Newsletter

Mińskie (nie)porozumienia

Bogdan Góralczyk, 17.02.2015
Zachód jest dość bezradny. A Moskwa realizuje swe cele

Zachód jest dość bezradny. A Moskwa realizuje swe cele

Merkel, Poroszenko, Putin i Hollande w Mińsku, 11.02.2015. CC-BY-SA-2.0. Autor: Karl-Ludwig Poggemann

Toczy się spór, co przyniosły wielogodzinne negocjacje w Mińsku. Czy są sami przegrani, czy może jednak ktoś wygrał. Ale kto? To kwestia, w której zgody lub jednolitych poglądów nie było, nie ma i nie będzie.

Zaskakujące, że w tak wielu komentarzach nie dostrzeżono jednego. Tego, że jedynym niekwestionowanym zwycięzcą szczytu jest jego gospodarz, Aleksander Łukaszenka. Objęty ostracyzmem ze strony Zachodu i zakazem wjazdu do USA czy UE, nagle znalazł się w blasku jupiterów. Wypada mu wierzyć, gdy mówi, że nie spał całą noc i osobiście podawał negocjatorom kawę…

Sądząc po tym, czego byliśmy świadkami, wygranym może się czuć także prezydent Władimir Putin. On jako jedyny z negocjujących wyszedł rano do dziennikarzy i złożył przed kamerami oświadczenie – sprawozdanie. To w nim, co też umknęło uwadze, wyjaśnił, na czym polegało ostre starcie z prezydentem Petro Poroszenką. Chodziło o kocioł pod Debalcewem, w którym znalazło się 6-8 tys. ukraińskich żołnierzy. Rosjanie chcieli, by Ukraińcy zdali broń, co mocno wzburzyło prezydenta Ukrainy. To dlatego po komunikacie końcowym w Mińsku jeszcze przez ponad dwie doby w najlepsze trwały zacięte walki.

„Constructive Ambiguity”

Wyniki drugiego szczytu w Mińsku najlepiej można byłoby określić używanym w dyplomacji terminem „konstruktywnej dwuznaczności” (constructive ambiguity). Gdzie nie spojrzeć – rafy i niedomówienia.

Złożony z 13 punktów tekst porozumienia został podpisany przez przedstawiciela OBWE oraz negocjatorów stron: b. prezydenta Ukrainy, Leonida Kuczmę, ambasadora Rosji w Kijowie, Mychajło Zubarowa. Jednakże pod tekstem porozumienia swoje podpisy złożyli także liderzy samozwańczych republik: Donieckiej, Aleksandr Zacharczenko i Ługańskiej, Igor Płotnickij. A to w sensie prawno-międzynarodowym może oznaczać uznanie ich za stronę konfliktu, na co naciska Rosja, powtarzająca jak katarynka „my nie jesteśmy stroną”.

Na szczęście chyba zdali sobie z tego sprawę Angela Merkel i Francois Hollande, nie podpisując końcowej deklaracji, wydanej w formie niepodpisanego oświadczenia. Czyli w istocie rzeczy najniższego w dyplomacji dokumentu w sensie prawno-traktatowym.

Mamy więc „konstruktywną dwuznaczność” w całej krasie: wyrażamy nadzieję, że będzie lepiej, ale zabezpieczeń prawnych dla poczynionych uzgodnień nie ma. Zapis jest, ale ma tyle luk i niedomówień, że w każdej chwili można go podważyć lub zerwać. Wina za taki obrót spraw złożona jest na drugą stronę. Punkty sporne są liczne: od Nadieżdy Sawczenko, której Moskwa nie chce wypuścić z aresztu, po dostawy ciężkiego sprzętu i walki już po wydaniu dokumentów po negocjacjach (aż po groźbę prezydenta Poroszenki, że wprowadzi w całym państwie stan wojenny).

Negocjatorzy jeszcze się dobrze nie wyspali po maratonie w Mińsku, a już mówi się o konieczności nowego spotkania „w formacie normandzkim” (Niemcy, Francja, Rosja i Ukraina). Lub nawet – jak zasugerował pod wpływem zaciętych walk pod Debalcewem prezydent Poroszenko – nadzwyczajnego szczytu UE. A jeśli do trzeciego szczytu w Mińsku by doszło, co bardzo możliwe, to kto – oprócz Łukaszenki – byłby z tego zadowolony?

Można domniemywać, że raczej nie byłaby to Ukraina. Bowiem tak jak podczas pierwszego szczytu jeszcze wspominano Krym, tak podczas drugiego nie było już o nim mowy, a na porządku dnia stała kwestia Donbasu: autonomia, niezależność, podległość (komu?). Ukraina – zgodnie z p. 8 porozumienia – ma przejąć odpowiedzialność gospodarczą i finansową (ale też prawną, p. 4) nad zbuntowanym Donbasem. To wszystko przy braku faktycznej kontroli nad granicą z Rosją! A co będzie, jeśli ten i tak będzie robił swoje i w pewnej chwili ogłosi „pełną niezależność”, niczym Abchazja i Osetia Południowa wobec Gruzji?

Nam, Polakom, kolejne „Miński” mogą kojarzyć się źle, tzn. tak: 1772, 1793, 1795… Czy nie jesteśmy aby przypadkiem świadkami umiejętnie sterowanej przez Moskwę akcji pod nazwą „rozbiory Ukrainy”?

Narodziny Ukrainy

Zachód, jak dotychczas, jest dość bezradny. Moskwa kolejno realizuje swe cele. Mińsk 2.0 najwyraźniej nie jest przełomem, podobnie jak Mińsk 1.0 z września minionego roku.

Co robić? Sprzedawać Ukraińcom broń, podpowiadają niektórzy, głównie w Stanach Zjednoczonych, ale także w Polsce. Otóż tu ponownie kłania się dyplomacja. Nad sprzedażą broni zazwyczaj publicznie się nie dyskutuje. Czy ktoś słyszał w rosyjskich mediach debatę nad dostarczaniem ciężkiego sprzętu wojskowego do Donbasu, czego jesteśmy świadkami?

Jak dotychczas Ukraina, podobnie jak mediatorzy z Francji i Niemiec, nie są zwycięzcami w tym starciu. Ale Ukraina może nim być. Najlepsza informacja przyszła bowiem nie z Mińska, a z MFW. Wreszcie zaczynamy mówić o realnych pieniądzach na wsparcie dla władz w Kijowie. Wpierw 17,5 mld dolarów, a docelowo nawet 40. To są środki, za pomocą których można przeprowadzać reformy i postawić kraj na nogi, o ile będzie taka wola: tak w Kijowie, jak na Zachodzie.

Prezydent Putin gra jedną kartą – siłową – i na dziś, także po Mińsku 2.0, o czym świadczyła jego mina przed kamerami rankiem 12 lutego, może czuć się zwycięzcą. Jednakże przyjęta formuła i styl – bezpardonowy, cyniczny i pełen kłamstw w nachalnej propagandzie – mogą okazać się odwrotne od zamierzonych.

Nikt bardziej nie wzmocnił poczucia ukraińskiej tożsamości i patriotyzmu niż właśnie Władimir Władimirowicz Putin. Ten niestety krwawy i bolesny spektakl, którego od Euromajdanu jesteśmy świadkami, to nic innego jak ostateczny rozpad ZSRR, a więc rosyjskiego imperium. I początek budowania ukraińskiej jedności i państwowości, której dotychczas – pod rosyjskimi namiestnikami w Kijowie – nie było (liderzy pomarańczowej rewolucji powinni się mocno zaczerwienić…).

To jest geostrategiczna gra. I Moskwa ma tego pełną świadomość. A Zachód? Chyba nie do końca. „The Economist” ma rację, pisząc: „Pierwszym zadaniem Zachodu jest zrozumienie tego problemu”.

My w Polsce to wiemy. Dlatego w Warszawie, mając Kaliningrad pod bokiem i – chcąc nie chcąc – będąc „państwem przyfrontowym” powinniśmy suflować naszym zachodnim partnerom: jeśli teraz Ukraina przegra, my wszyscy też przegramy, to jest cały Zachód, oddając ją z powrotem w pacht Rosji. Dlatego przykład polskich rozbiorów jako metafora, wsparcie finansowe dla reform, wzmocnione a nie osłabione sankcje oraz pomoc wojskowa dla Kijowa, ale niekoniecznie stąd, znad Wisły, muszą stale znajdować się w naszej agendzie.

Im dłużej będziemy się wahać, tym Moskwa będzie pewniejsza swego. Brak zdecydowania to nasza – rozpisana na etapy – kapitulacja. Oby jedynym zwycięzcą tego starcia nie okazał się rzeczywiście Łukaszenka!

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO