Newsletter

Kapitał zwyciężył pracę

Bartłomiej Sienkiewicz, 07.05.2015
Państwa demokratyczne są na morzu turbokapitalizmu ostatnim szańcem wolności

Państwa demokratyczne są na morzu turbokapitalizmu ostatnim szańcem wolności

Fot. http://nos.twnsnd.co

Piszę ten tekst parę dni po pierwszym maja, gdzie nowe wydarzenia zatarły wszystkie okołoświąteczne doniesienia. Ale obraz Święta Pracy nie daje mi spokoju.

Raz, przez swój żałosny charakter. Jakaś trybunka, grupka kilkudziesięciu osób z umierającego SLD. Jedyny komunikat, że przywódca tej masy upadłościowej chwalił kandydatkę polskiej lewicy na prezydenta. Kandydatkę, która się nawet nie pofatygowała na skromną uroczystość. I nie chodzi tu o porównanie z PRL-owskim przepychem obchodów 1 maja. Raczej o faktyczne obumarcie święta, które przestało nieść za sobą jakiekolwiek symboliczne znaczenie.

Drugi powód to zdziwienie. Polska to kraj, w którym praca, jej dostępność, płace, formy zatrudnienia i ochrona są prawie że codziennym tematem wypowiedzi polityków. I przedmiotem prywatnych rozmów Polek i Polaków. A jednak praca nie znajduje uznania w powszechnej gotowości do uzewnętrznienia tego problemu. Więc albo z pracą w Polsce nie jest tak źle, jak się powszechnie wydaje (i są na to dowody), albo realne problemy są gdzie indziej niż w relacji praca – kapitał.

Być może jest tak, że jeśli kapitał przenosi dowolną produkcję tam, gdzie są niższe koszty pracy, a w szczycie kryzysu ubiegłej dekady to nie socjaliści wygrywali wybory w Europie, ale ugrupowania prawicowe, to wniosek może być tylko jeden. Taki, że to kapitał zwyciężył pracę. Toteż trudno się dziwić, że święto 1 maja nie ogniskuje już żadnych emocji. Przegrani zostają w domach.

Ale czy to oznacza, że powinniśmy się pogodzić z triumfem kapitału, którego współczesne imię to „rynki finansowe”? Przyjąć do wiadomości, że wygrał lepszy (silniejszy, parafrazując Piketty’ego)? Mam wątpliwości. Jest bowiem taka sfera, która musi być dla demokracji liberalnej sferą nie do poddania, można rzec – do krwi ostatniej. Jest nią wolność.

Flirt amerykańskich firm informatyczno-komunikacyjnych z chińską cenzurą przed paru laty, pomoc dla Kremla w identyfikowaniu niepokornych przez zachodnie portale, władze europejskich koncernów wołające o „normalność” w stosunkach z Rosją po aneksji Krymu i wschodnich okręgów Ukrainy (czyli niewprowadzanie sankcji) czy wreszcie stulenie uszu przez koncern Sony wobec północnokoreańskiego szantażu hakerskiego za krytykę reżimu w jednej z komedii to tylko garść najbardziej wyrazistych przykładów. Przykładów na oczywistą prawdę, że liderzy współczesnego kapitalizmu, wielkie globalne korporacje, nie stoją po tej samej stronie, co państwa demokratyczne. A to tym państwom koncerny zawdzięczają swój wzrost i ochronę ich interesów.

Moment, w którym interesy państwa i korporacji się rozchodziły do tej pory zauważano przede wszystkim w zakresie praktyk monopolistycznych lub unikania podatków. Ale powyższe przykłady ten rozziew pokazują na o wiele bardziej podstawowym poziomie. W relacji dyktatura – kapitalizm powstaje coraz częściej rodzaj wspólnoty interesów, każący przyglądać się temu zjawisku z coraz większym zaniepokojeniem. Bez względu na to, jak dużym poparciem społecznym ta dyktatura się cieszy. Do tego dochodzi szczególne natężenie hipokryzji. Otóż kodeksy koncernów pełne są różnego rodzaju form pilnowania równowagi rasowej, płciowej czy ekologicznej itp. A wszystko z duchem epoki podpowiadającej liderom światowego kapitalizmu prowadzić firmę w sposób odpowiadający etycznym prądom współczesnego Zachodu (praktyki CSR).

Dopóki mamy do czynienia z naciskiem koncernów na rzecz zniesienia sankcji, jest to zwyczajnie niemoralne. Można powiedzieć, że to tylko powtórzenie – w nowej odsłonie – casusów znanych z niechlubnej historii, w tym z czasów II wojny światowej czy ochoczej kooperacji zachodniego kapitału ze Związkiem Sowieckim. Albo – jak to bywało zawsze – dostaw uzbrojenia dla wszelkiej maści reżimów, zawsze gotowych wydać pieniądze na śmiercionośne zabawki.

Jednak coraz częściej kompromisy z dyktaturami w trosce o dochody zawierają koncerny, które żyją z „nośników” wolności. Internet i kultura (nawet w wydaniu pop) – dwa obszary definiowane jako sfery niezbywalnych wolności Zachodu, poniekąd ukoronowanie tych swobód, które zasadzają się na wolności jednostki, praw politycznych i osobistych.

W krajach liberalnej demokracji swoboda przekazu informacji i swoboda ekspresji w kulturze (nawet jeśli niskich lotów) jest zabezpieczeniem tych podstawowych praw. I dlatego media oraz kultura cieszą się szczególną ochroną. Co więcej, ich społeczna rola jest niepodważalna właśnie dlatego, że stanowią rodzaj kontroli i nadzoru nad rządzącymi. Ale wystarczy, by to była Rosja, Chiny, Korea Północna czy inna tego typu państwowość, a zasady pękają. Kodeksy się kruszą i pozostaje jedyna wartość: zysk. Bez wolności. Okazuje się, że to, co miało sprawować społeczną kontrolę nad władzą, samo jest poza kontrolą i demokratycznym mandatem. Bo rządzi tym kapitał.

Może warto mieć te przypadki w pamięci, by docenić, że państwa demokratyczne, wraz z całym swoim uwikłaniem w konieczności i, czasami, nadużycia rządzących, są na morzu turbokapitalizmu ostatnim szańcem wolności. Bo wspomniane przykłady to przecież tylko czubek góry lodowej. Zabór prywatności przez koncerny informatyczne, spekulacje rynków finansowych, które już dawno odesłały do lamusa opowieści, że cena towaru to dynamiczny dialog popytu i podaży (bo czynnik spekulacyjny coraz częściej dyktuje ceny w skali globalnej) czy wreszcie wpływ wielkiego kapitału na decyzje rządów i organizacji międzynarodowych – to rzeczywistość, w której żyjemy.

I właśnie z tej perspektywy warto wsłuchać się uważnie w te głosy z Polski, które wołają „jeszcze więcej swobody dla kapitału, jeszcze mniej państwa – bo ono zawsze jest złe i przeszkadza”. Wolność, jeśli ma mieć swój dobroczynny sens, musi być dla wszystkich, nie tylko dla wybranych – to przecież liberalne credo.

Wyznawcy prymitywnie pojmowanego kapitalizmu nie są w stanie tego zrozumieć.

Kiedy więc myślę o 1 maja, zastanawiam się, czy to święto nie powinno zmienić swego charakteru. Czy nie powinno zastąpić zwietrzałego napięcia między pracą a kapitałem, troską o relacje kapitał – wolność? I czy nie powinniśmy, my ludzie liberalnych demokracji, w ten dzień majowy przestrzegać przed takim rodzajem obecności kapitału, który nieuchronnie, krok po kroku, nam tę wolność odbiera?

W takim kontekście w jednym miejscu spotkać się mogą i ludzie lewicy, liberałowie, państwowcy, i zaangażowani społecznie chrześcijanie. Wszyscy ci, dla których pojęcie wolności nie jest jedynie pustym słowem, rodem z kodeksów „społecznej odpowiedzialności biznesu”.

*Bartłomiej Sienkiewicz – dyrektor Instytutu Obywatelskiego