Newsletter

Nie wierzmy we własną propagandę

Józef Krzyk, 09.02.2015
Władza nie słucha ludzi. Zamiast zająć się rozwiązywaniem problemów, sama tworzy nowe

Władza nie słucha ludzi. Zamiast zająć się rozwiązywaniem problemów, sama tworzy nowe

CC BY-SA 3.0. Autor: Lestat (Jan Mehlich)

„Jest coraz gorzej, nie to co u was, na Śląsku.” Jeżdżąc po Polsce, tak wiele razy spotkałem się z podobnymi opiniami, że postanowiłem wreszcie sprawdzić, skąd biorą się te, które słyszę na co dzień w Katowicach i innych śląskich miastach. Mianowicie że to tutaj, na Śląsku, jest najgorzej.

Nie, nie zamierzam nikogo przekonywać, że Katowice i cały region to kraina mlekiem i miodem płynąca. I że mamy wyłącznie oddanych publicznej służbie polityków i kompetentnych urzędników, dzięki którym sprawy idą w dobrym kierunku.

Mnie też denerwują zmarnowane szanse i złość bierze na ludzi, którzy nie robią tego, za co im płacą i do czego zostali powołani. Ale narzekanie na wszystko niczego dotąd nie zmieniło. Może więc – zastanawiam się nad tym od dawna – źle adresujemy nasze pretensje? I czy w ogóle wiemy, co nam doskwiera? Szukając odpowiedzi na pytanie: „co dalej ze Śląskiem”, warto się nad tym zastanowić, bo przecież bez prawidłowej diagnozy nie ma szans na znalezienie lekarstwa.

Po pierwsze: nie komplikuj, proszę

Nie mam zaufania w tej sprawie do profesorskich głów. Z całym szacunkiem dla dokonań niektórych z nich, gdy zabierają się do układania nam życia, bardzo je komplikują. Powiedzenie przypisywane Bismarckowi: „Hundert Professoren und das Vaterland ist verloren” nie wzięło się z niczego. Gdyby Żelazny Kanclerz dożył naszych czasów, pewnie nie mógłby się nadziwić różnym „strategiom rozwoju”, „restrukturyzacji”, „restytucji” i „rewitalizacji”.

I włosy by rwał z głowy, słysząc np. o „foresighcie technologicznym”. Od podobnych pojęć, niezrozumiałych dla nikogo poza wąskim gronem specjalistów, aż roi się w dokumencie, który miał być czymś w rodzaju śląskiego planu pracy na najbliższe lata. Wiem, że czasami od takich terminów trudno uciec, ale jestem zwolennikiem upraszczania wszystkiego do maksimum wszędzie tam, gdzie to możliwe. Nie uda się wciągnąć ludzi do wspólnego działania, jeśli będziemy ich bombardować obcym dla nich językiem.

Po drugie: odrzućmy stereotypy

Warto też próbę naprawienia Śląska oddzielić od problemów górnictwa. Wprawdzie ta branża jeszcze długo pozostanie najważniejszą dla regionalnej gospodarki, ale rozpoczynanie rozmowy o Śląsku od górnictwa zwykle kończy się tym, że na nic innego nie starcza już czasu.

Narzekając na ciążące nam stereotypy, zgodnie z którymi śląski świat sprowadzony jest do kopalń i familoków, sami je utrwalamy.

Po trzecie: nie prężmy muskułów

Rzeczą, która mnie w ostatnich latach bawi, jest ustawiczne porównywanie Katowic z Warszawą, Wrocławiem i Krakowem. Choć ze względu na szybko zmniejszającą się liczbę mieszkańców to najważniejsze miasto aglomeracji górnośląskiej, a także cały region, należałoby ustawić w jednym szeregu raczej z Białymstokiem czy Kielcami. I bynajmniej w takim porównaniu nie byłoby nic uwłaczającego ani dla kielczan, ani dla katowiczan. Dlaczego?

Otóż rzecz w sytuowaniu spraw we właściwej skali. Przypatrywanie się, jak w Kielcach, Białymstoku i podobnej wielkości ośrodkach radzą sobie np. z problemami komunikacyjnymi, mogłoby pomóc nam w rozwiązaniu naszych własnych. Lepsze to, niż opowiadanie bajek o śląskiej metropolii i nasilająca się frustracja, że Warszawa czy Wrocław wyprzedziły nas o kilka długości.

Po czwarte: „Cudze chwalicie…”

Niewykluczone, że trochę powodów do frustracji mogliby mieć mieszkańcy Warszawy, gdyby im pokazać te dziedziny, w których Śląsk jest naprawdę mocny: nowoczesne sale koncertowe czy plejadę uznanych architektów. Kompozytor i dyrygent Krzesimir Dębski na pytanie o muzyczną stolicę Polski bez wahania wskazał Katowice i opowiadał, że gdy po koncercie w zaprojektowanej przez Tomasza Koniora nowej sali NOSPR pojechał do sławnego Auditorio Nacional de Música czuł się tam, jak w okręgowym domu kultury.

Problem w tym, że zamiast wykorzystać salę NOSPR i uczynić z niej znak rozpoznawczy nowego Śląska, tak jak Bilbao zrobiło ze swoim Muzeum Guggenheima, skupiamy się na dziedzinach, które naszego wizerunku nie poprawią. Krzesimir Dębski, Krystian Zimerman czy Tomasz Konior mogliby się stać ambasadorami nowego Śląska, a reklamy z ich udziałem w pociągach, na lotniskach czy dworcach zaświadczać o tym, jak bardzo zmienił się on na korzyść.

Po piąte: panaceum nie istnieje

Nie ma jednak co liczyć na to, że NOSPR, nawet wspólnie z wybudowaną w sąsiedztwie nową siedzibą Muzeum Śląskiego oraz Centrum Kongresowym, wystarczy do tego, by powstrzymać odpływ mieszkańców, zapełnić pustostany i ożywić region. Lekarstwa na wszystkie nasze bolączki nie ma, ale dzięki NOSPR może się uda odkleić przyprawioną Śląskowi gombrowiczowską gębę.

Po szóste: ani bardzo dobrze, ani bardzo źle

Pora wreszcie najwyższa, byśmy sami przestali wierzyć we własną propagandę, zarówno tę czarną, według której spadamy w przepaść, jak i tę białą, kreującą Śląsk na centrum świata.

Niestety za sprawą polityków, ale też czasami mediów, do powszechnej świadomości przebijają się głównie skrajnie dobre lub skrajnie złe opinie. Jedne i drugie należy czym prędzej odrzucić, bo rozleniwiają lub paraliżują. Lepiej już posłuchać, jak na swoje miasta narzekają mieszkańcy Warszawy czy Krakowa. Może dzięki temu docenimy nasze własne.

*Józef Krzyk – dziennikarz katowickiego oddziału „Gazety Wyborczej”