie, że wbrew utartym stereotypom Chińczycy nie atakują nas tylko podróbkami czy psującym się towarem. Przychodzą do nas z bankami i inwestycjami, stawiają na fuzje i przejęcia (najlepiej firm o wysokim zaawansowaniu technologicznym). A to już zupełnie nowa jakość. Czas spojrzeć prawdzie w oczy.

Co my na to?

O nowej strategii świadczył też przebieg chińskich dyskusji panelowych na niedawnym Kongresie Gospodarczym w Katowicach. Silniejsza niż w latach poprzednich, liczna i zróżnicowana delegacja chińska bezustannie promowała hasło: „jeden pas, jedna droga” (Yi dai, yi lu), czyli właśnie dwa jedwabne szlaki zmierzające ku Europie.

Szef naszej dyplomacji Grzegorz Schetyna ma wkrótce lecieć do Pekinu. Jest ze wszech miar wskazane, by miał dobrze przemyślaną agendę, co chce tam osiągnąć. Albowiem Polska wobec Chin – i w ogóle wschodzących rynków – strategii, niestety, nie wypracowała. Podczas gdy chińskie przesłanie jest jasne: „jeden pas, jedna droga” oraz nowe inwestycje wsparte konkretnymi pieniędzmi, z naszej strony idą sprzeczne sygnały.

Z jednej strony zapisujemy się do chińskiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych AIIB i deklarujemy chęć zwiększania współpracy. Z drugiej ciągle borykamy się z tymi samymi problemami: ogromnym deficytem handlowym i brakiem równowagi w wymianie towarowej na rzecz Chin. Symbolem są pociągi zmierzające z chińskiej prowincji Syczuan do Łodzi, do nas jadące pełne towaru, a w drodze powrotnej nierzadko puste.

Jednym państwem UE, które ma dobrze przemyślaną i wprowadzaną w życie strategię wobec Chin, są Niemcy. Polega ona na istotnym zaangażowaniu, a jej efektem są nie tylko ogromne obroty towarowe (niemal podwoiły się w ostatnich pięciu latach do ponad 150 mld euro; według danych GUS nasz eksport w 2013 r. wynosił 7,1 mld zł, a import 60,9 mld zł), ale także równowaga w handlu. W przypadku partnerów europejskich Chin jest to sytuacja wyjątkowa.

Z jednej strony mamy więc aktywne w kontaktach z Chinami Niemcy, a z drugiej właśnie „otwartą” przez Chiny Białoruś. Obyśmy się tylko nie zamienili w wyizolowaną i nieprzejezdną wyspę. A jeśli już chcielibyśmy tego dokonać, to warto powiedzieć dlaczego – sobie i innym. I wyjaśnić, po co tak czynimy i czy w ogóle nam się to opłaca.

Chiny to dzisiaj druga i najdynamiczniejsza gospodarka na świecie, największe państwo handlujące na globie oraz kraj dysponujący największymi rezerwami walutowymi, szacowanymi na 4,5 bln dolarów. Właśnie te swoje ogromne nadwyżki Państwo Środka zaczęło rozdysponowywać. Warto więc głębiej się zastanowić nad tym, czy i jak korzystać z chińskiego tortu.

*prof. Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO

Tytuł od redakcji IO