Newsletter

Orbán otwiera drzwi Jobbikowi

Bogdan Góralczyk, 13.04.2015
Na Węgrzech idą dobre czasy dla opozycji. Ale nie tej, której się spodziewamy

Majątek Orbánów był przedmiotem dochodzeń. Niczego jednak nie udowodniono

Budapeszt. CC-BY-SA-2.5 Hungary. Autor: mikkamakkax

Wielkanoc zwyczajowo spędziłem w Budapeszcie. Coś mnie zaskoczyło? Owszem. Coraz bardziej nurtuje mnie oddalanie się naszych państw: na Węgrzech odmienny publiczny dyskurs, inne dylematy i wyzwania, nie mówiąc o realiach.

Co mam na myśli? Pewnym wyjaśnieniem będzie znamienna wypowiedź premiera Viktora Orbána, który tuż przed Wielkanocą wybrał się do Astany. Orbán mówił, że „w Unii Europejskiej traktują nas jako równorzędnych partnerów, ale w istocie rzeczy jesteśmy tam obcy. Kiedy udajemy się do Brukseli, nie mamy tam krewnych. Kiedy jednakże przybywamy do Kazachstanu, tu spotykamy krewnych. To nieco dziwne uczucie, że człowiek musi jechać na wschód, by czuć się jak u siebie”.

Majątku branie

Zaskoczyło mnie coś jeszcze – lista przebojów wydawniczych w księgarniach sieci Libri, obecnie chyba monopolisty. Na pierwszym miejscu, zgodnie z oczekiwaniami, ładnie wydany tom „Jak malować świąteczne jajka”. Ale druga pozycja, na 20 wystawionych, jest sporym zaskoczeniem: to publikacja znanej dziennikarki śledczej Krisztiny Ferenczi „Szüret”, czyli „Winobranie”.

To wznowienie książki wydanej w 2006 r., o czym uczciwie informuje się czytelnika na okładce. A w krótkim wstępie do drugiego wydania czytamy, że wydano tę pozycję ponownie w związku z głośnym zerwaniem sojuszu „dwóch braci ze szkolnych ław”, czyli Viktora Orbána i Lajosa Simicski. Simicska to jeden z najbogatszych ludzi na Węgrzech, choć jak bardzo jest zamożny, nie wiadomo. Jego majątek – ulokowany m.in. w firmach deweloperskich i w rozległym imperium medialnym – pozostaje nieprzejrzysty.

Książka Krisztiny Ferenczi to nic innego jak staranny raport. Jedna trzecia treści to dokumenty na temat tego, jak Viktor Orbán w okresie pierwszego sprawowania urzędu premiera doszedł do poważnego majątku.

Po ślubie w 1986 r. zaczynali z żoną, Anikó Lévai, od małego, spółdzielczego mieszkania w prowincjonalnym Szolnoku. Gdy mąż stał się znanym politykiem pamiętnego 16 czerwca 1989 r. „goniąc Ruskich do domu”, przejął – też spółdzielczy – lokal o sporej powierzchni 135 metrów, już w Budapeszcie. Potem przez lata Lévai i Orbán wynajmowali go za tysiąc dolarów miesięcznie. A tuż po zakończeniu rządów okazało się, że małżeństwo z pięciorgiem dzieci zamieszkało w nowym, przestronnym domu, położonym na prestiżowych wzgórzach budańskich przy ulicy Czinege 5. Na dodatek w 2005 r. Orbán postawił sobie dom utrzymany w tradycyjnym węgierskim stylu w rodzinnej miejscowości Felcsút pod Budapesztem, na miejsce zburzonego cztery lata wcześniej domu rodzinnego, w którym się wychował.

No i co w tym dziwnego? Politycy przy władzy przecież się dorabiają! Problem w tym, że obok wszystkich powyższych operacji, starannie przez autorkę udokumentowanych, jest jeszcze jedna, tytułowa. Przez lata Anikó Lévai skupowała w okolicach Felcsút winnice, łącznie 54 ha, a potem sprzedała je z wielkim zyskiem.

Majątku powiększanie

Kluczem był prosty mechanizm, wymyślony kiedyś przez Lajosa Simicskę, „geniusza”, jak go w czasach wieloletniej przyjaźni nazywał Viktor Orbán. Tanio kupujemy, drogo sprzedajemy, a by podwyższyć wartość inwestycji lub ziemi, pompujemy w nie publiczne pieniądze z przetargów, o czym przecież sami decydujemy, stawiając swoich ludzi w odpowiednich miejscach.

Ten proceder był na Węgrzech znany. Kwestia szybkiego powiększenia majątku rodziny Orbánów (bo do dużego doszedł również ojciec premiera) była przedmiotem dochodzeń prokuratorskich i specjalnej komisji parlamentarnej. Ostatecznie niczego jednak nie udowodniono. Jednym z najgorliwszych obrońców Orbána był szef resortu handlu zagranicznego i spraw zagranicznych – oba połączono – dziś 38-letni Péter Szijjártó. Sprawę należycie nagłośniono, a jednak Orbán następne wybory zdecydowanie wygrał. Dlaczego?

Ano dlatego, że szef socjalistów Ferenc Gyurcsány też się dorobił majątku i to wcale nie mniejszego, głównie na zamówieniach publicznych. A nie był bynajmniej w takim procederze odosobniony. Toteż media rządowe – bo o takich należy teraz na Węgrzech mówić – niemal przez rok po zwycięstwie Orbana w kwietniu 2010 r. karmiły opinię publiczną szczegółami na temat korupcji i przekrętów w wykonaniu poprzedniej ekipy.

To działało, ale do czasu. Albowiem wkrótce, dość szybko, okazało się, że mechanizmy znane z pierwszej kadencji Orbána, ponownie zastosowano na jeszcze większą skalę. Doszły bowiem środki unijne. Proceder ten skutecznie udowadniano na wyspecjalizowanej stronie internetowej atlatszo.hu oraz w opozycyjnych mediach.

W 2014 r. Krisztina Ferenczi wydała kolejny tom z podtytułem „Śladami majątku Orbanów”. Tym razem, podobnie jak poprzednio, udowodniła, jak to Viktor Orbán, zapalony piłkarz, tuż pod rodzinnym domem z 2005 r. zbudował Akademię Piłkarską im. Ferenca Puskása, a następnie pełnowymiarowy, kryty stadion piłkarski ze zraszaną trawą. Wśród nowych bogaczy pojawił się Lőrincz Mészáros, burmistrz Felcsútu, według Krisztiny Ferenczi „zarządzający tamtejszymi włościami rodziny Orbánów”.

Odtąd opozycyjne media, niczym dawni sowietolodzy, lubują się w z publikacji zdjęć z loży na tym stadionie, odczytując z nich, kto aktualnie „ma ucho” premiera… Chodzi bowiem o system, który były liberalny minister oświaty w koalicyjnych rządach z socjalistami Bálint Magyar nazwał „zorganizowanym nadziemiem” (skojarzenie z podziemiem jak najbardziej uprawnione). Zaś dwa wnikliwe tomy studiów na ten temat, które zebrał i zredagował, określił mianem „Magyar Polip”, czyli „Węgierska ośmiornica”, nawiązując tym samym do znanego serialu o włoskiej mafii.

Majątkiem kuglowanie

Niepokojących sygnałów jest coraz więcej. W lutym 2015 roku z niebywałym hukiem rozpadła się długoletnia przyjaźń i mniej przejrzysty biznesowy sojusz Viktor Orbána z Lajosem Simicską. Media rozpisują się o wstrzymanej przez rząd 8 kwietnia budowie autostrady A-4. Szef kancelarii premiera, „druga osoba w państwie”, János Lázár, poinformował, że to wina Komisji Europejskiej, która „wstrzymała środki na tę inwestycję”. Tymczasem rzecznik Komisji – i to dwukrotnie – zaprzeczył, by miała ona cokolwiek z węgierską A-4 do czynienia.

Węgrzy zresztą też w oficjalne wyjaśnienia nie wierzą. Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż głównym inwestorem w A-4 jest największa firma imperium Lajosa Simicski Közgép. Tymczasem najważniejszy dziennik opozycyjny „Népszabdság” w wydaniu świątecznym opublikował zdjęcia i reportaż dowodzący, jak bardzo zaawansowane są już prace.

Pod koniec marca wybuchł jeszcze jeden skandal z firmą brokerską „Quaestor”, który wzbudził po stronie rządowej panikę i chaos informacyjny. Okazało się bowiem, że jej szef, Csaba Tarsoly, zbudował nic innego jak piramidę finansową. Pod znakiem zapytania stanęła niebagatelna suma szacowana na 150 mld forintów (ok. 2 mld złotych). Co więcej, udziały i papiery wartościowe – niezgodnie z prawem wedle specjalistów – lokowały tam wywodzące się z rządzącego Fideszu władze samorządowe, a nawet… resorty, począwszy od tego, który podlega Pétrowi Szijjártó.

Sprawa firmy „Quaestor” jest, jak to się mówi, rozwojowa. Trudno jeszcze cokolwiek przesądzać, chociaż jest oczywiste, że Csaba Tarsoly był powiązany z rządzącymi, a nawet z premierem (opozycyjny tygodnik „168 óra” opublikował odpowiednie zdjęcia). W końcu, po zwłoce, został on zatrzymany, a resorty za radą premiera (skąd zawczasu o tym wiedział, pytają eksperci) swoje całkiem spore udziały zdążyły wycofać. Jednak tysiące małych inwestorów pozostało na lodzie.

Oto, w zarysie, kontekst powodzenia książki Krisztiny Ferenczi. To zarazem swoiste wyjaśnienie słów węgierskiego premiera w Astanie, do której udał się specjalnie wynajętym austriackim samolotem, z – ponoć – 150 osobami („biznesmenami”) na pokładzie. Ale kto tam był, nie wiadomo, poza tym, że Viktor Orbán z małżonką i Lőrinc Mészáros, również z małżonką.
Czy to oznacza, że idą dobre czasy dla opozycji? Owszem, ale raczej nie tej, której się spodziewamy. Na drugą partię w kraju wyrósł bowiem skrajnie prawicowy Jobbik, a imperium medialne Lajosa Simicski zaczyna go wspierać.

Nic dziwnego, że w kręgach liberalnej, stołecznej inteligencji, największym wzięciem cieszy się wydany po węgiersku w Bratysławie tom znanego eseisty i komentatora Rudolfa Ungváryego „A Láthatatlan valóság” („Niewidoczna rzeczywistość”). Jej podtytuł – „Faszyzujące mutacje w dzisiejszych Węgrzech” – mówi sam za siebie.

Wręcz symbolicznie tę atmosferę potwierdziły przedterminowe wybory przeprowadzone 12 kwietnia w Tapolca. Fidesz od zeszłej jesieni po raz trzeci przegrał i to mimo bezprecedensowego zaangażowania się premiera Orbána w kampanię. Mandat zdobył przedstawiciel Jobbiku.

*prof. Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO