Newsletter

Bajki o nierównościach

Łukasz Pawłowski, Tomasz Sawczuk, 22.04.2015
W debacie o nierównościach nie chodzi o to, by problem marginalizować czy wyśmiewać, ale by właściwie ocenić jego skalę, stopień zagrożenia, jakie stwarza, i potencjalne konsekwencje, jakie może wywołać

W debacie o nierównościach nie chodzi o to, by problem marginalizować czy wyśmiewać, ale by właściwie ocenić jego skalę, stopień zagrożenia, jakie stwarza, i potencjalne konsekwencje, jakie może wywołać

CC-BY-SA-3.0 Unported. Autor: ProtoplasmaKid

Temat nierówności wzbudza olbrzymie emocje. Wystarczyło zadać kilka prostych pytań o to, co mówią aktualne dane na temat Polski, by wywołać gorącą dyskusję.

Gdy w styczniu tego roku dr Jarosław Kuisz z „Kultury Liberalnej” zwrócił uwagę na to, że nasza dyskusja na temat nierówności garściami czerpie z zachodniej literatury, natomiast obywa się bez stosownych danych Eurostatu czy GUS (1), zawrzało. Posypały się gromy i zarzuty o brak wrażliwości na biedę – szczególnie mocne z lewej strony ideowego spektrum (2).

Lewicowi publicyści usiłują snuć opowieść o nierównościach czy związanych z nimi protestach społecznych ponad granicami państw w oderwaniu od lokalnych kontekstów. Tu ma miejsce zasadnicze pęknięcie pomiędzy lewicą a polskimi liberałami co do diagnozy, jak i niezbędnych lekarstw (3). A jednak, niezależnie od tego, co nie byłoby dziś modne na Zachodzie Europy czy w USA, problem nierówności z polskiej perspektywy przedstawia się zgoła inaczej.

Nie wszystkie nierówności są złe

Zacznijmy od truizmu, który przedziwnie wyparował pośród polemik: samo istnienie nierówności nie jest dla społeczeństwa dyskredytujące. Alternatywą dla społeczeństw zróżnicowanych byłby utopijny i przerażający projekt doskonałej równości, a zatem i tożsamości wszystkich. Dlatego też punktem wyjścia do rozmowy powinno być pytanie, które z nierówności – i w jakim stopniu – są dla społeczeństwa akceptowalne, które zaś należy minimalizować.

Nawet w pozornie prostych sytuacjach nasze opinie co do akceptowalnego poziomu nierówności będą się różnić. Nic dziwnego, odpowiedzi nie są bowiem oczywiste. Wiele zależy od skutków, jakie dana nierówność wywołuje. Przykładowo, jeżeli nie minimalizuje szans na społeczny awans gorzej sytuowanych ocenimy ją inaczej niż wówczas, gdy jej skutkiem będzie petryfikacja zajmowanych pozycji społecznych. Jak w rozmowie z „Kulturą Liberalną” (4) zwracał uwagę Michael Sandel, to właśnie wysoka mobilność społeczna była podstawą wiary w American Dream. Amerykanie godzili się na duże nierówności, ponieważ wierzyli, że kiedyś to oni lub przynajmniej ich dzieci znajdą się na szczycie.

Prawda czasu i prawda ekranu

USA i Polska to jednak dwa skrajnie odmienne przypadki. Po pierwsze, mobilność społeczna utrzymuje się u nas na wysokim poziomie. „Odsetek ludzi dziedziczących przynależność klasową ojca wynosi 30-32 proc. Innymi słowy, reszta zmienia pozycję, zwykle awansuje, co wynika z pojawiania się coraz to nowych pozycji zawodowych sytuujących się na górnych piętrach hierarchii społecznej” – twierdzi socjolog prof. Henryk Domański (5).

Co więcej, w naszym kraju nierówności dochodowe jeśli nie maleją, to z pewnością od kilku lat nie rosną. Przyznają to nawet autorzy ze strony lewicowej w polemikach z liberałami. Na przykład Michał Polakowski i Dorota Szelewa piszą, że od 2004 r. „według Eurostatu nierówności dochodowe w Polsce zmalały, podczas gdy GUS podaje, że za bardzo się nie zmieniły” (6). Ale, co ciekawe, dosłownie w następnym zdaniu Szelewa i Polakowski zmieniają perspektywę i stwierdzają, że nierówności powinniśmy mierzyć nie w skali kilku lat, ale porównując stan obecny z rokiem… 1988. A wtedy okaże się, co oczywiste, że wręcz wystrzeliły w górę. Podobne podejście proponuje na stronach Instytutu Obywatelskiego Michał Sutowski (7).

Okazuje się, że gdy dane nie pasują do tezy, to po prostu trzeba… nieco zmienić dane. Żaden z autorów lewicy bynajmniej nie wyjaśnia, z jakiego powodu to właśnie schyłkowy okres PRL-u – czyli całkowitego rozkładu polskiej gospodarki – powinien być punktem odniesienia do pomiaru nierówności. Być może autorzy uznają nierówności za najważniejszy problem społeczny – tak ważny, że jeśli tylko wskaźnik Giniego utrzymuje się na niskim poziomie, wszelkie inne patologie systemu schodzą na dalszy plan.

Nierówności to nie bieda

Kłopot w tym, że „nierówności nierównościom nierówne”. Wyobraźmy sobie trzy stuosobowe społeczności. W pierwszej z nich jedna osoba zarabia milion złotych rocznie, a pozostałe po sto tysięcy, mamy więc do czynienia z ogromnymi nierównościami. To jednak społeczność zupełnie inna od takiej, w której jedna osoba zgarnia 100 tys. złotych, a pozostałe muszą przeżyć za sumę dziesięciokrotnie mniejszą. Tutaj do nierówności dochodzi jeszcze problem biedy. Są to jednak dwa odmienne zjawiska. Widać to doskonale na przykładzie naszej trzeciej wyobrażonej społeczności, gdzie wszyscy otrzymują po 10 tys. złotych rocznie. Nierówności w niej nie ma, a jednak daleko jej do ideału.

Tymczasem w polskiej publicystyce lewicowej z niewiadomych względów utrzymuje się, że bieda i nierówności to dwie strony tego samego zjawiska. Lewicowy argument można streścić następująco: nawet jeżeli nierówności nie są w Polsce tak wysokie jak w wielu innych krajach zachodnich, to u nas ludzie są biedni.

Nikt nie kwestionuje, że w Polsce nie brakuje osób zagrożonych ubóstwem – ale i na temat skali tego zjawiska krąży w debacie publicznej wiele mitów. Przekonywała o tym w rozmowie z „Kulturą Liberalną” ekspertka od zagadnień ubóstwa w Polsce, socjolog Elżbieta Tarkowska. Jej zdaniem „punkt szczytowy wzrostu biedy w Polsce przypadł na lata 2004–2005”, o czym warto pamiętać, ponieważ „bieda jest zinstrumentalizowana politycznie” (8). Hasła mówiące o dwóch milionach głodnych polskich dzieci odbijają się w debacie publicznej szerokim echem, mimo że, zdaniem Tarkowskiej, nie mają pokrycia w rzeczywistości. Odnosimy wrażenie, że próby łączenia problemu biedy i problemu nierówności mają podobny, polityczny cel.

Polska, Europa, świat

Cóż jednak z tego, że w Polsce nierówności nie rosną, skoro w skali globalnej zwiększają się w zawrotnym tempie? Ledwie kilka miesięcy temu poruszenie wywołała na świecie publikacja raportu Global Wealth Databook (9) informującego, że 1 proc. najzamożniejszych ludzi świata dysponuje niemal połową całego globalnego majątku. To faktycznie szokujące dane. Metodologia ich pozyskania budzi jednak pewne wątpliwości (10).

Po pierwsze, majątek wyliczany jest tam jako suma rynkowej wartości naszych dóbr finansowych i niefinansowych, pomniejszona jednak o długi (GWD, s. 5). A zatem człowiek uzyskujący duże dochody, ale obciążony np. kredytem na mieszkanie, jest klasyfikowany jako biedniejszy niż ten, który nie ma absolutnie nic. Skutek jest taki, że wśród najbiedniejszych ludzi globu więcej jest Europejczyków i mieszkańców Ameryki Północnej niż Chińczyków czy obywateli państw Ameryki Południowej.

Po drugie, autorzy posługują się wartościami wyrażonymi w dolarach, ale nie uwzględniają różnej siły nabywczej tej waluty, co dodatkowo pogłębia wrażenie nierówności. Obywatel bogatego państwa Europy Zachodniej dysponujący majątkiem rzędu 10 tys. dolarów do krezusów z pewnością nie należy. Ale dokładnie ta sama suma w biedniejszych państwach azjatyckich czy afrykańskich to pokaźna kwota, za którą – ze względu na niższe ceny – można kupić znacznie więcej. Raport tego zróżnicowania nie uwzględnia.

Wreszcie po trzecie, autorzy raportu sami przyznają się do dużych kłopotów z zebraniem rzetelnych danych. Najpewniejszych informacji dostarczają państwa zamożne, co samo w sobie może już prowadzić do skrzywienia wyników. Co więcej, najłatwiej mierzy się aktywa o charakterze finansowym – tzn. oszczędności, akcje, obligacje. Kiedy ktoś ma na koncie 10 tys. zł, wystarczy przeliczyć tę sumę po danym kursie na dolary i sprawa rozwiązana. Ale co zrobić z człowiekiem, który ma majątek złożony z – powiedzmy – starego samochodu, kilku hektarów ziemi i niewykończonego domu? Trudno powiedzieć, a przecież to przede wszystkim właśnie z takich dóbr składa się majątek osób mniej zamożnych.

Mimo tych wszystkich niedoskonałości Michał Sutowski powołuje się na dane Global Wealth Databook, zgodnie z którymi współczynnik Giniego odnoszony do nierówności majątkowych od kilku lat w Polsce rośnie i wynosi 0,749. To prawda, ale Sutowski nie dodaje, że ten sam wskaźnik w takich krajach jak Dania czy Szwecja, uznawanych za oazy równości, jest jeszcze wyższy i wynosi odpowiednio 0,891 oraz 0,794 (GWD, s. 102-105). Powstaje zatem pytanie, czy tak liczony wskaźnik Giniego pokazuje nam coś użytecznego?

Znacznie lepszą miarą wydaje się inny wskaźnik wykorzystany w owym raporcie, o którym jednak w tekście Sutowskiego nie ma wzmianki. Jest nim szacowana wartość majątku narodowego, będąca w posiadaniu najbogatszych 10 proc. społeczeństwa. W Polsce wskaźnik ten wynosił 69,9 proc. w roku 2000 i 62,8 proc. w roku 2014 (s. 126), co autorzy raportu określają jako „gwałtowny spadek” (s. 127). Podobną tendencję widzimy, kiedy pod lupę weźmiemy 1 proc. najbogatszych Polaków. W roku 2000 ta grupa dysponowała 42,2 proc. całego majątku, ale 14 lat później było to już 33 proc. (s. 125).

Najbogatsi Polacy nie są więc tak potężni jak w wielu innych państwach, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. „Porównując do »1 procenta« na Zachodzie, a zwłaszcza w USA – nasi najbogatsi są tego namiastką, bo są po prostu mniej zamożni”, mówił socjolog Krzysztof Jasiecki w rozmowie z… Michałem Sutowskim (11). Jasiecki zwraca w tym wywiadzie uwagę na wiele innych problemów gospodarczych i społecznych współczesnej Polski – np. niską innowacyjność, zbyt duży udział kapitału zagranicznego – ale nierówności do nich nie należą.

Potrzeba właściwej diagnozy

W debacie o nierównościach nie chodzi o to, by problem marginalizować czy wyśmiewać, ale by – jak w innych ważnych kwestiach – właściwie ocenić jego skalę, stopień zagrożenia, jakie stwarza, i potencjalne konsekwencje, jakie może wywołać. Dziwi więc fakt, że niektórzy krytycy polskiej gospodarki używają pojęcia „nierówności” w nieomal mistycznym znaczeniu. Informują o ich dramatycznym wzroście, ale nie tłumaczą, na czym dokładnie one polegają. Nie posuwa to dyskusji naprzód, powodując raczej rozmycie problemu.

Fakt, że nierówności dochodowe nie rosną, nie znaczy oczywiście, że żyjemy w sprawiedliwym społeczeństwie. Zagadnienia takie jak efektywnie degresywna skala podatkowa, unikanie opodatkowania, pozbawiony elementu solidarności społecznej system emerytalny, niedostateczna równość w dostępie do opieki medycznej i edukacji czy niezasłużone przywileje niektórych grup społecznych to kluczowe kwestie z punktu widzenia demokratycznej koncepcji sprawiedliwości. Powinny się one stać przedmiotem uwagi obywateli i organów państwa. Nie wszystkie z tych kwestii dotyczą jednak problemu nierówności i nie ma potrzeby, by wrzucać je do jednego worka.

Skąd więc ta – wyraźnie widoczna w lewicowej publicystyce – tendencja do windowania nierówności na szczyt dotykających Polski problemów i porównywania naszego kraju do innych państw zachodnich?

Uznać bliską analogię między USA a Polską można by tylko pod jednym warunkiem – gdyby chodziło o generalną krytykę czegoś, co umownie nazywa się „kapitalizmem”, w imię jakiegoś lepszego „systemu”. Krytyka dotyczyłaby w takim wypadku abstrakcyjnej struktury, która z samej swojej istoty miałaby produkować nierówności i niesprawiedliwość. Wówczas fakt, że w ostatnich latach nierówności w Polsce nie rosną, można by z gracją zignorować.

Krytyka tego rodzaju bywa interesująca, a w ostatnich miesiącach z pewnością zyskuje w polskich mediach na popularności, często jednak nadmiernie uderza w puste moralizatorskie tony. Odrywa się od rzeczywistości.

Co jednak na dłuższą metę najbardziej szkodliwe: rzadko kiedy przekłada się na realne programy naprawcze.

(1) J. Kuisz, Nierówności jako farsa, „Gazeta Wyborcza”, wyd. internetowe 06.01.2015.
(2) T. Piątek, Nie wiem, czy dzisiaj pisać, czy raczej coś narysować. Jakiegoś Mahometa, „Gazeta Wyborcza”, wyd. internetowe 09.01.2015.
(3) Masowy gniew zalewa świat. Jak naprawić demokrację?, Polskie Radio, 10.02.2015.
(4) M. Sandel – Ł. Pawłowski, Pobudka z amerykańskiego snu, „Kultura Liberalna” nr 284, 17.06.2014.
(5) A. Nowakowska, D. Wielowieyska – H. Domański, Klasy polskie i sprawiedliwe nierówności. Kto skorzystał na transformacji?, „Gazeta Wyborcza”, wyd. internetowe 23.06.2014.
(6), M. Polakowski, D. Szelewa, Proszę pana, nierówności to fakt, Dziennik Opinii, 28.01.2015, art. niedostępny.
(7) M. Sutowski, Przyszłość polskich nierówności, Instytut Obywatelski, 25.02.2015.
(8) E. Tarkowska – J. Kuisz, Bieda w Polsce to obszar mitów, „Kultura Liberalna” nr 320, 24.02.2015.
(9) A. Shorrocks, J. B. Davies, R. Lluberas, Credit Suisse Global Wealth Databook 2014, CREDIT SUISSE AG.
(10) Ł. Pawłowski, Nierówności nierównościom nierówne, „Kultura Liberalna” nr 316, 30.01.2015.
(11) Zob. „Krytyka Polityczna” nr 39, s. 111.

*Łukasz Pawłowski – z wykształcenia socjolog i psycholog, sekretarz redakcji „Kultury Liberalnej”. Pisze o polskim i amerykańskim życiu politycznym.

*Tomasz Sawczuk – doktorant w Instytucie Filozofii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.

Przypominamy nasz raport Nierówności: mniejsze, większe czy bez zmian?”