Newsletter

Ukraina, głupcze?

Paweł Laidler, 02.03.2015
Część amerykańskich wyborców tęskni za czasami, gdy ich przywódcy potrafili wskazać Rosji „miejsce w szeregu”

Część amerykańskich wyborców tęskni za czasami, gdy ich przywódcy potrafili wskazać Rosji „miejsce w szeregu”

CC0 1.0 Uniwersalna Licencja Domeny Publicznej. Autor: Andrew J.Kurbiko

Skoro w Stanach Zjednoczonych zastanawiają się, kto ma największe szanse na partyjne nominacje prezydenckie w roku 2016, my zastanówmy się, czy konflikt na Ukrainie oraz bezpieczeństwo w Europie mogą stać się głównym tematem amerykańskich wyborów. Od zakończenia zimnej wojny relacje transatlantyckie skupiały się częściej na współpracy gospodarczej lub tworzeniu koalicji przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi. Tymczasem niemal od roku, wraz z nasilającym się napięciem za naszą wschodnią granicą, zaobserwować można powrót do retoryki zimnowojennej i stawiania relacji z Rosją jako głównej determinanty bezpieczeństwa w Europie.

Prezydent USA jest postrzegany dziś coraz częściej przez pryzmat polityki zagranicznej, a nie tylko jako szef rządu próbujący (z lepszym lub gorszym skutkiem) naprawić kulejącą gospodarkę. Choć dla przeciętnego Amerykanina to wciąż gospodarka stanowi najważniejszy czynnik determinujący codzienną rzeczywistość, to trudno uciec od przekonania, że w najbliższych wyborach prezydenckich częściej niż ostatnio będziemy słyszeć o roli Stanów Zjednoczonych na świecie. Konflikt na Ukrainie, w zależności od rozwoju sytuacji, może stanowić zatem jeden z elementów wpływających na przebieg kampanii oraz decyzję części amerykańskich wyborców.

Zaczęło się od Roosevelta

Truizmem byłoby stwierdzenie, że – oprócz okresu zimnowojennego (1947-1991) – to sprawy wewnętrzne skupiały główną uwagę kampanii prezydenckich. Jednak istotnie: to gospodarka była głównym tematem wyścigów o fotel prezydenta w XX wieku, wyłączając wspomniany okres konfliktu USA-ZSRR. Na dobre zaczęło się w latach trzydziestych, od kampanii Franklina D. Roosevelta, którego założenia polityki Nowego Ładu przekonały zdecydowaną większość wyborców. I choć kolejne kampanie FDR odwoływały się do polityki zagranicznej (zwłaszcza te z lat 1940 i 1944), to został on zapamiętany jako prezydent, który wskrzesił amerykańską gospodarkę po latach kryzysu.

Po zakończeniu zimnej wojny kandydaci na prezydentów powrócili do retoryki ekonomicznej, co szczególnie widoczne było podczas obydwu kampanii Billa Clintona (w myśl hasła: Ekonomia, głupcze!), a także w roku 2008 i w dużej mierze w 2012, kiedy Barack Obama przekonywał, że sprawy gospodarcze i poziom bezrobocia to najważniejsze kwestie, jakimi prezydent państwa powinien się zająć. W Białym Domu rezydował wtedy George W. Bush, który ze względu na okoliczności swojej prezydentury zmuszony był skupić się na kwestiach bezpieczeństwa – zarówno wewnętrznego, jak zewnętrznego – co zdeterminowało jego wizerunek jako prezydenta i miało wpływ na kampanię wyborczą roku 2004.

Krajobraz po resecie

Kończące się urzędowanie Baracka Obamy charakteryzuje powolne przenoszenie środka ciężkości w polityce z kwestii wewnętrznych na problematykę zagraniczną. Kiedyś postawiłem tezę, że o charakterze międzynarodowego przywództwa prezydenta USA świadczą nie tylko jego umiejętności, wiedza i doświadczenie, ale przede wszystkim okoliczności, w jakich przychodzi mu funkcjonować. Z takim problemem spotkał się na pewno Bush po 2001 roku, takie też wyzwanie stoi obecnie przed Obamą.

Polityka administracji amerykańskiej wobec Rosji przed rokiem 2014 nie napawała optymizmem, biorąc pod uwagę sposób, w jaki Obama próbował rozmawiać z Putinem, oraz naiwne założenia polityki resetu. Kryzys ukraiński wskazał na poważne różnice w percepcji bezpieczeństwa międzynarodowego oraz systemu wartości między Rosją i Ameryką, przywołując, przynajmniej w wymiarze retorycznym, czasy zimnej wojny. Dla Obamy oznaczało to konieczność redefinicji założeń polityki konsensusu i podjęcia działań mających potwierdzić potencjał Ameryki jako lidera NATO i aktywnego kreatora stosunków transatlantyckich w wymiarze bezpieczeństwa. Tocząca się obecnie w USA dyskusja na temat ewentualnej pomocy wojskowej dla Ukrainy wskazuje, że większość amerykańskiego establishmentu politycznego zdaje sobie sprawę z konieczności podjęcia działań poważniejszych niż dotychczas nałożone sankcje gospodarcze i polityczne. Taka atmosfera może stać się istotnym tłem zbliżającej się kampanii wyborczej na urząd prezydenta.

Powrót twardej retoryki

Jest wielce prawdopodobne, że kwestie bezpieczeństwa, podnoszone w każdej kampanii wyborczej od roku 2004, zdominują dyskusję na temat polityki zagranicznej, a przedmiotem debat nie będzie jedynie zagrożenie płynące ze strony państwa islamskiego, lecz także niepokojąca aktywność Rosji. Nie ma wątpliwości, że znaczna część kandydatów republikańskich uczyni z polityki USA wobec Rosji najważniejszy element swojej kampanii, z jednej strony krytykując odchodzącą administrację za brak konkretnych działań, z drugiej zaś snując plany związane z koniecznością większej izolacji Rosji na arenie międzynarodowej.

Pojawi się wiele haseł wprost odnoszących się do mocarstwowych ambicji Putina i płynących z nich zagrożeń dla Europy oraz świata, trochę przypominających język używany przez Johna McCaina w kampanii roku 2008 (Putin = KGB). Zresztą McCain wydaje się dziś najgorętszym zwolennikiem militarnego wsparcia Ukrainy i choć sam za rok nie będzie kandydował, to jego poglądy wyznaje znaczna część elektoratu Republikanów. Zagadnienia te wpłyną zatem na przebieg prawyborów po prawej stronie sceny politycznej, gdzie wstępne zainteresowanie kandydowaniem wskazało przynajmniej dziesięciu polityków. Żaden nie ma jednak większego doświadczenia w kreowaniu polityki zagranicznej, co odróżnia ich od McCaina.

Nawet Jeb Bush, którego działalność wielu obserwatorów (błędnie!) uznaje za naturalne przedłużenie polityki brata, nie wydaje się kandydatem mającym jakiekolwiek doświadczenie międzynarodowe. Większość potencjalnych pretendentów ogranicza swoje doświadczenie do pojedynczych wizyt zagranicznych lub zasiadania w jednej z komisji kongresowych zajmujących się sprawami międzynarodowymi. Najlepszą zatem metodą na przekonanie wyborców będzie używanie takiej retoryki, która uwiarygodni konkretne działania USA w stosunku do Rosji. A dla przeciętnego republikańskiego wyborcy (40+) nie ma lepszej retoryki niż retoryka zimnowojenna.

Hillary wchodzi do gry

Z drugiej strony sceny politycznej najpoważniejszym kandydatem do prezydentury wydaje się Hillary Clinton, której doświadczenie na arenie międzynarodowej jest większe od doświadczenia wszystkich kandydatów republikańskich razem wziętych. Clinton prezentować się będzie jako wiarygodny podmiot w międzynarodowej dyskusji na temat bezpieczeństwa w Europie. Co prawda, jako sekretarz stanu została ona zapamiętana jako orędownik polityki resetu w relacjach z Rosją, ale jej kontakty zagraniczne i wsparcie męża będą stanowić dla wielu wyborców jasny sygnał międzynarodowego potencjału kandydatki.

Pojawia się jednak pytanie, w jakim kierunku Clinton zdecyduje się poprowadzić swoją kampanię, biorąc pod uwagę dotychczasowe przywiązanie demokratycznych kandydatów do zagadnień gospodarczych oraz umiarkowanie w kreowaniu wizji kierunków polityki zagranicznej. Niewątpliwie, cokolwiek przez ostatnie miesiące swojej prezydentury zrobi Obama, Clinton raczej zdecyduje się to poprzeć i kontynuować, choć musi zwrócić uwagę na słabnące poparcie dla prezydenta.

Wiele zależeć będzie również od tego, z kim przyjdzie jej rywalizować. Jeżeli wśród Republikanów mimo wszystko zwycięży opcja umiarkowana, będziemy świadkami kampanii, w której o różnicach zdecydują niuanse, takie jak właśnie retoryka w polityce zagranicznej czy stosunek do odchodzącej administracji Obamy. Szczególnie ta ostatnia kwestia może mieć znaczenie, gdyż nie da się ukryć, że jedną z najbardziej charakterystycznych twarzy polityki zagranicznej Obamy jest właśnie Hillary Clinton. Natomiast im bardziej skrajny będzie jej rywal konserwatysta, tym więcej usłyszymy na temat braku zdecydowanych działań USA wobec Rosji i konieczności powrotu do traktowania Putina jako największego zagrożenia dla bezpieczeństwa Europy, a może i świata.

Największy problem Ameryki

Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby obecnie w fotelu prezydenta USA zasiadał polityk pokroju Ronalda Reagana czy choćby Johna McCaina, nie tylko retoryka, ale i konkretne działania wobec Rosji byłyby bardziej zdecydowane. Część amerykańskich wyborców tęskni za czasami, w których ich przywódcy potrafili wskazać Rosji „miejsce w szeregu”, organizując międzynarodową koalicję „demokracji przeciw autorytaryzmowi”. Nie łudźmy się jednak, że temat kryzysu ukraińskiego zdominuje amerykańską kampanię. Obok innych zagadnień międzynarodowych (ISIS, Afganistan, współpraca gospodarcza, kwestie energetyczne), to polityka krajowa (gospodarka, kwestie imigracyjne, prawa mniejszości) skupi uwagę wyborców w takim samym, a może i większym stopniu. Wszystko zależy od tego, w jakiej rzeczywistości społeczno-politycznej przyjdzie kandydatom mierzyć się ze sobą: czy światem będą targać kolejne kryzysy ekonomiczne, czy może staniemy u progu konfliktów militarnych.

Kiedyś napisałem, że gdyby polityka zagraniczna decydowała o przebiegu wyborów w roku 2008, McCain bez problemu wygrałby z Obamą. Kontynuując tę myśl pokuszę się o stwierdzenie, że jeśli w kampanii wyborczej roku 2016 największym problemem Ameryki będzie bezpieczeństwo międzynarodowe, kandydat Republikanów, ktokolwiek nim zostanie, będzie miał większe szanse przekonać zaniepokojonego wyborcę, że to on skuteczniej ochroni interes Stanów Zjednoczonych i ich obywateli.

*dr hab. Paweł Laidler – politolog, prawnik, amerykanista, wicedyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego.