Newsletter

Clinton kontra Bush: powtórka z rozrywki?

Paweł Laidler, 24.03.2015
Najbliższa kampania prezydencka w USA może być starciem dwóch najsławniejszych politycznych rodów Ameryki

Najbliższa kampania prezydencka w USA może być starciem dwóch najsławniejszych politycznych rodów Ameryki

Fot. od lewej: CC-BY-SA-2.0. Autor: Gage Skidmore; Fot. Źródło: U.S. Department of State

Choć nikt oficjalnie nie rozpoczął jeszcze w Stanach Zjednoczonych kampanii prezydenckiej, możemy już mówić o dwojgu polityków, którzy udział w wyborach traktują jak najważniejszy cel polityczny. To Demokratka Hillary Clinton i Republikanin Jeb Bush.

Rodzina Clintonów?

Analizując wydarzenia z drugiej połowy lat 90., określane mianem „afery rozporkowej” (Zippergate), nie mam wątpliwości, jak ważne dla ówczesnego prezydenta Billa Clintona, ale i dla przyszłej kariery Hillary miała postawa ówczesnej Pierwszej Damy w najtrudniejszych momentach konfrontacji prezydenta z politykami, dziennikarzami i społeczeństwem amerykańskim. Maksyma stand by your man okazała się najskuteczniejszym narzędziem public relations, dzięki czemu prezydent, mimo oczywistej winy, podtrzymał wysokie poparcie społeczne, a jego żona wkrótce po opuszczeniu Białego Domu rozpoczęła samodzielną karierę polityczną.

Najpierw została (dwukrotnie) wybrana z ramienia Partii Demokratycznej na senatora stanu Nowy Jork, dosyć aktywnie uczestnicząc w debatach dotyczących polityki zagranicznej, szczególnie wojny z terroryzmem. Mając znaczne poparcie społeczne, podjęła w 2008 roku próbę walki o fotel prezydenta. I choć przegrała prawybory z późniejszym zwycięzcą Barackiem Obamą, potwierdziła mocną pozycję rodziny Clintonów wśród zwolenników Demokratów. Poparcie, jakiego udzieliła Obamie, poskutkowało nominacją na stanowisko sekretarza stanu, a więc głównego obok prezydenta polityka odpowiedzialnego za kształtowanie amerykańskiej polityki zagranicznej. W ciągu czterech lat urzędowania Clinton dała się poznać jako lojalny współpracownik Obamy, wpływając na amerykańskie działania wobec Iraku i Afganistanu, inicjując politykę „resetu” w relacjach z Rosją i reprezentując amerykańską rację stanu podczas międzynarodowych debat dotyczących polityki wobec Afryki Północnej. Nie zdecydowała się jednak kontynuować służby na stanowisku sekretarza stanu podczas II kadencji Obamy, co wielu uznało za znak, że przygotowuje się do kampanii wyborczej roku 2016.

Choć Hillary Clinton nie ogłosiła oficjalnie startu w wyborach prezydenckich, nikt nie ma wątpliwości, że nie tylko będzie silnym kandydatem Partii Demokratycznej, ale właściwie jedynym, który ma szansę wygrać z republikańskimi kandydatami. Prawdopodobnie zatem Clinton będzie mogła spokojnie skupić się na przygotowaniu ogólnokrajowej kampanii, zamiast toczyć małe bitwy w ramach własnej partii. To niewątpliwie przewaga w stosunku do Republikanów, wśród których im bliżej rozpoczęcia kampanii, tym więcej nazwisk pojawia się na liście zainteresowanych udziałem w wyborach.

Czy jednak Hillary będzie w stanie uzyskać poparcie większości Amerykanów i zostać pierwszą kobietą-prezydentem w historii? W 2008 roku przełamano tabu i po 43 białych prezydentach wybrano Afroamerykanina. Dziś wydaje się, że obywatele Stanów Zjednoczonych bez problemu zaakceptowaliby kobietę na najwyższym stanowisku w państwie, dlatego to nie płeć stanowić może największą przeszkodę w spełnieniu politycznych marzeń Clintonów. Przeszkodą mogą być… oni sami.

Fenomen popularności Clintonów widać przede wszystkim w odniesieniu do byłego prezydenta, który czternaście lat po zakończeniu urzędowania cieszy się bardzo wysokim poparciem społecznym, pozwalającym przypuszczać, że gdyby mógł startować po raz trzeci, prawdopodobnie wygrałby wybory. Jednak i on, i Hillary zawsze mieli jeden problem, z którym nie potrafili sobie poradzić: relacje z mediami. Choć Bill Clinton należy do najwybitniejszych PR-owców w historii amerykańskiej prezydentury, wielokrotnie okazywał lekceważenie mediom i nie potrafił znaleźć z dziennikarzami wspólnego języka. Wydaje się, że ten problem dotknął również byłą Pierwszą Damę, która nawet dziś nie traktuje mediów przyjaźnie. Jeśliby szukać jakichś słabości kandydatki Demokratów, to właśnie w skomplikowanych relacjach z mediami, które będą przecież kształtować charakter kampanii prezydenckiej. Hillary, która będzie dysponowała ogromnymi środkami finansowymi i sztabem ekspertów od public relations, musi pamiętać o tym, że bez wsparcia czwartej władzy droga na szczyt pierwszej władzy może okazać się o wiele trudniejsza.

Atutem Clinton jest niewątpliwie jej nieprzerwana obecność w politycznej amerykańskiej superlidze od ponad trzydziestu lat. Jeszcze w latach 90. XX wieku, pełniąc funkcję Pierwszej Damy, dała się poznać jako aktywna działaczka na rzecz praw obywatelskich, wielokrotnie wpływając na kierunki polityki społecznej prezydenta. Od tego czasu wielokrotnie podkreślała, że priorytetem jej polityki jest walka o prawa kobiet i mniejszości, w tym mniejszości seksualnych, czym wpisuje się w dominujący trend Partii Demokratycznej.

Ale Hillary Clinton chciałaby, aby przeciętny wyborca widział w niej również zdecydowanego lidera państwa w kwestiach gospodarczych, a także na arenie międzynarodowej. Szczególnie ta ostatnia kwestia może mieć znaczenie, w związku z nasilającym się konfliktem rosyjsko-ukraińskim, zagrożeniem ze strony ISIS i niewiadomymi kierunkami przemian w Iraku, Afganistanie czy  Afryce Północnej. Nowy prezydent odziedziczy po Obamie wiele nierozwiązanych zagadnień w polityce zagranicznej, a CV Clinton w tym zakresie wydaje się idealne. Problem w tym, że pełniąc funkcję sekretarza stanu nie zdołała zaprezentować własnych wyrazistych poglądów, wpisując się w
niejednoznaczną politykę prezydenta. Nie mam wątpliwości, że zabieg taki wynikał m.in. z perspektywy zbliżającej się kampanii wyborczej roku 2016 i niechęci do jednoznacznego określenia się względem potencjalnych wyborców. Mamy przecież do czynienia z największym pragmatykiem w amerykańskiej polityce.

A może klan Bushów?

Jeb Bush to były dwukrotny gubernator Florydy (lata 1999-2007), aktywny polityk Partii Republikańskiej, a nade wszystko (jak twierdzą złośliwi) syn i brat. Rodzina Bushów piastowała najwyższy urząd w państwie w sumie przez 3 kadencje, a zatem tyle samo, ile rodzina Adamsów (John i John Quincy) na początku państwowości amerykańskiej. Mimo że amerykańska polityka przede wszystkim kojarzy się z klanem Kennedych, to jednak Bushowie są współcześnie najbardziej skuteczną rodziną, jeśli chodzi o wpływ na kierunki polityki Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza polityki zagranicznej. Zarówno George H.W. Bush, jak i jego syn George W. Bush, skupili się podczas swoich rządów przede wszystkim na realizacji celów strategii bezpieczeństwa narodowego. I choć funkcjonowali w innej rzeczywistości politycznej, to zostali zastąpieni przez Demokratów głoszących podobne hasła wyborcze w kwestiach gospodarczych i społecznych. Dziś młodszy z byłych prezydentów Bushów jest oceniany gorzej, ale to nie przeszkadza kolejnemu Bushowi w snuciu marzeń i planów związanych z kandydowaniem do Białego Domu.

Warto przypomnieć, że amerykańska opinia publiczna miała okazję poznać bliżej Jeba Busha przy okazji wyborów prezydenckich roku 2000, kiedy w zarządzanym przez niego stanie pojawiły się problemy z liczeniem głosów. Nie tylko Ameryka, ale w ogóle cały świat z zapartym tchem obserwował kilkutygodniową sagę rozgrywającą się w czterech hrabstwach stanu, w których nakazano powtórne liczenie głosów, co ostatecznie, ze względu na ingerencję Sądu Najwyższego, zakończyło się sukcesem brata gubernatora.

Oczywiście, Demokraci za jedną z przyczyn porażki swojego kandydata Ala Gore’a uznali fakt piastowania najwyższego stanowiska wykonawczego na Florydzie przez Jeba Busha, jednak wątek ten nie miał wpłynąć na dalszą karierę gubernatora, wybranego na drugą kadencję w 2002 roku. Po zakończeniu gubernatorowania Jeb wspierał kampanie wyborcze niektórych polityków republikańskich do Kongresu oraz zajmował stanowiska w radach nadzorczych publicznych i prywatnych organizacji zajmujących się m.in. problematyką ochrony zdrowia, edukacji oraz imigracji. Choć sam nie ubiegał się o żadne znaczące stanowisko polityczne, cały czas aktywnie prezentował swoje poglądy, o których z pewnością nie można powiedzieć, że są zbieżne z poglądami ojca czy brata, gdy byli prezydentami.

Dla skrajnych konserwatystów Jeb Bush wydaje się kandydatem kontrowersyjnym, ze względu na bardziej liberalne podejście do reform prawa imigracyjnego oraz niepryncypialny stosunek do wprowadzonej przez Baracka Obamę reformy służby zdrowia. I choć trudno wyobrazić sobie, aby podczas kampanii Bush otwarcie poparł kierunki polityki urzędującego prezydenta, to jednak w kwestiach prawa imigracyjnego jego poglądy są zaskakująco zbieżne z podejściem wielu Demokratów. Wydaje się, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest głębsza świadomość i znajomość przez Busha realiów społecznych stanów, w których problemy imigracyjne wpływają na codzienne życie ludzi. Takim stanem niewątpliwie jest Floryda, którą przez osiem lat Jeb Bush zarządzał, reformując m.in. prawo imigracyjne. Nie bez znaczenia może być również fakt poślubienia przez niego jeszcze w latach 70. Meksykanki Collumby Gallo, z którą ma trójkę dzieci.

To wszystko sprawia, że jako kandydat Republikanów, mających teoretycznie mniejsze poparcie ze strony mniejszości etnicznych i rasowych, Jeb Bush mógłby liczyć na głosy części Latynosów, i to nie tylko tych, którzy znają go z okresu rządów na Florydzie. Na dodatek, przejście Busha z anglikanizmu na katolicyzm zwiększa prawdopodobieństwo wsparcia go przez imigrantów, którzy przybyli do USA z Ameryki Łacińskiej. Oczywiście, najpierw musiałby uzyskać poparcie większości delegatów Partii Republikańskiej, a o to może być o tyle trudno, że potencjalnych kandydatów o podobnym profilu politycznym do niego jest przynajmniej kilku, z Marco Rubio na czele. Niemniej nazwisko Bush w polityce amerykańskiej znaczy wciąż bardzo wiele i otwiera niejedne drzwi. Dlatego jeśli ruszy oficjalna kampania Jeba na prezydenta, będzie on mógł z pewnością liczyć na znaczące fundusze, bez których rywalizacja z Hillary Clinton byłaby z góry skazana na porażkę.

Polityka i względy rodzinne

Czy Amerykę czeka więc kolejna rywalizacja między dwiema uznanymi rodzinami politycznymi? W 1992 roku Bill Clinton był dla wielu niespodzianką, wręcz sensacją, potrafił jednak pokonać George’a H.W. Busha, kończąc 12 lat nieprzerwanych rządów Republikanów. Jeśli Jeb Bush miałby stanąć naprzeciw Hillary Clinton, to i on traktowany byłby jako newcomer, choć w polityce aktywnie funkcjonuje od ponad trzydziestu lat. Jednak jego doświadczenie oraz rozpoznawalność w porównaniu do Hillary jest znacznie mniejsza, podobnie jak wsparcie w ramach własnej partii. Ponadto dla większości Amerykanów Hillary i Jeb mogliby być postrzegani przez pryzmat, odpowiednio, męża (Bill) i brata (George). Ostatnie lata wskazują zaś, że jednym z najpopularniejszych, o ile nie najpopularniejszym politykiem w USA jest wciąż Bill Clinton. O ostatnim republikańskim prezydencie powiedzieć tego nie można.

Na ile zatem „względy rodzinne” mogą wpłynąć na ostateczny wynik wyborów prezydenckich? Zanim odpowiemy na to pytanie, wypadałoby zapytać Jeba Busha, jak zdoła przekonać do siebie większość wyborców republikańskich, w tym zwolenników Tea Party, która póki co wyklucza poparcie dla byłego gubernatora Florydy. Kto wie, czy trudniejszy nie okaże się wyścig o nominację GOP niż ostateczna rozgrywka o najwyższy urząd w państwie? Wszak wśród kontrkandydatów Busha wymienia się dziś… niemal dwudziestu polityków!

*dr hab. Paweł Laidler – politolog, prawnik, amerykanista, wicedyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego