Newsletter

Walka o archipelagi

Bogdan Góralczyk, 27.04.2015
Dwa archipelagi, a w tle zażarty spór, którego stronami są Chiny, Tajwan, Wietnam, Filipiny, a nawet Malezja i sułtanat Brunei

Dwa archipelagi, a w tle zażarty spór, którego stronami są Chiny, Tajwan, Wietnam, Filipiny, a nawet Malezja i sułtanat Brunei

Fot. U.S. Central Intelligence Agency

Filipińskie siły zbrojne opublikowały zdjęcia kolejnych chińskich instalacji na wysepkach Morza Południowochińskiego. Gdy poprzednio Chińczycy rozpoczęli budowę platform wiertniczych na Paracelach, doszło do starć i antychińskich demonstracji w Wietnamie. Czy teraz należy spodziewać się wybuchu nowych emocji?

Najpierw zdefiniujmy problem. Chodzi o dwa archipelagi: Paracele i Spratley. Ten pierwszy to około 30 wysepek podzielonych na dwie grupy – Amphitrite i Crescent – położonych niedaleko wybrzeży Wietnamu. O nie spierają się Wietnam i Chiny oraz Tajwan, mający w tych sprawach podobne zdanie jak władze w Pekinie.

Spratley to stale zmieniająca się, uzależniona od morskich pływów, rozproszona na dużym obszarze grupa mikroskopijnych, niezamieszkałych wysp, ławic i raf koralowych. Na jej wschodnich krańcach znajduje się archipelag raf koralowych zwany Scarborough, który za swój uznają Filipińczycy (znany archipelag i turystyczny raj Palawan jest o krok). A o ich podejściu niech świadczy fakt, że Morze Południowochińskie nazywają… Zachodniofilipińskim.

Rozpalone emocje

O cały ten rozległy akwen od lat toczy się zażarty spór, którego stronami są Chiny, Tajwan, Wietnam, Filipiny, a nawet Malezja i sułtanat Brunei (rości sobie pretensje do wyspy Louisa Reef). W poprzednich latach pociągnął on wymianę ognia, ofiary śmiertelne, starcia na kutrach, co oczywiście rozpalonych emocji nie powstrzymało, podobnie jak chińskich inwestycji na tym obszarze.

Filipiny zwróciły się w tej sprawie o arbitraż do ONZ, powołując się na konwencję o prawie morza z 10 grudnia 1982 r. (UNCLOS), której stroną są również Chiny. Podjęcie podobnego kroku rozważa Wietnam, chociaż niedawna wizyta w Pekinie generalnego sekretarza wietnamskiej partii Nguyen Phu Tronga zdaje się wskazywać na zgodę na chińskie, tradycyjne podejście, by takie spory – o których podczas wizyty dużo mówiono – rozstrzygać dwustronnie.

Podstawowy problem jest taki, że Chiny w tej kwestii są pryncypialne, asertywne i bezkompromisowe, tak w słowach, jak w czynach. Specjalny dokument (position paper) chińskiego MSZ z 7 grudnia 2014 r. stawia sprawę bez niedomówień: „działania Filipin nie zmienią historii i nie podważą faktu chińskiej suwerenności nad Morzem Południowochińskim”. Znana od lat, złożona z dziewięciu kresek (nine-dash, jiu duan xian) chińska mapa dowodzi, że cały ten akwen należy do Chin. Koniec, kropka.

Chińskie dźwignie

Za tym idą konkrety. Cały obszar podporządkowano jurysdykcji i dowództwu wojskowemu na południowej wyspie Hajnan. Co więcej, w czerwcu 2012 r. położona na archipelagu Paraceli wioska rybacka Sansha, wtedy z zaledwie ok. 450 stałymi mieszkańcami, otrzymała nie tylko prawa miejskie, ale nawet status prefektury – nad obszarem szacowanym na ok. 2 mln km kw. To na pewno najmniejsza prefektura w ludnych Chinach!

A teraz, jak widzimy, na znanych już z nazwy mieliznach i płyciznach lub wysepkach, jak Duncan, Woody, Drummond czy Rafy Ognistego Krzyża zaczęły rosnąć chińskie instalacje: lądowiska dla helikopterów, pasy startowe, stacje radarowe itp.

Taki stan rzeczy każe stawiać jeszcze jedno, kardynalne pytanie: jak to wszystko ma się do aktualnie głoszonej i mocno promowanej przez chińskie władze koncepcji „jeden pas, jedna droga” (yi dai, yi lu), mówiącej o budowie „nowych jedwabnych szlaków”, lądowego i morskiego. Już przeznaczono na ten cel 40 mld dolarów, a otwarcie mówi się o szybkim zwiększeniu tej sumy do 100 mld. Mający największe rezerwy walutowe na globie Chiny (rzędu 4,5 bln dolarów) właśnie ruszają z wielką ekspansją kapitałową, inwestycyjną i bankową w świat. To nowa jakość, bo już nie chodzi tylko o chińskie produkty, lecz chińskie banki i inwestycje.

Novum polega na tym, że Chiny, będące w dziejach mocarstwem lądowym, prawie nigdy nie były mocarstwem morskim (za wyjątkiem głośnych wypraw admirała Zheng He). A teraz chcą budować Jedwabny Szlak Morski XXI stulecia.

W materiałach promocyjnych tej koncepcji, dostępnych już także w języku polskim (rozdawanych chociażby podczas chińskich paneli na niedawnym Forum Gospodarczym w Katowicach) pisze się wprost, że morski szlak ma stanowić „dźwignię chińskiej polityki otwarcia w stronę Azji Południowej i Południowowschodniej”, a więc państw ASEAN. A tym samym – akwenów Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku; tego Pacyfiku, na którym dzisiaj niepodzielnie dominują Amerykanie.

Strategiczne dylematy

Chińskie nowe wyzwanie jest więcej niż jasne. Budzi potężne obawy i w USA, i na całym Zachodzie, u sąsiadów oraz w regionie (może poza Pakistanem i Tajlandią). Szybko zrozumieli to chińscy eksperci i – zdaje się – przekonali swego wizjonerskiego lidera Xi Jinpinga, by jednak nieco stonował retorykę i zmienił podejście.

Na niedawnym Forum Biznesowym w Boao, będącym odpowiednikiem szwajcarskiego Davos, prezydent Xi mówił o „czterech filarach” współpracy: pokojowej, opartej na wzajemnych korzyściach (win-win), a nawet dialogu i wzajemnym zrozumieniu odmiennych kultur i cywilizacji. Czy kogoś przekonał? Relacje z paneli dyskusyjnych w Boao dowodzą, że nie do końca.

Jedynie sędziwy nestor dyplomacji amerykańskiej i zwolennik współpracy z Chinami Henry Kissinger przekonywał, że „w obecnym świecie naczyń połączonych” nie da się zbudować nowego światowego ładu bez Chin. Inni, nie tylko zachodni, uczestnicy tych debat mieli odmienne zdanie. Nie kryli niepokoju i obaw. Przede wszystkim co do przyszłości Morza Południowochińskiego o wielkim strategicznym znaczeniu, bowiem przez nie przepływa ponad 80 proc. towarów do Chin, Japonii i Korei z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. Ponadto jest to akwen roponośny i ważny także pod względem zasobów rybołówstwa.

Jak zbudować nowy jedwabny szlak bez zgody partnerów? Jak przekonać ich do tej współpracy, gdy na Morzu Południowochińskim stale prowadzi się politykę faktów dokonanych? Czy same pieniądze wystarczą? Oto dylematy, przed którymi stają współcześni mandaryni w Pekinie.

W ślad za nimi na nowe problemy i wyzwania napotykają sąsiedzi, a nawet – ze względu na śmiałe chińskie zamiary i tamtejszy potencjał – cały świat. Wszystko wskazuje na to, że o Morzu Południowochińskim jeszcze nieraz usłyszmy. Czy tylko jako o poważnym ognisku zapalnym, jakim jest dziś, czy może jednak, jak chcą Chiny, o nowym obszarze inwestycyjnej dynamiki i współpracy?

Jedno jest pewne: na planowanym nowym morskim szlaku istnieje ogromny cierń. Bez jego usunięcia nie ma mowy o postępie i dalszej harmonijnej współpracy. Warto się temu przyglądać, bowiem stawka jest wysoka, a prowadzona już gra ma geostrategiczne znaczenie.

*prof. Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO

Tytuł od redakcji IO