Newsletter

Otwarte wrota chaosu?

Bartłomiej Sienkiewicz, 23.04.2015
Ponad 23 tysiące uchodźców we Włoszech od początku roku, tysiące utopionych w morzu podczas prób dostania się do europejskiego raju, coraz większa siła zorganizowanych grup przestępczych szmuglujących ludzi, często wysyłających ich na pewną śmierć – to jest wiosna 2015 roku

Ponad 23 tysiące uchodźców we Włoszech od początku roku, tysiące utopionych w morzu podczas prób dostania się do europejskiego raju, coraz większa siła zorganizowanych grup przestępczych szmuglujących ludzi, często wysyłających ich na pewną śmierć – to jest wiosna 2015 roku

Fot. Official U.S. Navy Page

W 2001 roku na francuskiej Riwierze osiadł statek z ponad tysiącem Kurdów, którzy rozproszyli się nad ranem, szukając pomocy w domach zbudzonych nagle Francuzów. Mężczyźni, kobiety, dzieci dryfowali po Morzu Śródziemnym, wypatrując przystani i ratunku, uciekając przed wojną i chaosem irackiego Kurdystanu.

Z tej okazji przypomniano sobie, że trzydzieści lat wcześniej, w 1973 roku, opublikowano książkę Jeana Raspaila, francuskiego monarchisty i ultrakonserwatysty. Opisywała ona podobne wydarzenie, lecz na skalę milion razy większą. Raspail prorokował, że Europa ulegnie zagładzie w wyniku własnej bezbronności i braku poczucia tożsamości. Poczucia pozwalającego oprzeć się obcym. Europa miała ulec katastrofie w wyniku masowego exodusu Trzeciego Świata, który wygnany głodem i nędzą opanuje Stary Kontynent.

Raspail mający we Francji ugruntowaną pozycję ekstremistycznego dziwaka na moment stał się znów popularny i zapraszany do programów publicystycznych, głosząc swoją wersję zagłady Europy. „Obóz świętych” – taki tytuł nosi owa książka – to lektura odrażająca, pełna rasistowskiego języka i pogardy dla ludzi. W finale nad wywodem Raspaila unosi się duch Kurtza z „Jądra ciemności” z jego gotowością do eksterminacji innych.

Ale pytanie, na ile jesteśmy w stanie poświęcić się na rzecz przyjęcia uchodźców spoza Europy, gdzie jest granica tego poświęcenia, pozostaje. I to niezależnie od tego, że Raspail jest ulubieńcem polskich fundamentalistów z „Frondy” czy francuskich monarchistów. Ważne, że dramat, którego jesteśmy świadkami na Morzu Śródziemnym, na nowo stawia przed nami dylematy żywcem przeniesione z kart „Obozu świętych”.

Ponad 23 tysiące uchodźców we Włoszech od początku roku, tysiące utopionych w morzu podczas prób dostania się do europejskiego raju, coraz większa siła zorganizowanych grup przestępczych szmuglujących ludzi, często wysyłających ich na pewną śmierć – to jest wiosna 2015 roku. Nadzwyczajny szczyt UE zwołany na prośbę rządu w Rzymie ma zająć się sytuacją wykraczającą dawno poza normę, do której się przyzwyczailiśmy.

Normę? To właśnie jest pytanie. Malta, Hiszpania, Grecja, Włochy – państwa od lat zmagające się z kolejnymi falami uchodźców z konfliktów okalających Europę, z głębin państw subsaharyjskich, gdzie poziom nędzy jest wyższy niż w najgorszych slumsach Europy. Wystarczy kolejny konflikt, a fala wzbiera. Wystarczy kawałek wybrzeża bez struktur państwowych, a rusza masowy przemyt ludzi. Południe zmaga się ze zjawiskiem, na które nie ma wpływu i nie może samodzielnie sobie poradzić w dłużej (już krótszej?) perspektywie.

Nietrudno wskazać moment, kiedy to zjawisko przybrało na sile. Arabska wiosna zmiotła reżimy północnoafrykańskie, ale równocześnie otworzyła wrota chaosu. Libia, jako państwo, już nie istnieje, sąsiednie kraje mimo pozorów wydają się balansować na granicy stabilności. Struktury i polityki, które były gwarantem względnej stabilności Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu, zanikają. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że przyszły rok może być jeszcze bardziej tragiczny, jeśli chodzi o ofiary przemytników. A sam exodus jeszcze bardziej się nasili.

To zmienia politykę europejską. To zmienia również parametry polityczne każdego kraju dotkniętego masową emigracją. Bezpieczeństwo własnych obywateli, wydolność systemów pomocy społecznej, ilość środków lawinowo rosnących na pomoc skierowaną dla uchodźców może przekroczyć za jakiś czas wydolność państw UE.

Unia stoi przed być może najtrudniejszymi wyborami od momentu swojego powstania. Zagłaskiwanie tematu i podejmowanie kolejnych, pozornych kroków, spowoduje prędzej czy później reakcje społeczeństw europejskich. Beneficjentami tego zwrotu staną się ugrupowania skrajne, antyimigranckie. Ugrupowania, dla których zjednoczona Europa to wróg obciążany wszelkimi winami.

Powrót polityk narodowych realizowanych przy współudziale lub pod presją ugrupowań antyeuropejskich to koniec Unii, nawet gdyby ten proces miał być rozłożony na lata. Z kolei polityka aktywna, wychodząca tam, gdzie realny problem istnieje, to wzięcie bezpośredniej odpowiedzialności za terytoria będące otuliną UE – w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Czy to jest recepta na powstrzymanie exodusu? Trudno sobie wyobrazić taki scenariusz, choćby ze względu na wartości wyznawane dotąd w Europie. Przy okazji warto zauważyć, że UE nie posiada, a przynajmniej posiada coraz mniej – na poziomie poszczególnych państw – realnej siły, w tym siły militarnej.

W zupełnie innym regionie sąsiedztwa UE i w innym klimacie rozgrywa się równolegle kolejny dramat. Dramat Ukrainy, będącej celem agresji Rosji. Pierwszy raz od drugiej wojny światowej doszło w Europie do jednostronnej zmiany granic siłą (wcielenia Krymu do państwa rosyjskiego). Trwa okupacja Donbasu pod przykrywką ruchu separatystycznego.

Z polskiej perspektywy ten konflikt ma zasadnicze znaczenie dla naszego poczucia bezpieczeństwa i stabilności. Ale Unia jest całością. Jeśli chcemy solidarności w konflikcie wschodnim, musimy być przygotowani na bycie solidarnym z problemem południa Europy. Z konsekwencjami oznaczającymi zaangażowanie Polski w rejonach egzotycznych z perspektywy Łowicza czy Warszawy. Bo łatwe czasy się już skończyły. Nastały czasy, co do których pojawia się jedno pytanie: jak bardzo będą one trudne.

UE jest konfrontowana z dwoma kryzysami z odmiennych epok i o odmiennej genezie. Po pierwsze, z tradycyjną polityką imperialną Kremla, realizowaną przez państwo i ludzi nim rządzących o mentalności rodem z XIX w. Po drugie, z problemem załamywania się państw na Południu i masowej imigracji jak z filmów i książek futurystycznych.

Ale w tych czasach jednego trzeba unikać. Nie być koniunkturalnie lub ze strachu pobłażliwym dla Moskwy jako agresora. I nie przyjmować perspektywy Raspaila jako sposobu traktowania problemu uchodźców. Być może od uniknięcia tych dwóch pułapek zależy, czy będziemy mogli nadal w przyszłości nazywać się europejczykami.

*Bartłomiej Sienkiewicz – dyrektor Instytutu Obywatelskiego